Winę za wszystko ponosi rzeka

Winę za wszystko ponosi rzeka

Szanowny Lwie,

Nie byłem dobry dla brata Saumona, choć to on przyniósł mi wiadomość, że jadę do Polski. Był to dzień, w którym postanowiłem skończyć ze swoim lenistwem i włóczeniem się po ulicach Paryża. Zabrałem się ostro do pracy. Pełen dziwnej gorączki zapełniałem kartki zeszytu, szukałem odpowiednich słów, wygładzałem zdania. Pomysły same spływały mi pod pióro. Chciałem wreszcie pokazać im, że potrafię, że nie można traktować mnie jak żebraka donaszającego po zmarłych sfatygowane rzeczy. Chciałem i sobie samemu udowodnić, że panuję nad formą, że styl mój jest coraz bardziej niewymuszony, zdyscyplinowany i rzeczywiście służy opowiadanej historii. Ale czy była to cała prawda o moim pisaniu?

Nie jestem jak wszyscy inni

Bo jak wiesz, Szanowny Lwie, gdy sięga się po pióro i pochyla się nad kartką papieru – chodzi nade wszystko o podbudowanie naszego wyobrażenia o sobie i nie jest wcale wykluczone, że wtedy chcemy zrobić coś przeciwko komuś, bo tak jest przecież najłatwiej. Ileż to sił tajemniczych uruchamia się w nas, ile niepodejrzewanych dotąd energii zaczyna w nas pulsować! Przekonani o naszej szlachetnej racji, nie przerywając pisania, wsłuchujemy się w ten słodki a uspokajający głos, że jeszcze trochę i staniemy się wzorem prawdziwej troski o drugiego, strażnikami wszelkich cnót wbrew wszystkiemu i wszystkim. Ale jak sam dobrze to wiesz – nie kieruje nami żadna troska. To tylko nasze niepowodzenia szukają prostego odwetu na ludziach i sprytnie kierują naszą uwagę na coś całkowicie zastępczego. Pomyślisz być może, że wyrażam się dość apodyktycznie i ograniczam problem do jakiegoś jednego, całkowicie ubocznego wypadku. Zgoda. Powodów takiego działania może być tysiąc i więcej. A jednak śmiem twierdzić, że pod spodem wszystkich takich działań tkwi jedno jedyne przekonanie – że nie jestem jak wszyscy inni. Być może, gdzieś tam u początków naszego żywota, chcieliśmy być jak wszyscy inni, ale wystarczy jedno śmieszne odtrącenie, kpina, przywołanie do porządku przez wybranych, którzy świetnie czują się w swojej grupie rówieśników, a już zaczyna się powolne odchodzenie na margines i zamykanie się w sobie. Koniec końców to, co jeszcze nie tak dawno uważaliśmy za skazę, przyjmujemy jako wybranie i dar niedostępny wszystkim innym i oto poczucie wyższości nie jest już wcale uczuciem, którego powinniśmy się wstydzić. Żyjemy więc i działamy, lecz w końcu tak naprawdę nic nie zyskujemy oprócz prymitywnego, głuchego uporu, który nieodmiennie nazywamy walką o godność, ochroną talentu albo nawet – w skrajnych wypadkach – walką o świętość. Z takiego stanu może nas wyrwać już tylko Bóg, ale odkryłem nieco później, że On w takiej sytuacji woli dyskretnie się wycofać. Być może uważa, że nie ma lepszego sposobu na tego rodzaju dewiantów, jak pozostawienie ich samym sobie. Przynajmniej na jakiś czas. Tak więc pisałem przeciwko, zaciekle, choć szczerze powiedziawszy, dziś miałbym poważny kłopot z określeniem obiektu mojej furii, bo właściwie kim byli ci „oni”? Brat Saumon? Ojcowie, których narady podsłuchiwałem w moim pokoju, wkładając głowę do nieczynnego kominka połączonego zapewne z tamtym w sali kapitulnej? Mój upór, który niefrasobliwie brałem za cnotę, rozgrzeszał mnie z tej czynności samej w sobie najzwyczajniej podłej. Tak to już bywa – nosząc w sobie odłamek jakiejś zalety, obserwując kiełkujący w nas dar, z wyrozumieniem pozwalamy sobie na dowolny grzech, traktując go jako kaprys naszej natury, którą – jak się nam zdaje – możemy przecież ujarzmić w każdym momencie. Cieszyło mnie, że wszystko słyszę. Cieszyło mnie, że byłem prawdziwie niewidzialny. Cieszyło mnie, że wygadywali same głupstwa.

– To się skończy samobójstwem! – piał jakiś głos. – I co wtedy?! Co powiedzą o nas?! Rząd tylko czeka, by po raz kolejny wyrzucić nas na bruk! Czy już zapomnieliśmy o 1905?!
– Tylko spokojnie, Karomenya jak każdy czarny zbyt kocha życie – basował ktoś inny. – To nie był dobry pomysł z przywożeniem go tutaj, ale zwyciężyły ambicje, tak, pycha, proszę, podziwiajcie efekty mojej misjonarskiej pracy! Belgowie nigdy tak nie postępują, nigdy nie przywożą czarnych do Europy, żeby nie niszczyć w ich umysłach idealnego obrazu człowieka białego, bo cóż oni mogą sobie pomyśleć, patrząc na naszych żebraków? Ludzi ułomnych, brudnych, czy nawet niskiego wzrostu?! To przecież proste – że jesteśmy podobnie jak oni ludźmi! I że mamy problemy!
– My? Problemy? Bardziej martwi mnie to, że nie uwzględniono szoku kulturowego, szoku, szoku, tak, szoku! Co może dziać się w tej głowie oszołomionej, atakowanej zewsząd naszą wyrafinowaną kulturą!
– Należy zatem wyrównać ciśnienie.
– Proszę?
– Wyrównać ciśnienie, chyba wyrażam się dosyć jasno!
– On wodzi nas za nos, te jego miłostki, włóczęgostwo, podejrzewam, że używa tytoniu! Pije!
– Tylko spokojnie, spokojnie, grzech jest po naszej stronie, nie znalazł się nikt, kto zechciałby zaprowadzić go do Luwru, mimo moich usilnych nalegań!
– I co on miałby tam robić?
– No jak to co?! Podziwiać!
– Mój Boże…
– To ironiczne westchnienie nie dość, że przyzywa imienia Boga nadaremno, to jeszcze świadczy o brakach w teologii! Jaki On mój, też coś!
– Powtarzam, trzeba wyrównać ciśnienie, poza tym musimy zrobić wszystko, by zapomniał o pani Sageran.
– Jakiś pomysł?
– Jest tu przecież ksiądz Stanisław…

Kraj bagnisty, w którym mieszkają Żydzi

I tak oto, Szanowny Lwie, znów znalazłem się w towarzystwie księdza Stasia, z którym dzieliłem podczas morskiej podróży do Hamburga stół i chodziłem słuchać kazań trochę stukniętego kapitana Kleppa. Dopiero teraz dowiedziałem się, że należy do tego samego misjonarskiego zgromadzenia co ojciec Bernard. Czułem się nieco nieswojo, bo przypomniałem sobie opowieść diabła, który po raz pierwszy zawitał do Europy, podróżując z żyrafą wicekróla Egiptu. My też z księdzem Stasiem podróżowaliśmy do Hamburga z żyrafami, ale czy od razu miało to oznaczać, że ściągniemy na Europę nieszczęście? Cała sprawa nie wyglądała jednak aż tak tragicznie w ustach ojca Fumeta.

– Musisz się przewietrzyć, to jest nakaz, rozkaz, prośba, obowiązek, jak ci wygodnie. Ksiądz Stanisław zgodził się zabrać cię na kilka miesięcy do swojej ojczyzny. I tu problem – on mówi, że to Polska, my zaś wiemy, że to AustroWęgry. Nic zapewne z tego nie rozumiesz, ale to przecież nic nie szkodzi, ziemia, woda, lasy nie zmieniają się z powodu przesunięcia granic czy zniknięcia jakiegoś kraju. Gorzej z tamtejszymi ludźmi. Spiski, knucie, zarzewie niepokoju, może nawet wojny. Ale nie bój się, teraz wreszcie panuje tam spokój. Dzięki europejskiej równowadze, której nie wolno nam w żadnym wypadku zakłócić. Problem jednak w tym, że ten „żaden wypadek” nie został dostatecznie jasno określony. Hrabia Tuzzi wyraził to o wiele lepiej w pełnym pieprzu artykule – popisywał się bezwstydnie Fumet, kątem oka sprawdzając, jakie wrażenie robi na mnie jego znajomość polityki.
– „Ta równowaga – mówi nam Tuzzi – to coś, czego nie wolno zakłócić, aby wszyscy na wszystkich nie napadli. Ale czego właściwie nie wolno zakłócić, tego nikt dokładnie nie wie”.

Ojciec Fumet długo czegoś szukał na półce między książkami. Znalazł wreszcie i rozłożył przede mną stary, pożółkły zeszyt w kratkę z okładką pełną tłustych plam.

– O, jest – ucieszył się – to zapiski z podróży ojca Miguela Maricotte’a, który po mistrzowsku opisał ten dziwny kraj. Pologne. I co, czytamy? Zaraz, zaraz, nie tu, jeszcze nie tu… Tu! La Pologne… tak: „…jest to kraj bagnisty, w którym mieszkają Żydzi”. Celne! Wyśmienite, typowa kartezjańska synteza – zachwycał się ojciec Fumet. – I pomyśleć, że podróż ojca Miguela nie trwała więcej niż jeden chudy miesiąc! Mamy to we krwi, mój drogi, po miesiącu obserwacji potrafimy napisać wcale niezłą książkę! Szkoda tylko – tu ojciec Fumet zasępił się – że nikt z rządu nawet palcem nie ruszył, by powołać ojca Miguela na stanowisko eksperta do spraw Wschodu. Ale takie to były czasy. Takie to były czasy – pomrukiwał, z uwagą rozwijając na swoim biurku mapę. – Mój Boże, gdzie ja szukam?! – oburzał się na siebie – przecież to zbyt na północ! No a teraz zawędrowałem do Turcji, paradne! Ale wzrok już nie ten. Czekaj, czekaj, jest! Warszawa jest… teraz posuwamy się na południe, cały czas na południe, nie za szybko, zaraz, zaraz, jakieś miasta prze, przy, ści, o matko jedyna! A ksiądz Stanisław mieszka zaraz za Wisłą w podobnym dziwolągu, no nie! Za nic w świecie tego nie wymówię! Tabr, Tabor, Tank, Berg, Tannenberg, Taszobszeg! Jak zwał, tak zwał, cóż ci szkodzi pojechać z nim na kilka dobrych dni? Zaufaj mi, przed powrotem do Afryki musisz przejść przez… hm… dekompresję, a Stanisław to taki miły człowiek. Jak zresztą wszyscy Polacy…
– Polacy? – niezbyt przytomnie wpadłem mu w zdanie.
– Mój drogi, to są Rosjanie, którzy nie wiedzą jeszcze, że są Rosjanami, no, powiedzmy Rosjanie umiarkowani. Rosjanie, którzy myślą, że są Francuzami. Tak sądzi ojciec Miguel. – Wziął do ręki zeszyt z zapiskami. – To, co miał im do zarzucenia – poprawił z wysiloną elegancją okulary i ułożył usta w ryjek mądrego zwierzątka z edukacyjnej bajki – to może zbytnia, staromodna honorowość i brak tego cudownego, wschodniego fatalizmu. „Otwarci, ufni pierwotnie, z predylekcją do dokonywania zwierzeń przed całkiem obcymi osobami. Kultura łacińska, do której chętnie się przyznają, nadwyrężyła nieco tę ufność, dlatego po dokonaniu zwierzenia wstydzą się i za wszelką cenę unikają ponownego spotkania”. – Fumet poślinił delikatnie kciuk i przewrócił kartkę. Znów czytał szybko, po przekątnej – jakby ze wstydem i lękiem, że może nie znaleźć kolejnej kartezjańskiej syntezy zamkniętej w jędrnym zdaniu. Streszczał mi potem to, co przeczytał z wyrazem lekkiego zawodu na twarzy, po której od czasu do czasu przesuwał się jednak cień źle skrywanej satysfakcji, że oto, proszę, nawet niepospolity mózg ojca Miguela uległ w końcu wypaleniu. – Niekiedy ich zaniedbana, a może wstydliwie skrywana rosyjskość dochodzi do głosu i stają się wtedy sympatycznie nieumiarkowani. Polacy Południowi lubią pogrzeby, Polacy Środka reprezentują niski poziom higieny, Polacy Zachodni, najbardziej schludni z tej nacji, są prawdziwymi entuzjastami kartofli, które podobno pochłaniają na petit dejeneur. Polaków Północnych ojciec Miguel nie odkrył. Według dużego prawdopodobieństwa napotkasz na swojej drodze Polaków Południowych.

Duch tej krainy

I tak rozpocząłem moją kolejną podróż. Był początek złotego października i ksiądz Staś wyglądał na szczęśliwego. Wracał do siebie.

– Zobaczysz, zobaczysz – huczał mi nad uchem jak trzmiel – to dobre ludzie, piękna kraina, po co ci siedzieć w kamiennym mieście? Zobaczysz, jakim będziesz dziwowiskiem i zaraz pójdziemy nad Wisłę łapać ryby! Taaakie ryby! Pożyczymy łódkę i popłyniemy na kaczki, byle tylko malaria się nie odezwała! Będziemy zbierać rydze! – I szczegółowo opisywał kolor soku, jaki zostawiają na nożyku. Nie znałem go takim na statku płynącym do Hamburga, wtedy był zamknięty w sobie, milczący, skryty. Teraz pomagał mi nieść kuferek, opiekuńczy, dobry, troszczył się o wszystko, karmił mnie i poił, na kolejnych stacjach wybiegał po butelki słodkiej, czerwonej oranżady. Po Wiedniu przyszedł Kraków, potem Tarnów i mała Dębica. Zresztą wszystkie te dworce były miniaturami tego wiedeńskiego. Zdawało mi się, że ta płaska kraina księdza Stasia, od kiedy tylko zaczęła istnieć, nie mogła urodzić niczego innego niż te żółte dworce z żeliwnymi kolumnami podpierającymi podrdzewiały okap, kryte dachówką niskie stacyjne magazyny i poczerniałe od wilgoci płoty okalające składy węgla i drzewa. Nie było tu katedr, a tylko wysokie, ceglane wieże ciśnień. I sosnowe laski z łatą żółtego piachu, borki, czasami staw z maczugowatymi wierzbami. Choć i spotykaliśmy ludzkie siedziby: drewniane domki kryte słomą. Ich kolory: wapienna biel albo ultramaryna. Nad nimi dym z komina, nieruchomy, jakby wycięty z szarego papieru i doklejony. W tych ostatnich – jak mi objaśnił ksiądz Staś – mieszkały panny na wydaniu. I dzieci umorusane, stojące przy torach, kiedy przejeżdżał pociąg. Machały nam przyjaźnie.
– Czyje to dzieci? – zapytałem.
– Czyjeś – odpowiedział, ziewając, ksiądz Staś. Jeszcze czerwonozłoty tunel drzew i nasza stacja. Żółte, przygaszone światło w jej oknach na pięterku, a pod oknami czarny napis: Tarnobrzeg. Ksiądz Staś odgonił Żyda, który ofiarował się odwieźć nas niską furką do miasta.
– Ten pan nie potrzebuje koni – huknął i popchnął mnie w stronę wolnej dorożki drzemiącej pod rozłożystym kasztanem.
– Czy ja chciałem źle? – lamentował Żyd, przerzucając biczysko z prawej ręki do lewej – czy ja się narzucałem? Czy ja chciałem nieuczciwie zarobić, panie ksiądz? Ja chciałem przyjemność! On jest czarny jak pieprz! Co ja mówię! On jest czarny jak smoła! Co ja mówię! On jest czarny jak eunuch królowej Kandaki!

Już w dorożce, Szanowny Lwie, nawiedził mnie duch tej krainy. Wystarczyło bowiem wciągnąć głęboko w płuca to zimne, przepełnione zapachem butwiejących liści powietrze, dać się ogarnąć ciepłym powiewom ciągnącym niewidzialnymi korytarzami z pobliskich pól, zatrzymać na języku smak ziemniaczanego dymu z tlejących się tu i tam ognisk. Na początek tylko tyle. Potem dopiero, gdy obfitość smaków, powiewów, zapachów została dobrze utrzęsiona podrzutami twardo resorowanej dorożki, przychodziło to jedno jedyne pytanie: „I powiedz szczerze – po co to wszystko?”. Nie, Szanowny Lwie, nie czułem w tym pytaniu żadnej tragedii czy chodźmy namiastki buntu, nie było to wcale zaproszenie do dyskusji, sporu, kłótni. Nic z tych rzeczy. To pytanie było stawiane bez przekonania, było właściwie stwierdzeniem. Duch tych okolic zdawał się spełniać swój urzędniczy, austriacki obowiązek, bo tak mu kazano czynić na powitanie – nie dostrzegał jednak najmniejszego sensu w tego rodzaju procedurze. Gdyby jeszcze nosił w sobie jakąś tajemnicę, której nie chciał zdradzić. Ale on nie nosił. Gdyby jego ból miał ręce i nogi! Ale nie miał. A więc o co w tym wszystkim chodzi?! O nic. Duch nie kłamał. Wystarczyło choć trochę pomieszkać z tymi ludźmi, by przekonać się, że choć są z nami, tak naprawdę są całkiem gdzieś indziej. Lekko zdziwieni, że każe się im żyć, kupować, modlić się, kochać i umierać. Ktoś jednak musiał za to ponosić odpowiedzialność.

I już pod koniec października wiedziałem, że winę za wszystko ponosi rzeka. To ona – leniwa a nieprzewidywalna, ukrywająca zapewne pod kamieniami i piachem jakieś trucizny – rozwieszała w ich umysłach te niedbale tkane smugi mgły, zatykała otwory uszu, szpary oczu swoimi oparami podobnymi do starych pajęczyn zwisających ze strychowej belki. I wszyscy oni byli jak jej nurt – łączyli się i rozłączali, pogmatwani, zmienni pod spodem – na powierzchni zaś konsekwentnie kontynuujący życie: nie wiadomo dlaczego, dla kogo i po co. Gdyby jeszcze na coś czekali. Gdyby się jeszcze kogoś spodziewali. Ale tu nawet Żydzi podobno nie czekali na swojego Mesjasza. Rzeka była granicą i jak każda granica powinna budzić lęk, ciekawość, podniecać. Nic podobnego. Gdyby jeszcze starali się wziąć ją w karby, osaczyć, ujarzmić, podporządkować. Ale do tego potrzebny był kamień, pion i poziom, szkic jasny, oddychający symetrią, przykład płynący z góry i zniewalający harmonią. Nic podobnego, Szanowny Lwie.

Wystarczyło wejść do jednego z tutejszych kościołów, które dla tych ludzi były wszystkim – akademią, lazaretem, domem weselnym, domem żałoby, ale też i przedsionkiem raju. Wystarczyło wejść, by oniemieć od natłoku kolorów, gry świateł, linii poskręcanych a kapryśnych, napierających zewsząd złotych fal i srebrnych morskich bałwanów. I ta gęstwa gipsowych aniołów nad głową. Sprzeczność i umowność. Nawet tutejszych wiar. O których Ci opowiem. Schodziliśmy ku rzece z księdzem Stasiem, dźwigając wędy, blaszanki, podbieraki. Niedaleko przystani stał człowiek w czarnym płaszczu do ziemi i czytał coś z małej książeczki osłanianej troskliwie od wiatru.

Radź pan, co tu z retmanem zrobić

– To rabin Huelle – szepnął mi w ucho ksiądz Staś – bądź dla niego grzeczny. – Nim jednak zdążył mnie przedstawić tej godnej postaci, do drewnianego pomostu przystani przybiła długa łódź z wysokimi burtami zaciągniętymi smołą. Wylazł z niej ktoś niewysoki w ogromnym, pilśniowym kapeluszu. Szedł ku nam, kolebiąc się rytmicznie na boki, najwyraźniej walcząc z próbującą go podciąć niewidzialną falą. Nawet na nas nie spojrzał. A ja odczułem to jako przykrość. Przyzwyczaiłem się już bowiem odgrywać rolę ruchomej atrakcji tego miasteczka. Biegnące za mną dzieci, tłoczący się wokół mnie podczas środowego jarmarku przyjezdni chłopi i baby w kwiecistych chustach. Miejscowe elegantki łapiące się za guzik na mój widok – podobno na szczęście. Ich strach pomieszany z ciekawością. Ksiądz Staś uderzał się z ukontentowania po udach, gdy opowiadał mi, co też ludzie wygadują przy straganach i wózkach z nabiałem: „Wojna będzie panie, bo nieznany ksiądz z diabłem po świecie chodzi”. Ale wróćmy do człowieka w pilśniowym kapeluszu. Ten z szacunkiem zbliżył się do rabina, najpierw pogmerał ręką przy ogromnym rondzie, jakby zamierzał uchylić nakrycia głowy, potem szukał długo czegoś w kieszeni swojej czarnej kurty, wreszcie wyciągnął krótką glinianą fajkę.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, panie Huelle.
– Na wieki wieków amen – odpowiedział grzecznie rabin, nie podnosząc jednak wzroku znad książeczki.
– Ja z interesem do pana – tu postać w kapeluszu splunęła siarczyście pod nogi i nabiła fajeczkę. – Radź pan, co tu z retmanem zrobić, bo nie sprzyja, ludzi mi podbiera, choć i ja jakoś łatwy nie jestem, między Bogiem a prawdą. A pierwszą sosnę już na Barbarki ścinam i dalej co? Sam mam płynąć? – postać splunęła dwa razy tuż pod nogi rabina.
– Nu, niech pan tak nie pluje, panie Herba, ziemia też święta, jako i woda. W wodę to pan nie plujesz, jak płyniesz?
– Ano nie pluję, bo woda to wiadomo święta! I nie gwiżdżę, niech Bóg broni! – postać w pilśniowym kapeluszu z rozmachem uderzyła się w pierś.
– Nu, ziemia też święta. I co tam z retmanem Zaliwskim? Zgoda dobra, ale czy pan mój wróg, panie Herba? Ja holownik z Zawichostu sprowadzę, my podczepimy to drewno pływające do tej arki Noego, my pociągniemy je na linie mocnej jak sploty Samsona, my pierwsi będziemy w Gdańsku jak zwiadowcy Mojżesza w Kanaanie, my pierwsi się przywiążemy na Polskim Haku niczym Ruth do Booza, oni od nas kupią, my wrócimy i jeszcze raz popłyniemy. To będzie dwa razy.

Postać w filcowym kapeluszu spluwała teraz obficiej.

– Dwa razy! – powtarzała zgorszona – jak zwiadowcy Booza w Kanaanie, jak sploty Mojżesza ciągnące Ruth – dwa razy w jeden sezon to wielki grzech, panie rabin, wielki grzech…
– Nu, ja myślę, że grzech będzie, gdyby nie skorzystać.

Tego dnia okoniowe branie skończyło się szybciej niż zwykle. Wracaliśmy z pustymi rękoma do domu przy ulicy Kolejowej, gdzie mieszkał ksiądz Staś. Towarzyszył nam zapach piwnego słodu wydobywający się z zamczystego browaru rozpierającego się w pobliżu rzeki. Czekałem na księżyc, który potrafił tu na maluteńkim ryneczku przemienić bruk w świecące łuski karpia. Ale noc wyszła bez gwiazd i księżyca. Pod niskim ratuszem, w świetle jedynej palącej się latarni, taplała się w błocie łaciata świnia. Kiedy ją mijaliśmy, przekręciła się zadowolona na drugi bok, łypiąc na nas spod oklapniętego ucha.

– Zobacz – powiedział ksiądz Staś – łaciata jak u nas. W Afryce.

Twój Karomenya

Winę za wszystko ponosi rzeka
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...