Spowiedź
Była raz staruszka, która – choć nie ruszała się na krok z domu w małej bałkańskiej wiosce – często podróżowała. Przyszła na świat jeszcze w Imperium Osmańskim, później bywała okresowo obywatelką Austro-Węgier, Jugosławii i Serbii. Ale w sercu przez całe życie nosiła jeszcze inny, symboliczny paszport – czuła się Bośniaczką. Gdy co wieczór przesiadywała bez ruchu na wygiętej drewnianej ławeczce z widokiem na góry, świat nerwowo się przemieszczał, przesuwając granice wokół jej skromnej chałupy. Wiatr zmian przypisywał ją coraz to innej rzeczywistości, poświadczał jej przynależność w zmienionym języku i alfabecie, na nowym urzędowym blankiecie i domagał się od niej podatków w różnych walutach. Zanim stała się staruszką, miała kilku mężów i urodziła wielu synów, których straciła na kilku wojnach. Ginęli dowodzeni przez zwolenników przesuwania, likwidowania i ponownego wznoszenia granic. Zwykle w imię lepszej przyszłości i w związku z jakąś nadzieją. Nieraz pod hasłami wyzwolenia i narodowej jedności. Bywało, że front podchodził pod chałupę, a kule świstały wzdłuż ścian. Jedna z granic przeszła przez oborę i wygnała krowę na uchodźstwo w przeciwległym rogu podwórka. Poza tym niewiele się działo. Żyła w dobrym zdrowiu, z rzadka wysłuchując wiejskich plotek o odległym i wzburzonym świecie, aż na przedwiośniu ze zwykłego przeziębienia wywiązało się ciężkie zapalenie płuc. W ostatnią drogę wyprawiły ją sąsiadki.
Gdyby żyła dłużej, zdążyłaby jeszcze zobaczyć, jak wieś pustoszeje. Jak w imię lepszego życia wszyscy silni i młodzi pakują bagaże i wyjeżdżają na Zachód, do prawdziwej Europy. Wynoszą się z tych skarlałych, pozbawionych nadziei państw, którym – jakby na przekór geografii – nigdy nie przypisano europejskiego rodowodu. Z bałkańskich miast i wiosek, mijając uciszone porozumieniami pokojowymi granice, szli na północny zachód kolejni pielgrzymi, dźwigając w walizkach mieszankę wstydu, rozżalenia i oczekiwania, że w tej części kontynentu, którą stać na likwidację państwowych granic, zaznają wreszcie wolności i godności. Ale już na dworcu, chwilę po przyjeździe, zdradzał ich akcent i chód, ta niewymagająca wyjaśnień postawa – lekko przygarbiona, przepraszająca. Sprawiała, że ci, którzy dotarli tu wcześniej, od razu brali ich za swoich. Przypominali o wszystkim, co by się chciało zostawić w bałkańskiej wiosce, w chałupie z oknami zabitymi deską. Przyjezdni na zawsze zostawali więc w przedsionku, z bagażami pełnymi przeszłości. Europa niby była wokół, ale nie dawała się rozsiąść, poczuć u siebie. Zbyt daleko do jej prawowitych obywateli, zbyt blisko do jednoznacznie obcych – tych, którzy, aby się tu dostać, wsiadali na łodzie i do ciężarówek.
Gdyby staruszka przycupnęła na ławeczce dziś, zobaczyłaby, jak jej wieś zapełnia się na nowo. Raz jeszcze ożywa czyjąś rozpaczą, determinacją i nadzieją. Tym niewyczerpanym paliwem wprawiającym ludzi w ruch. Patrzyłaby na setki kobiet i mężczyzn przybywających z daleka, zmęczonych i brudnych, niosących dzieci, niespokojnie wypatrujących nie tyle końca wędrówki, ile jakiegoś ciągu dalszego. Patrzyłaby, jak spędzają noc we wsi, wprost na zroszonej, zimnej trawie. Czujnie, bo nawet ciężki sen nie odbiera gotowości do drogi. Nad ranem widziałaby w ich oczach tę samą mieszankę oczekiwań i pragnień, którą ledwie kilka lat wcześniej wieźli Europie młodzi chłopcy i dziewczyny z okolicy. Znużeni pielgrzymi nie przyjęliby serdecznego zaproszenia staruszki do pozostania we wsi o dobrych, niezamieszkanych domach i pięknym górskim widoku. Poszliby dalej, jak zaklęci. Zostałaby sama na ławeczce, podczas gdy oni musieliby nadkładać drogi, omijać nagle wyrastające przed nimi granice: odpychające mury, segregujące siatki i ustawiane w okamgnieniu bariery. Kilka dni później rozdzieliliby się na tych, którzy spełnienie zawierzyli stryjowi w Niemczech, tych, co dołączają do siostry we Francji, i tych, którym ktoś obiecał pracę w Wielkiej Brytanii. Dokądkolwiek dotrą, nie zdołają odetchnąć ani się zatrzymać. Horyzont zawsze już będzie się odsuwał, z wolna przeradzając się w rozczarowanie i gorycz utraconego życia. I wstyd, że nie udało się pokonać tej ostatniej, nieoznaczonej granicy. Staruszka w bałkańskiej wiosce, chwilowo leżącej na ważnym szlaku pielgrzymów, przyglądałaby się tłumom tak, jak przez całe lata spoglądała na góry – ze spokojem, ufnością. Ich uporczywa obecność przypomniałaby jej, jakie to szczęście, że nie musi donikąd iść. Ona jedna.
Oceń