W stronę większej wolności

W stronę większej wolności

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Przetrwanie czy proroctwo? Listy Thomasa Mertona i Jeana Leclercqa, przeł. Andrzej Wojtasik, Wydawnictwo Homini, Kraków 2004, s. 262

Niemal każda książka Thomasa Mertona dotyczyła zagadnienia monastycyzmu. Kim jest mnich? – to pytanie pojawia się chyba we wszystkich dziełach amerykańskiego trapisty. Po okresie zachwytu nad postacią Mertona i nad jego duchowymi dziennikami stawianie tego pytania zaczęło mnie nużyć. Irytowałem się. Chciałem, aby Merton skupił swą uwagę nie tylko na zakonnikach, ale również na takich jak ja: żyjących w świecie (czyli tzw. świeckich), których interesuje życie duchowe. Był czas, gdy zniechęciłem się do jego książek i przestałem się w nich odnajdywać. Nieustanne definiowanie, kim jest mnich, przestało mnie interesować; miałem poczucie, że autor zatrzymał się w miejscu, którego nie może przekroczyć.

Teraz z wolna rozumiem, że Merton nie mógł i nie chciał inaczej pisać. Zagadnienie „kim jest mnich” było dla niego niesłychanie ważne. W natarczywym ponawianiu pytania oglądał siebie i swoje życie. Jego proza zawsze była mocno autobiograficzna. Poprzez pisanie próbował definiować i określać to, co się w jego życiu wydarzyło. Próbował zrozumieć samego siebie. „Kim jest mnich?” stawało się okazją do skonfrontowania własnego życia z ideałem życia, którego się pragnęło.

Autor Siedmiopiętrowej góry wiedział, że bycie zakonnikiem jest procesem, który nie kończy się na złożeniu ślubów i przyjęciu habitu, ale właśnie od tego momentu się zaczyna. Zatem kapłaństwo i życie zakonne – tak jak i powołanie świeckie – nie jest czymś stałym, ale dynamicznie rozwijającą się przygodą naszego bycia. Sit finis libri, non finis quaerendi – niech będzie koniec książki, nie koniec szukania – słowa, którymi zakończył Siedmiopiętrową górę, okazały się bardziej prorocze, niż myślał. Szukanie nie zakończyło się, a głód prawdziwości życia nigdy nie ustał. Można zżymać się na kolejny raz stawiane pytanie, na kolejny raz udzielane odpowiedzi. Można pochylić się nad tym w niezrozumiałym szacunku. Można wreszcie przyjąć je jako swoje i odnieść do swego stanu życia.

Z bogatej korespondencji Thomasa Mertona na polskim rynku wydawniczym pojawiły się jedynie trzy zbiory listów. Pierwszy to wybór listów wymienianych z Czesławem Miłoszem, drugi z teolożką Rosemary Radford Ruether, któremu nadano tytuł W domu na całym świecie. Trzecie wydawnictwo to korespondencja z okresu prawie 18 lat dwóch mnichów: Jeana Leclercqa i Mertona. Obydwaj cenią sobie niezwykle powołanie monastyczne, jednak są zaskakującymi mnichami. Leclercq jest benedyktynem, który zamiast realizować ślub stałości miejsca więcej czasu spędza na międzynarodowych konferencjach niż we własnej celi. Merton jest trapistą, a zakon cechuje życie cenobityczne, a więc wspólne, podczas gdy amerykański zakonnik czuje, że jego powołanie zaczyna zmierzać w stronę życia pustelniczego. Jednocześnie są to dwie nietuzinkowe postacie. Z listów wyłania się portret mężów modlitwy, fascynatów życia zakonnego oraz wielkich erudytów próbujących objąć zasięgiem swych myśli starożytne i średniowieczne egzystencje zakonników w połączeniu z wyzwaniami współczesności pod względem liturgicznym, kulturalnym, teologicznym, filozoficznym, a nawet jurydycznym.

Czytelnik rozpoczynający lekturę książki Przetrwanie czy proroctwo? wchodzi w już trwającą wymianę listów. Nie jest to korespondencja zachowana w całości: niektóre listy nie dotarły do adresatów, inne z kolei błędnie datowane należało umieścić we właściwej kolejności, wnioskując z kontekstu. Mimo tego otrzymujemy zwięzłą wymianę zdań w ważnej dyskusji. Leclercq i Merton zaczęli pisać do siebie w roku 1950, a więc w czasie poprzedzającym sobór watykański II, wymieniając zdania na temat odnowy monastycyzmu. Byli przekonani, że należy wrócić do korzeni, a więc przede wszystkim podjąć studia nad pismami starożytnych i średniowiecznych mnichów. Zdawali sobie sprawę, że zbyt jurydyczne podejście w zakonach niszczy lub wypacza ich ducha. Obydwaj zaczęli podnosić głos w sprawie powołania eremickiego, które może się rozwinąć w zakonniku żyjącym według reguły cenobitycznej. Nie była to sprawa łatwa, gdyż jak wynika z korespondencji, takie przypadki od czasów nowożytnych traktowane były z dużą podejrzliwością i zduszane w zarodku przez przełożonych. Dla Mertona była to sprawa niezwykle ważna, ponieważ czuł, że do życia pustelniczego wzywa go wola Boga. Był jednak bezradny wobec braku poparcia. Przypadek Mertona zainteresował Leclercqa, który zaczął dostarczać dowodów na to, że w dawnych wiekach opaci wyrażali zgodę na taki tryb życia niektórych zakonników. Można powiedzieć, że francuski benedyktyn i amerykański trapista wzajemnie się inspirowali. Odnosili się do siebie nie tylko z szacunkiem – Leclercq zyskiwał sławę badacza średniowiecznych manuskryptów, Merton religijnego pisarza – ale byli również wobec siebie bezlitośnie szczerzy. W liście z maja 1950 roku Francuz pisał: „Ponieważ pytasz mnie, co myślę o Twoich książkach, odpowiem Ci, choć nie jestem szczególnym autorytetem w tej kwestii. Przypuszczam jednak, że podstawę naszej relacji stanowi doskonała szczerość i lojalność”. Nie zabrakło krytycznych uwag, nie zabrakło również słów pochwały.

Lata 50. i 60. ubiegłego wieku były czasem niełatwym zarówno dla Kościoła, jak i dla świata. Ten ostatni podzielony był dwubiegunowo na strefy wpływów wrogich mocarstw, Kościół zaś przeżywał głębokie reformy. Odchodziło stare, przybliżało się nowe. W tych niespokojnych latach Merton i Leclercq starali się być przede wszystkim mnichami. To było ich powołanie, to była ich wierność życiu, do którego zostali wezwani. Zniekształcenia ideału własnego życia dostrzegali w swoich wspólnotach. Jednym z zagrożeń była nadmierna aktywność, która, ich zdaniem, równała księży diecezjalnych i zakonników kontemplacyjnych. Można to było dostrzec i w Europie, i w Ameryce. Merton pisał w liście z października 1950 roku, że do jego klasztoru przybyło około 150 nowicjuszy. Z jednej strony był to powód do radości, z drugiej zaś wprowadzało to sporo zamieszania. Należało rozpocząć prace zmierzające do rozbudowy klasztoru, bracia spali w zatłoczonych celach.

„Wielu z nich – pisał trapista – sypia w namiocie na dziedzińcu. (…) W domu panuje młodzieńczy nastrój, pełen witalności i entuzjazmu (w dobrym sensie), niczym na obozie wojskowym podczas przygotowań do łatwej i zwycięskiej wojny. My, których otrzeźwiło kilka lat tutejszego życia, czujemy się na przemian podniesieni na duchu bądź przygnębieni z powodu tłumu młodych towarzyszy o dwui trzymiesięcznym stażu: pokrzepieni ich zapałem, radością i prostotą lub przytłoczeni samą ich liczbą. Klasztor jest zatłoczony niczym paryska ulica”.

Francuski benedyktyn krytykował skostnienie życia zakonnego na Starym Kontynencie. Zarzucał europejskim mnichom obłożenie się licznymi przypisami do reguł zakonnych, które stępiały ich ducha, ganił poczucie wyższości nad współbraćmi z innych części świata, a nadto brak chęci do powrotu do korzeni.

„Tutaj, w tej starej, zbyt starej, Europie, wszyscy jesteśmy przemądrzali, intelektualni, skomplikowani; umieramy wręcz z nadmiaru erudycji. Nie ma już w nas spontaniczności, nie ma niczego ze spiritus libertatis [łac. święta prostota], koniecznych do jakiejkolwiek twórczości czy odnowy. (…) My znamy wszystkie konstytucje, statuty, teksty i tak dalej, jesteśmy jednak całkowicie niezdolni do wynalezienia czegokolwiek przystosowanego do nowych czasów” – pisał w liście z listopada 1953 roku. I dodawał: „Zauważyłem na przykład, że jesteście [zakonnicy w Ameryce] w większym stopniu wolni od uprzedzeń, bardziej gotowi do przyjęcia historii takiej, jaka była naprawdę, niż my tutaj w Europie. My zawsze obawialiśmy się zagrożenia jedności zakonu, utraty dobrej opinii lub naszej sentymentalnej pobożności. Wy nie czujecie strachu. Patrzycie w przyszłość. Strach to cecha ludzi starych. Gdy jesteśmy zbyt starzy, umieramy”. Dlatego ciepło wyrażał się o wspólnotach powstałych w Azji czy Afryce. Uważał je za wolne od wszelkiej współczesnej ekwilibrystyki nad regułami zakonnymi w celu złagodzenia ich przesłania.

Przetrwanie czy proroctwo? jest także duchowym portretem dwóch mężów modlitwy. Obaj zgodnie podkreślali, że aby być mnichem, należy być po prostu… mnichem. Każdy z nich uwikłany był w sytuacje, które doskwierały ich powołaniu. Leclercq nieustannie podróżował, gromadził i opracowywał pisma wielkich ojców monastycyzmu, Merton z kolei zmagał się z częstymi gośćmi w swej pustelni. Amerykański trapista w korespondencji przywołuje maksymę z kręgu duchowości buddyzmu zen, która głosi, iż „rzepy i mnisi zen są najlepsi, gdy dobrze siedzą”. Mnich ma być przede wszystkim słuchaczem Słowa. W ostatnim liście z lipca 1968 roku Merton napisał, że „powołaniem mnicha w nowoczesnym świecie, zwłaszcza marksistowskim, nie jest przetrwanie, lecz proroctwo. Wszyscy jesteśmy zbyt zajęci ratowaniem własnej skóry”.

Zanurzyłem się w lekturę korespondencji benedyktyna i trapisty, jakbym wchodził w spokojną toń jeziora. Pytania przez nich stawiane stały się również moimi, choć w odmiennym wyborze życia, innym powołaniu. Co znaczy być mężem? Co znaczy być ojcem?

Zdaję sobie także sprawę, że lektura nie byłaby tak ożywcza, gdyby nie sumienna praca tłumacza Andrzeja Wojtasika, którego liczne przypisy uczyniły książkę bardzo przyjazną.

W stronę większej wolności
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....