Umęczony i pogrzebany
fot. ben valenzuela / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 votes
Wyczyść

Po to Chrystus zstąpił do piekieł, żeby z piekła wszystkich wyprowadzić, żeby to piekło, otchłań i śmierć nie były finałem ludzkiej egzystencji.

Katarzyna Kolska: Bardzo trudno w to uwierzyć i jeszcze trudniej zrozumieć, że Jezus dwa tysiące lat temu został za nas ukrzyżowany i umarł za nasze grzechy. Na pewno za nasze?

Adrian Galbas SAC: Święty Piotr po zmartwychwstaniu mówi do zgromadzonych w Jerozolimie: To wy zabiliście Jezusa. Mało kto, spośród trzech tysięcy ludzi, do których przemawiał, był na Golgocie w chwili krzyżowania Jezusa i Jego śmierci, a jednak – jak czytamy w Dziejach Apostolskich – ci ludzie przejęli się tym do głębi serca.

Ukrzyżowanie Chrystusa jest centralnym punktem historii i jego owoce dotyczą zarówno tych, którzy żyli przed Jego narodzeniem, jak i każdego człowieka, który narodzi się do końca świata. Bóg zbawia cały świat. To, co się stało na krzyżu, zostało zapowiedziane w raju w momencie grzechu pierworodnego. Jest taka piosenka, w której śpiewamy: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech, to nie ludzie Cię skrzywdzili, lecz mój grzech, choć tak dawno to się stało, widziałeś mnie”. I tak jest! Bóg mnie tam wtedy widział.

Chrystus umarł za mnie, ze względu na grzech pierworodny, który jest dziedziczny, czy za grzechy, które teraz popełniam?

Chrystus umarł z miłości do mnie. Jestem potomkiem Adama, jestem człowiekiem zdolnym do grzechu, grzech we mnie samym powoduje śmierć.

Trudno to zrozumieć, bo nosimy zegarki na ręku, posługujemy się czasem i nie jest nam łatwo myśleć o skutkach czegoś, co jeszcze się nie wydarzyło. W zbawczym planie Boga było to możliwe. Chrystus z wysokości krzyża widział także mnie. Co jest o tyle pocieszające, że Bóg pokonał grzech nie tylko tych, którzy fizycznie, w chwili śmierci Jezusa stali pod krzyżem, ale także mój grzech.

Wolimy myśleć, że to Żydzi przybili Chrystusa do krzyża, nie my.

Chcielibyśmy sobie to zbyt szybko i prosto załatwić, unikając przy tym osobistej odpowiedzialności, ale to jest fałszywe i błędne myślenie. Śmierć Chrystusa jest okropnym dziełem grzesznika, niezależnie od tego, z jakiego ten grzesznik pochodzi narodu.

Proces, podczas którego skazano Jezusa na śmierć, był nieuczciwy, można powiedzieć, że był parodią procesu. A gdyby ten proces poprowadzono uczciwie? Gdyby Chrystusa nie skazano na śmierć krzyżową?

Proces Jezusa był jednym z elementów Jego męki, która nie zaczęła się – jak często myślimy – dopiero w chwili założenia korony cierniowej czy biczowania, czyli wtedy, gdy pojawiła się krew na ciele Chrystusa. Jego męka zaczęła się dużo wcześniej, gdy Jezus został opuszczony przez tych, do których przyszedł (po raz pierwszy tak ostentacyjnie zostawili go w Nazarecie). Męka Chrystusa trwała więc i podczas Ostatniej Wieczerzy, i w Getshemani, i przed Sanhedrynem, a potem podczas procesu Jezusa na dziedzińcu przed pałacem Piłata, gdzie nie było nikogo z Jego uczniów. Nie było tam dwóch tłumów, z których jeden krzyczał: Na krzyż, a drugi: Uwolnić Go. Nie! Jezus był całkowicie sam. Naprzeciwko niego stał człowiek, który z jednej strony był strażnikiem rzymskiego prawa, a z drugiej w ewidentny sposób to prawo łamał.

I ten proces Chrystusa nieustannie trwa: akty manipulacji, niesprawiedliwości, kłamstwa, fałsze, zdrady, instrumentalizacja drugiego i te najrozmaitsze ludzkie bezczelności, które przecież są konkretną krzywdą, którą jeden wyrządza drugiemu. I tak to idzie rok za rokiem, wiek za wiekiem. Ciągle. Codziennie…

Zastanawiał się ksiądz może na nad tym, jak ten proces wyglądałby dzisiaj, kiedy nawet my – wierzący – jesteśmy tak bardzo podzieleni? Mamy przecież różny stosunek do krzyża, do naszej wiary, do religii.

Myślę, że byłby nie mniej dramatyczny. O co chodzi w tym procesie? Chodzi o bolesne zderzenie prawdy i manipulacji, wolności i zniewolenia. Chrystus uosabia prawdę i wolność: On nie tylko głosi prawdę, ale sam jest Prawdą, a z drugiej strony jest manipulacja: pieczenie własnych pieczeni, robienie swoich interesików, szukanie krótkotrwałych korzyści, byle tylko jak najwięcej ugrać dla siebie. Nie tylko Piłat był zniewolony, ale także ten wrzeszczący tłum. Dzisiaj też mamy z tym do czynienia – w Kościele również. Każdy z nas powinien sobie codziennie zadawać pytanie: Czy ja jestem człowiekiem dążącym do prawdy, czy kieruję się obiektywnymi kryteriami w moich codziennych rozeznaniach? Do kogo jestem bardziej podobny, do Chrystusa, który pozornie wtedy ten proces przegrał, ale ostatecznie jest Zwycięzcą, czy do tych, którzy niby wtedy dopięli swego, ale tak naprawdę przecież przegrali?

Chrystus został niesprawiedliwie osądzony. To bardzo bliskie nam zachowanie – osądzamy każdego dnia na tysiąc różnych sposobów, nie zdając sobie niejednokrotnie sprawy z tego, że te nasze osądy mogą być brzemienne w skutki.

Nie unikniemy osądów, co więcej, w wielu sytuacjach nie powinniśmy ich unikać. Ludzie, którzy nie są zdolni do osądu, komplikują życie innym i sobie, nie mogąc podjąć żadnej decyzji, nie mogąc nic postanowić. Pomyślmy, co by się działo, gdyby nauczyciel nie był w stanie osądzić ucznia i postawić mu właściwej oceny, lekarz nie był w stanie osądzić stanu pacjenta i postawić właściwej diagnozy, a co z prawnikami, sędziami, księżmi w konfesjonale?

Osąd sam w sobie nie jest problemem, jest elementem dojrzałości człowieka. Problemem jest niesprawiedliwy osąd. Sprawiedliwy to taki, w którym chodzi o prawdę, niesprawiedliwy ma prawdę za nic. Kryteria tego pierwszego są jawne i stałe, w tym drugim zmieniają się z prędkością światła. W osądzie sprawiedliwym działa zasada: dobro – zło, prawda – fałsz, w niesprawiedliwym: lubię – nie lubię, czyli inaczej osądzam tego, kogo lubię, a inaczej tego, kogo nie lubię. Wobec jednego tak, wobec drugiego siak. Ważne jest więc to, czym się kieruję, osądzając drugiego człowieka. Czy kieruję się prawdą i – w konsekwencji – dobrem tego człowieka, czy moimi własnymi korzyściami, tym żeby za wszelką cenę postawić na swoim?

Ważne jest też to, kiedy ja ten osąd wydaję: Czy na początku procesu rozeznawania, myśląc sobie: Ja i tak już wiem, jakim ty jesteś człowiekiem, wiem, co mam o tobie myśleć, czy na końcu, po rzetelnym zbadaniu sprawy.

Piłat osądził niesprawiedliwie. Lekceważąco wzruszył ramionami, pytając „Cóż to jest prawda?” – i nie poczekał na odpowiedź. Może bał się, że gdy ją usłyszy, będzie musiał zweryfikować swój sąd, albo bał się, że ta odpowiedź zburzy jego uporządkowany świat, w którym liczy się tylko on i jego małe sprawy: karierka, pieniążki i podejrzane interesy.

Często zachowujemy się podobnie.

Niesprawiedliwy, zmanipulowany osąd jest jednym z najbardziej złych działań przeciwko drugiemu człowiekowi. Potrafi bardzo zranić – każdy z nas pewnie kiedyś tego doświadczył.

Święty Paweł mówi: „Wyrzućcie z siebie truciznę sądów”. Nie mówi wyrzućcie sądy. Tylko truciznę. Ta trucizna sądu jest bardzo szkodliwa. Wręcz śmiercionośna.

Zatrute sądy mają tę złą właściwość, że ktoś osądzony w pierwszym odruchu zaczyna postępować tak samo: niesprawiedliwy osąd bardzo szybko rodzi niesprawiedliwy osąd. Potrzeba wielkiego hartu ducha, niezwykłej odporności i otwartości na Pana Boga, żeby umieć się temu przeciwstawić.

Mówimy, że Chrystus został umęczony. Mamy wtedy przed oczami sceny, gdy niesie krzyż, gdy upada, gdy jest biczowany, gdy korona cierniowa rani Mu skronie, gdy żołnierze wbijają gwoździe w Jego ręce i stopy. A w Ewangelii Jezus mówi tak: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. To znaczy, że Pan Jezus zaprasza nas do cierpienia?

Ale jaka jest alternatywa: Czy taka, że jeśli pójdę za Chrystusem, to będę miał krzyż, a jak za Nim nie pójdę, to nie będę go miał?

Doświadczenie uczy, że krzyż zawsze jest. Krzyż młodości, gdy nie wszystko jeszcze można i krzyż starości, gdy nie wszystko już można, krzyż braku pracy i krzyż nadmiaru pracy, krzyż wspólnoty i krzyż samotności, krzyż małżeństwa i krzyż celibatu, krzyż choroby, cierpienia, umierania swojego czy kogoś bliskiego – przecież to każdy przeżywa – nie tylko wierzący.

Alternatywą nie jest więc: albo krzyż, albo brak krzyża. Ale: Albo dźwigam krzyż razem z Chrystusem, albo niosę go sam.

Kiedy Pan Jezus mówi „Niech Mnie naśladuje”, to znaczy, że prosi, aby iść po Jego śladach. Ja nie jestem debiutantem na drodze niesienia krzyża, ktoś przeszedł nią już przede mną i to przeszedł zwycięsko. Teraz daje mi pomoc, żeby mnie krzyż nie załamał, nie przygniótł, żebym nie przeklął swojego życia dlatego, że jest obciążone krzyżem.

Z tym naszym krzyżem, z krzyżem grzechu przychodzimy do konfesjonału. Czy jest jakaś średnia, jakaś wypadkowa tej męki, którą przynosimy? Taki grzech, który nas wszystkich, bez wyjątku, powala?

Każdy człowiek jest niepowtarzalny i nawet jeśli popełniamy grzech, który można tak samo nazwać, to jednak jest to inny grzech. On się dokonuje w konkretnym sercu, w konkretnym życiu, w konkretnej rzeczywistości i wrażliwości. Te różnice widać też w podejściu osób spowiadających się, które popełniając ten sam grzech, różnie się z niego oskarżają.

To wynika z dojrzałości sumienia?

I z dojrzałości sumienia, i z jego wrażliwości, i z całej historii życia człowieka. Grzech jest częścią naszego osobistego i niepowtarzalnego życia. Wszyscy idziemy za Chrystusem, ale każdy idzie inaczej. Grzech zawsze wywołuje spustoszenie, ale dynamika tego spustoszenia jest różna.

A co nam najbardziej dolega? Czy jest jakiś grzech XXI wieku?

Chyba obojętność. Takie banalne wzruszenie ramion, wobec wielu poważnych, a często dramatycznych wymiarów życia. Takie płytkie i zwyczajne: „Nic mnie to nie obchodzi”. Z tym się wiąże też to, że łatwiej niż kiedyś akceptujemy grzech. Jest przecież różnica między popełnieniem grzechu a polubieniem grzechu, między przewrócić się i upaść a przewrócić się i leżeć. Ta druga sytuacja jest bardzo niebezpieczna. A coraz większa jest dziś zgoda właśnie na to, by leżeć.

Jest w liturgii Wielkiego Piątku taki moment, gdy klękamy przed krzyżem i go całujemy. Co my wyrażamy tym pocałunkiem: wdzięczność, wyrzuty sumienia?

To bardzo intymny moment, jak każdy pocałunek. Trudno wniknąć w intencje każdego. Kiedyś jedna z kobiet żyjących w związku niesakramentalnym powiedziała mi, że dla niej podejście i ucałowanie krzyża to taka szczególna chwila. Bo nikt jej wtedy nie stygmatyzuje. Jak wszyscy może wyjść z ławki i ustawić się w kolejce, a potem w ciszy ucałować krzyż i powiedzieć Chrystusowi to, co jej najbardziej leży na sercu. Nie mogę – mówi – tego zrobić podczas niedzielnej mszy świętej, gdy wierni idą do komunii. – Ale wtedy, w ten dzień, mogę. Jestem wówczas fizycznie tak bardzo blisko Chrystusa i doświadczam tego, jak On jest blisko mnie…

W Credo wyznajemy, że Jezus został pogrzebany. I tu aż trudno nie wspomnieć o dwóch postaciach, Józefie z Arymatei i Nikodemie. To nie ci najgorliwsi, nie ci, którzy byli najbliżej Jezusa – raczej bohaterowie drugiego planu czy nawet tła. A to oni zabrali ciało Jezusa i je pogrzebali. Tacy, przymierzając do naszych czasów, ludzie z opłotków Kościoła, którym niejednokrotnie odbieramy przyzwolenie na korzystanie z darów Pana Boga.

To są bardzo ładne postaci. Takie pochodnie wśród ciemności, która zaległa po śmierci Jezusa. Wydawało się, że wszystko skończone, i nagle przychodzi Józef z Arymatei i odstępuje Jezusowi nowy grób, podkreślając w ten sposób godność Chrystusa.

Chrystus jest traktowany z ogromnym szacunkiem i to przez ludzi, którzy – jak pani wspomniała – dotychczas nie byli szczególnie blisko. A właśnie oni okazują Mu w tej godzinie najwięcej zainteresowania, czułości, miłości i wyrażają w ten sposób swoją wiarę.

Dziś też trudno powiedzieć, kto jest bardziej wierzący, czy ten, który siedzi w pierwszej kościelnej ławce, czy ten, kto stoi pod chórem. Bałbym się tu kategorycznych orzeczeń. Cieszmy się, że są Maryja i Jan stojący tuż pod krzyżem, ale jednakowo cieszmy się też, że są duchowi potomkowie Józefa z Arymatei i Nikodema. Cieszmy się ich niepowtarzalną więzią z Chrystusem i ich drogą do Pana Boga. Pozwólmy każdemu na jego własne miejsce w Kościele, które świadomie wybiera i które w danym momencie życia jest dla niego prawdziwym miejscem spotkania z Chrystusem.

Próbuję sobie wyobrazić wrzawę, jaka by się rozpętała, gdyby dziś szukano grobu dla Jezusa. I co by się działo, gdyby jakiś człowiek z tych kościelnych opłotków pospieszył z propozycją, że on ma taki grób i że tam można złożyć ciało Jezusa. Pewnie byśmy go przepędzili i zaszczuli.

Mieliśmy już kilka takich wrzaw…

I tu znowu dotykamy sprawy osądzania: ten nie jest z mojej bajki, ten się inaczej ubiera, ten nie tak mówi. Bóg jest większy od naszego serca, od naszych partykularyzmów, bardzo ograniczonych ocen i bardzo małego pola widzenia. Tak często próbujemy uniwersalizować nasze sądy, chcemy uważać się za posiadaczy prawdy. A może bardziej powinniśmy się starać, by to Prawda posiadła nas. Prawda, którą jest Jezus Chrystus. Bylibyśmy wówczas bardziej sprawiedliwi.

W skróconym wyznaniu wiary mówimy, że Jezus po śmierci zstąpił do piekieł. To bardzo trudna prawda. Gdzie On był, co tam robił? Czy to znaczy, że doświadczył nie tylko męki fizycznej ale – będąc w piekle – doświadczył też męki duchowej?

Piekło to nie jest miejsce, tylko stan. Stan bez Boga. I tego strasznego stanu doświadczył Jezus. Spotkało to Kogoś, kto sam z siebie był bez grzechu, ale niczym gąbka tak bardzo wchłonął w siebie nasze grzechy, że jak powie św. Paweł, sam stał się grzechem. Wiszącym na drzewie grzechem.

Jezus zwątpił w Boga?

Kiedy wisiał na krzyżu, słyszał wołanie: Zejdź, zejdź, zejdź. I nie zszedł. A to znaczy, że nie zwątpił.

Ile razy słyszymy, jak ktoś mówi: Moje życie jest piekłem – bo przeżywa jakieś trudności, które są ponad jego siły. I wtedy pojawia się pokusa rezygnacji, poddania się, zwątpienia w Boga, w siebie, w drugich. Pokusa porzucenia Kościoła, zaprzestania czynienia dobra, pokusa brnięcia w grzech… Moment, kiedy Jezus znalazł się w piekle może – paradoksalnie – dodać wtedy otuchy. Ty, Panie Jezu, to wszystko przeżyłeś przede mną i teraz dajesz mi dostęp do swojej siły, dzięki której ja też jestem w stanie przetrwać to moje dzisiejsze piekło.

Czy możemy jakoś sobie wyobrazić, co działo się w piekle, gdy był tam Chrystus?

Tam było wojna! Śpiewamy o Chrystusie: „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana”. Nie zwycięża się na balu, tylko na wojnie. Na balu się co najwyżej flirtuje. To zwycięstwo nad mocami piekielnymi ładnie pokazuje piękna ikona Anastasis, na której przedstawiony jest Chrystus wyciągający z piekielnej czeluści całą ludzkość. Pierwszy jest Adam, Adam trzyma za rękę Ewę, Ewa kolejną osobę. Oni się gramolą z tego piekła, wyglądają jak półżywi. Jest na tej ikonie niebagatelny szczegół: Jezus trzyma Adama za przegub, jakby sprawdzał jego puls, czy on jest już ożywiony. Po to Chrystus zstąpił do piekieł, żeby z piekła wszystkich wyprowadzić, żeby to piekło, otchłań i śmierć nie były już finałem ludzkiej egzystencji.

Czy to zstąpienie do piekieł to nadzieja dla nas, że z każdego piekła jest wyjście?

Kościół uczy, że piekło jest – niestety – stanem wiecznym, a więc bez wyjścia. Pokonać je mógł tylko Chrystus. My zaprzątajmy więc sobie głowę nie tym jak z piekła wyjść, ale tym jak tam nie wejść. A tu odpowiedź jest tylko jedna: być z Chrystusem. Wtedy naszą wiecznością będzie niebo. Wtedy też te wszystkie dramaty i udręki, które zdają się być dziś odpryskiem piekła tu na ziemi, okażą się pokonalne. Gdy jesteśmy z Chrystusem, doświadczamy tego, że nie ma takiego Wielkiego Piątku, po którym nie byłoby Wielkanocy. I nie ma takich gorzkich żali, po których nie śpiewałoby się Alleluja.

Ale puste tabernakulum w Wielką Sobotę jest przerażające. Dzieci wtedy pytają: Gdzie jest Pan Jezus?

Można im Go pokazać. Jest w Najświętszym Sakramencie umieszczonym w… grobie. Nie zostawił świata. Jest tylko w trochę innym miejscu. A potem trzeba przyjść z dziećmi do kościoła w najbliższą niedzielę, żeby zobaczyły, że Chrystus zmartwychwstał, że znów jest na swoim miejscu…

Umęczony i pogrzebany
abp Adrian Galbas SAC

ur. 26 stycznia 1968 roku w Bytomiu – ks. Adrian Józef Galbas – pallotyn, doktor teologii duchowości, prowincjał księży pallotynów w Poznaniu(2011–2019), biskup pomocniczy ełcki (2020–2021), arcybiskup koadiutor katowicki (2021-2023), metropolita katowicki (od czerwca 2023)....

Umęczony i pogrzebany
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze