Słowa w pogoni za wrogiem

Słowa w pogoni za wrogiem

Nasilający się relatywizm i inflacja słów wynikają po części z dokonującej się zmiany społecznej roli mediów: niegdyś media były biernym obserwatorem przynoszącym czytelnikom chłodne i obiektywne relacje. Dziś są siłą sprawczą wielu wydarzeń.

„Nikt nie zdoła nas przekonać, że jest dobrze. I żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe a czarne jest czarne” – mówił w lipcu w swoim exposé premier Jarosław Kaczyński. Niektórzy, słysząc ów lapsus linguae premiera, jedynie się uśmiechnęli, dla innych był on powodem do nieustannych drwin, według mnie zaś ta mimowolna gra słów była znamienną i wymowną, wręcz freudowską pomyłką: brutalnym uzewnętrznieniem choroby, toczącej zarówno język debaty publicznej w Polsce, jak i język przekazów medialnych.

Komunikować się czy walczyć?

Słowo bowiem – zamiast być głównym narzędziem komunikacji – stało się dziś orężem walki. Komunikacja powinna ludzi łączyć i pozwalać im budować wspólnotę (łac. communico – uczynić wspólnym, udzielić komuś wiadomości, mieć z kimś coś wspólnego). Taka jest istota każdej rozmowy, wymiany słów, a działania mediów w szczególności. I zwykle media nadal spełniają tę funkcję, łącząc raczej ludzi, niż dzieląc. Być może w dużej mierze media łączą ich wokół spraw drugorzędnych, trywialnych i nijakich, ale jednak łączą. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że równocześnie coraz częściej stykamy się z symptomami poważnej choroby społecznej, która dotyka nie tylko media, ale i inne sfery życia.

Nie potrafię powiedzieć, jak i kiedy do tego doszło, ale nie mam wątpliwości, że w debacie publicznej, medialnej, a nawet towarzyskiej czy rodzinnej coraz częściej posługujemy się słowem nie po to, by się porozumieć, ale po to, by osiągnąć zupełnie inne cele. Wraz z narastającą brutalizacją życia publicznego stają się one coraz bardziej ambitne i agresywne, a zatem i słowa nabierają mocy i ostrości. Mówimy często nie po to, by się z kimś połączyć duchowo i nawiązać wspólnotę intelektualną czy też coś mu przekazać lub dowiedzieć się, co myśli i co czuje, ale po to, by go przekonać albo pokonać, aby go wręcz pognębić lub poniżyć, coś odeń uzyskać albo coś przed nim wybronić. Nieważne, co mówimy, tylko po co. I ważne, kto mówi, choćby jego mowa była zaledwie wydawaniem nieumiejętnie artykułowanych dźwięków.

Choroba ta ujawnia się nie tylko w życiu publicznym, ale obejmuje też coraz szerzej publicystykę i język informacji. W relacjach prasowych dotyczących konfliktu wokół drogi, która ma przebiegać przez dolinę Rospudy, symptomem tej choroby było konsekwentne pomijanie argumentów drugiej strony lub prezentowanie ich w taki sposób, aby wypadły cokolwiek śmiesznie. A prasowe relacje z życia „białego miasteczka” pod kancelarią premiera? Najważniejszym pytaniem było, kto zwycięży i kto kogo przetrzyma. Nieustająca, rozedrgana, pełna nienawiści atmosfera walki politycznej sprawiła, że media relacjonowały wyłącznie przejawy wrogości i symboliczne gesty, zastanawiając się, kto kogo „załatwi”. O istocie problemów pielęgniarek i służby zdrowia mówiło się w sumie niewiele: liczyło się to, komu będzie trzeba przyznać rację i kogo potępić. I skoro tylko sprzed urzędowego gmachu zniknęła tymczasowa osada – media temat porzuciły, bo pielęgniarki przegrały bitwę. Nie chodziło o to, że sytuacja służby zdrowia diametralnie się zmieniła, ale o to, że słowa osiągnęły swój cel: jedna ze stron zwyciężyła.

Jakże często nieprzebierający w słowach politycy nie tylko nie są przez opinię publiczną karceni, ale zostają wręcz nagrodzeni, ponieważ ich wybryki słowne stają się pożywką dla mediów: namiastką igrzysk. Skrzętnie odnotowuje się każdy, nawet najdrobniejszy atak. A co bardziej naładowane agresją sformułowania wchodzą do kanonu języka relacji prasowych. Ich katalog obejmuje m.in. dziadka w Wehrmachcie, posyłanie lekarzy w kamasze, podział na nas i na tych, którzy dziś stoją tam, gdzie niegdyś ZOMO, pomroczność jasną, golenie prezydenta. Te zwroty stanowią dziś szczególnie skuteczny oręż służący poniżaniu i wypominaniu dawnych, zapiekłych urazów. Nie ma tygodnia, żeby nie zdarzyło mi się natrafić na prasowe doniesienia o tym, iż ten czy ów polityk zaskarżył do sądu swego kolegę posła, domagając się odszkodowania za zniesławienie. Procesy, które są potem prowadzone, polegają zwykle na próbie ustalenia stanu faktycznego. A więc jeśli pozwę mojego przeciwnika, pardon, wroga, ponieważ pozwolił sobie nazwać mnie „świnią”, sąd będzie pieczołowicie analizował, czy aby istotnie mam cztery nogi, różowy ryjek i zakręcony ogonek, a komisja rzeczoznawców oceni niemiły zapaszek, jaki się wokół mnie utrzymuje. Jeśli stwierdzi, że świnią jestem – wówczas sprawę przegrywam, płacę 20 tys. zł na PCK lub Caritas i media ogłaszają zwycięstwo strony przeciwnej. O prawdzie zatem decyduje dziś sąd: ten, kto ma lepszego adwokata, uchodzi za tego, kto był bliższy prawdzie. Jakże często jednak sąd bada jedynie bardzo wąski wycinek faktów, w ogóle nie interesując się meritum sporu. Ale opinia publiczna otrzymuje wyraźny sygnał, kto miał rację: ten, kto wygrał. Kto trafniej zadał cios za pomocą słowa albo kto potrafił się skuteczniej od niego uchylić…

Prawda? Ależ kogo obchodzi prawda

Wzbierająca fala relatywizmu, przychodząca z coraz bardziej zwulgaryzowanego życia publicznego, zalewa jednakże nie tylko media, ale powoli wdziera się do innych sfer, na przykład do szkół. Media się z tego zresztą cieszą, bo przecież każdy kolejny skandal przyczynia się do zwiększenia nakładów i oglądalności. W sporze o kanon lektur szkolnych zwolennicy ministra edukacji Romana Giertycha powiadają, że wobec tego, iż Gombrowicz był pederastą, nie możemy utrzymywać jego twórczości na liście lektur, aby nie promować zboczeńców. Szczególnie zaś takich, którzy nie bronili Ojczyzny we Wrześniu. Kiedy wrogom Gombrowicza wypomina się kompromisy moralne Jana Dobraczyńskiego – odpowiadają z kolei, że Listy Nikodema to przyzwoita literatura katolicka, której mamy mało, więc w tym wypadku należy oddzielić osobę pisarza od jego dzieła. Na to odzywają się zwolennicy Gombrowicza i wykazują tolerancję dla orientacji seksualnej swego idola, powiadając, że przecież jego upodobania w tej mierze nie mają nic do rzeczy, zwłaszcza że jego pisarstwo to wielka literatura światowej klasy. A Dobraczyński pisał słabo – mówią – a poza tym ześwinił się w stanie wojennym.

Oczywiście w tym zgiełku rzadko kto interesuje się meritum sporu i kompetentnie pisze o modelach wychowania, o możliwościach wykorzystywania kanonu lektur w szkole, o zdolności zgłębiania literatury Gombrowicza przez naszą dziatwę, o kulturotwórczej roli lektur szkolnych. Mało kto zdaje sobie sprawę, że właśnie ów spór jest tragikomiczną trawestacją pewnej sceny z Ferdydurke i to już świadczy o wielkości umysłu i talentu literackiego Gombrowicza. Aż mnie język świerzbi, żeby powiedzieć, że oto dowód na to, iż Gombrowicz miał rację i Gombrowicz tu zwyciężył, mimo że z kanonu lektur miał wylecieć z hukiem. Czy jednak o literaturze wolno rozmawiać w taki sposób? W kategoriach walki? Zwyciężonych i przegranych? Zadowalamy się w publicystyce powierzchowną słowną przepychanką, posłusznie akceptując język prasowych relacji frontowych. Dlaczego? W tym przypadku: bo – po pierwsze – to temat za trudny, a po drugie – media uważają go za nieistotny, ponieważ był on jedynie pretekstem, aby ministra Giertycha wybronić lub go pogrążyć. Czytelnik inteligent w swej naiwności sądził, że czytał o lekturach, a tymczasem dziennikarze pisali o Giertychu, bo dziennikarz to żołnierz, który musi walczyć.

Politycy różnej maści i ich rozmaite tajne służby podsuwają nieustannie owym żołnierzom broń: coraz to nowe smaczne kąski. Media wiedzą doskonale, że co rusz ujawniane rewelacje, zeznania, dokumenty i taśmy to tylko hucpa, ale przecież chętnie z nich korzystają, prześcigając się w tym, jakby je tu apetyczniej podać. I nie wyobrażam sobie, aby świat mediów się zbuntował przeciwko odgrywaniu roli pola bitewnego na usługach rozmaitych koterii, frakcji czy partii: jeśli telewizja X danego materiału nie weźmie, to z pocałowaniem ręki wyemituje go inna. Sprawa stanie się ważnym tematem, który podchwycą wszystkie inne media. Natomiast to, że oskarżenie kolejnego polityka czy lekarza jest sfingowane – nikogo nie obchodzi. Rację ma ten, kto głośniej krzyczy. A przecież o Prawdzie nie powinna decydować siła strun głosowych…

Koszyk tematów: mówmy o tym, co atrakcyjne

W ten sposób kształtuje się koszyk tematów, czyli zestaw tematów medialnych (w odróżnieniu od tematów niemedialnych, niekiedy chyba, na zdrowy chłopski rozum, ważniejszych, ale nieatrakcyjnych). Zawartość owego koszyka nie jest, niestety, ustalana wedle zasady ważności spraw, ale wedle ich wartości marketingowej lub przydatności w walce politycznej. Kiedyś pewien dziennikarz telewizyjny opowiadał mi, że w redakcji omawiano sprawę powodzi, która była katastrofalna w skutkach dla wielu ludzi, ale dziennikarzom, niestety, nie udało się zamówić czy kupić odpowiednio dramatycznych zdjęć. Temat spadł. Gdyby media mówiły o tym, co naprawdę ważne, codziennie w wiadomościach – zamiast rządowych konferencji prasowych i doniesień o tym, kto kogo znieważył słowem – powinniśmy oglądać głodujące dzieci w krajach Trzeciego Świata albo, choćby, śmiertelne wypadki na polskich drogach. Współczesne media tego jednak nie robią, czyniąc wyjątek jedynie dla tych katastrof, które stają się powodem do ogólnonarodowej żałoby ogłaszanej uroczyście przez władze.

Żałoba się dobrze sprzedaje, podobnie zresztą jak skandale obyczajowe. Zjawiska niegdyś niedopuszczalne z czasem zyskały akceptację czytelników i telewidzów, a dziś niekiedy uważane są wręcz za całkiem zdrowe. Nie jestem przekonany, że chciałbym, aby media tak szczegółowo i dosłownie roztrząsały różne przypadki Billa Clintona czy posła Stanisława Łyżwińskiego. Wprawdzie bowiem dla mnie, jako dla wyborcy, ważne jest, co robią z mandatem społecznym nasi przedstawiciele, ale mimo wszystko jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że media nie mają dziś żadnych zahamowań i chętnie oraz ze szczegółami rozprawiają o sprawach nie tylko bardzo prywatnych, ale wręcz niesmacznych czy zgoła patologicznych. Czy przybliżają nas w ten sposób do Prawdy?

Przypadek szczególny

Być może nie tak postrzegają swoją misję. Być może zadaniem mediów jest wyłącznie generowanie przychodów właściciela. Jednak przypadkiem szczególnym, skoro mowa o dążeniu do Prawdy, jest przypadek ojca Rydzyka. Jego działalność wzbudza niezwykłe emocje (skądinąd nie tylko u oponentów, ale także u wiernych widzów i słuchaczy; może nawet toruńskie media z zasady żerują na emocjach tych ostatnich) właśnie z tego powodu, że wydawałoby się, iż powinna być nakierowana tylko i wyłącznie na jeden cel: głoszenie Prawdy. I podczas gdy słuchacze Radia Maryja przekonani są, że ich ulubiona rozgłośnia taką właśnie funkcję pełni, a więc głosi Słowo Boże – to jej przeciwnicy, zapewne okazjonalni słuchacze, często odnoszą wręcz przeciwne wrażenie. Padają pytania: ile w przekazach Radia Maryja jest publicystyki i polityki, a ile autentycznej modlitwy czy troski o bliźniego? Czy medialny przekaz religijny może się również składać z potępiania i osądzania bliźnich czy raczej powinno się go budować wyłącznie na miłości i empatii – szczególnie do „wrogów”? Jedni chcą się dopatrywać w działalności publicystycznej toruńskiej rozgłośni misyjności i walki z naporem laicyzacji, podczas gdy inni z pozoru nie słyszą treści religijnych, których jest tam sporo (choć to religijność w wydaniu nie dla wszystkich akceptowalnym: cokolwiek prowincjonalna i znacznie uproszczona). Jednak tak naprawdę nie liczy się to, co stanowi rdzeń przekazów medialnych toruńskiego imperium. Liczy się to, jakie charyzmatyczny (a może po prostu demagogiczny) lider tego konglomeratu wzbudza emocje. Jedni powiadają, że należy jego rozgłośnię zamknąć a rozpolitykowanego duchownego przegnać, gdzie pieprz rośnie, a inni, że to święty człowiek! Jakże często przeciwko Rydzykowi protestują publicyści znani z silnego poparcia, jakiego zawsze udzielali idei wolności słowa i wolnych mediów. Ale przecież wiadomo: jak Kali komuś ukraść krowę…

W tym kontekście warto pochylić się nad obficie relacjonowanym przez media zajściem. Oto ojciec dyrektor wygłasza wykład dla grupy studentów, w którym posługuje się w imię obrony życia poczętego słowami obelżywymi. I jak tu ocenić to zajście i zatarg, jaki z niego wyniknął? Komu zawierzyć? Przecież znów mamy tu do czynienia z walką, ze zdeklarowanymi wrogami po obu stronach. Według jednych Rydzyk użył niefortunnych sformułowań, aby bronić nienarodzonych, a konkretnie, aby potępić panią prezydentową, która miała rzekomo, poprzez zwołanie narady wybranych pań, opowiedzieć się za aborcją. Zatem użył tych słów w dobrej wierze, powiedział coś słusznego, może zbyt mocno, ale przecież miał rację. Inni powiedzą, że duchownemu nie przystoją takie słowa, że obraził człowieka, że poniżył, że siał nienawiść. Dla mediów zaś nieważne jest, co powiedział Rydzyk. Istotne, czy bracia Kaczyńscy będą go chcieli skarcić, czy przełkną obelgi. Liczy się tylko to, kto wygra.

Wyrugowaliśmy z języka debaty publicznej stany pośrednie i potrzebę spokojnej, rozważnej refleksji. Tutaj chyba trochę na życzenie o. Rydzyka, ale w wielu innych przypadkach – bezwiednie.

Problem pełnego brzucha

Pogodziliśmy się już z tym, że tak właśnie toczy się debaty: czy to w polityce, czy to w mediach. Te dwa światy przenikają się i coraz bardziej nadają ton w innych sferach życia. Obawiam się, że pozbawienie znaczenia słów i programowe nastawienie na walkę i pokonanie przeciwnika wywiera wpływ na życie społeczne, rodzinne i staje się wyznacznikiem normy. Normy, która powiada: słowa nic nie znaczą. Liczy się siła mówcy.

Ten bowiem nasilający się relatywizm i inflacja słów wynikają po części z dokonującej się zmiany społecznej roli mediów: niegdyś były biernym obserwatorem przynoszącym czytelnikom chłodne i obiektywne relacje. Dziś są siłą sprawczą wielu wydarzeń. Kiedy o czymś powiedzą, to sprawa ta staje się faktem, będącym częścią świata, który miał być zaledwie przedstawiany, a nie kształtowany! Miały o nim mówić bezstronnie. Jednak jak to zrobić, skoro same są stroną!? Owczy pęd sprawia, że media narzucają nam tematy, których wcale byśmy nie chcieli poruszać… a przede wszystkim, które obiektywnie nie mają wartości, a już na pewno nie służą poznaniu Prawdy. Publikując swoje przepiękne zdjęcia z Afryki, Ryszard Kapuściński powiedział, że na tym kontynencie w zasadzie nic się nie dzieje i panuje tam spokój. Wojny, rzezie i masowo występująca śmierć głodowa są obecne głównie w telewizji. Telewizja w dużym stopniu narzuca tematy, które trafiają następnego dnia na pierwsze strony gazet. A tematy z drugich stron opiniotwórczych tytułów stanowią z kolei żer dla dziennikarzy telewizyjnych przygotowujących wiadomości wieczorne.

Jednak świat galopuje do przodu. Radykalnie zmienia się zakres tego wszystkiego, co jest dla nas realne i ważne. Dla społeczeństw prymitywnych i żyjących w nędzy, słowa w gazetach czy wizerunki w telewizji mają niewielkie znaczenie, ponieważ nie zapełnią pustego brzucha. W wypadku naszego społeczeństwa – wbrew narzekaniom – sytego i materialnie zasobnego, słowa stanowią bardzo ważną część rzeczywistości. Kiedy Polak, Niemiec czy Amerykanin pyta: „Co się wczoraj stało?”, może usłyszeć odpowiedź: „poseł X obraził posła Y” albo „widziałem film”. Nędzarz w głębokiej Afryce nie uzna takich wydarzeń za istotne. Dla nas wydarzeniem było to, co powiedział ojciec Rydzyk garstce studentów. I ważne było to, jak na to reagujemy.

Samo słowo jest dziś wydarzeniem. A zatem słowa i obrazy, symbole i wizerunki, pojęcia i informacje nie są jedynie tym, o czym czytamy w prasie czy co oglądamy w telewizji, aby poznać świat. Słowa to także element świata zewnętrznego, naszego zbiorowego i indywidualnego życia, to cząstka naszego ja. Cząstka, która jednak traci swoją tożsamość i niekiedy nie znaczy nic, tylko staje się narzędziem walki, ewoluując w kierunku czystej agresji albo czystej rozrywki.

Słowa w pogoni za wrogiem
Paweł Kwiatkowski

urodzony w 1967 r. – były rzecznik prasowy Kompanii Piwowarskiej SA, autor licznych publikacji prasowych i książkowych o mediach oraz tłumaczeń z języka angielskiego, m.in. Alvina Tofflera, Johna Naisbitta, Michaela Dobbsa, Philippa Zimbardo....