W cieniu

„On miał w sobie poczucie miary, jeden z najważniejszych pierwiastków w rozwoju kultury” – powiedział Zbigniew Raszewski o swoim profesorze uniwersyteckim, poloniście Zygmuncie Szweykowskim.

Jakby o sobie mówił. Czy ówczesny, tużpowojenny student, przejął to poczucie po swoim mistrzu, czy miał je od urodzenia?   Zastanawiając się nad tym w związku z okazją 15. rocznicy śmierci prof. Zbigniewa Raszewskiego, zauważam, że poczucie miary charakteryzowało nie tylko fundamentalne prace naukowe tego wybitnego historyka teatru i zarazem równie wybitnego pisarza, lecz przepajało także jego życie osobiste, jego postawę, stosunek do świata, do innych ludzi, jego wybory i decyzje. Sprawiło, że był człowiekiem integralnym, niezawodnym, kryształowo uczciwym i altruistycznym.

W czasie wojny w wieku 15 lat Zbigniew Raszewski został aresztowany przez hitlerowców i uwięziony za udział w konspiracji. Cudem uratowany, był w latach 1943–1945 łącznikiem bydgoskiej AK. Po wojnie znalazł się w Poznaniu, gdzie ukończył studia polonistyczne, po czym rozpoczął pracę naukową. (Jego największą pasją stał się teatr). W czasach stalinowskich wyrzucono go z uniwersytetu i tylko dzięki wstawiennictwu Leona Schillera uzyskał posadę w Państwowym Instytucie Sztuki w Warszawie.

W rozmowie z Wandą Zwinogrodzką, zawartej w cytowanym tu tomie Mój świat, wydanym już po śmierci Profesora, znaleźć możemy wzmiankę o tych wczesnych, powojennych latach w Poznaniu; świeżo upieczony student Raszewski zapisał się na tanie kolonie letnie. „Wkrótce znalazłem się w pociągu do Międzyzdrojów i wtedy, na korytarzu, zobaczyłem po raz pierwszy człowieka, z którym miała mnie połączyć głęboka przyjaźń do końca jego życia. Był to ojciec Bernard Przybylski, dominikanin – wspominał Profesor. – Te kolonie były jego dziełem. A ściślej biorąc, stanowiły jeden z rozlicznych przejawów ruchu, który ten człowiek rozpętał. (…) Mimo wszelkich różnic pochodzenia, poglądów, miał wiele cech wspólnych ze Szweykowskim. Ksiądz w każdym calu, jednocześnie był rasowym intelektualistą, bardzo wykształconym, biegle władającym kilkoma językami, oczytanym, bywałym. I on wojnę spędził w Warszawie, czynny w konspiracji, kapelan polowy AK. (…) Obaj mieli właściwą tamtemu pokoleniu wstydliwość, ambicję precyzyjnego wypowiadania się w języku literackim. (…) Bardzo znamienny dla ludzi ich pokroju był bezbrzeżny wstręt do afektacji”.

Jakby o sobie mówił…

Zapytany przez Wandę Zwinogrodzką, jaki to ruch ojciec Przybylski rozpętał, Profesor wyjaśnił: Caritas Academica. Przed wojną była to organizacja dobroczynna, a w roku 1945 zainteresowała ojca Bernarda dlatego, że stanowiła stowarzyszenie, zarejestrowane na prawach związku; mogła więc tworzyć oddziały oparte statutowo na sieci parafialnej. Kościół powierzył poznańskim dominikanom duszpasterstwo akademickie („ a społeczność akademicka w roku 1945 to był przede wszystkim bezmiar nędzy”), zaś ojciec Bernard uzyskał – za radą prawników – zgodę biskupa na utworzenie akademickiego oddziału Caritas. Podlegał on bezpośrednio biskupowi, a ojciec Benard był jedynie duszpasterzem CA. Nie było więc struktur, członków, legitymacji – młodzież działała w sposób wolny, nieomal zakonspirowana. Caritas Academica dbać miała o zdrowie cielesne i duchowe studentów Poznania, nie miała jednak charakteru politycznego. „Wytworzyliśmy klasyczne społeczeństwo zamknięte – opowiadał Profesor pani Zwinogrodzkiej. – Skisnąć w tym zamknięciu nie mogliśmy, bo nasza podstawowa działalność była w całości skierowana na zewnątrz, na pomoc dla bezdomnych, głodnych, chorych. Ilekroć jednak znajdowaliśmy się we własnym towarzystwie, nie mogliśmy się sobą nacieszyć, ponieważ wszystkich nas połączyła ścisła przyjaźń. Ta przyjaźń dawała nam poczucie pełni życia”.

Trwało tak trzy lata – a potem zaczęły się prowokacje, zatrzymania, śledztwa, wreszcie podpalono siedzibę CA w Poznaniu i tak się to, w roku 1950, skończyło. „Nie było popłochu. Był żal. Myśmy najlepiej wiedzieli, jak szlachetne było dzieło o. Bernarda. I co zajmuje jego miejsce”.

Jak silne i dobre było wspomnienie tego dzieła, tych kilku lat działalności poznańskich dominikanów, niech zaświadczy mała anegdota: w lutym roku 1989 Zbigniew Raszewski dostał od córki powieść dla młodzieży Opium w rosole, która już na pierwszej stronicy miała rysunek, przedstawiający dwie wieże kościoła Dominikanów w Poznaniu. Natychmiast po przeczytaniu książki Profesor wystosował do autorki list – ciepły i wesoły, pełen serdeczności i zaufania, otwierający cały etap nowej przyjaźni. „Bardzo nas ujął rysunek do początku Opium” – pisał w kolejnym liście, a w jeszcze innym dodawał, objaśniając stworzoną przez siebie Teorię Wysp: „Z moich doświadczeń wynika, że zbiorowość ratunkowa może być maleńka, np. kilkuosobowa, i mimo to twórcza. Ale musi być absolutnie wolna, choćby i kraj był okupowany, a na ulicach odbywały się polowania na ludzi. Chodzi mi więc o wolność umysłu, przede wszystkim. Żadnych uprzedzeń. Żadnej mody intelektualnej. (…) Wolno rozważać naturę potopu. Nie wolno przyjmować do wiadomości, że jest dokoła. Czy we wszystkich sytuacjach mogą istnieć takie wyspy? Nie wiem. Sam przebywałem na różnych: w czasie okupacji niemieckiej, a potem w Poznaniu podczas studiów”.

Wiemy już, że te poznańskie wyspy były we władaniu profesora Szweykowskiego i ojca Bernarda, dominikanina. Przebywanie na nich za młodu, jak się wydaje, uformowało ostatecznie wspaniałego człowieka i wielkiego Nauczyciela, Zbigniewa Raszewskiego. Za Zygmuntem Szweykowskim zwykł był powtarzać (i stosować) zasadę: „Żyć tak skromnie, żeby nikt nie wiedział o mnie”. To skromne życie jednak kryło tytaniczną, ogromną pracę, empatię, dobroć, miłe żarty i serdeczne przyjaźnie. Od obu poznańskich mistrzów nauczył się Zbigniew Raszewski jeszcze jednego: jak dobrze inwestować. I inwestował – w ludzi. Zasiał wiele dobrego ziarna – sam żyjąc otoczony murem dyskretnego dystansu do tzw. „świata”, a działając „w takich dziedzinach życia, które łatwo przeoczyć, bo są jak rośliny szukające cienia i dojrzewające w cieniu”.

W cieniu
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....