Siódme dno  PRL-U
fot. steve halama / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Wyczyść

My, właściciele Teksasu, Małgorzata Szejnert, wydawnictwo Znak , Kraków 2013, s. 384

Nie pamiętam czasów PRL-u. Moja wiedza oscyluje między strzępkami faktów i dat zapamiętanych z lekcji historii a opowieściami dziadków o tym, że „za komuny było lepiej”. Przewijają mi się jeszcze przed oczyma plakaty, według których zakład pracy był drugim domem, uprzejmie i szybko obsługiwano ludzi pracy, a przeciętny obywatel – jeśli nie był bumelantem – wyrabiał bez mrugnięcia okiem 300 procent normy. Dalsze próby zgłębiania tej rzeczywistości zakończyły się fiaskiem podczas oglądania filmu Miś, który przerósł mnie poziomem absurdu. Moim rówieśnikom PRL kojarzy się jeszcze z towarami, które można zdobyć w planszowej grze „Pan tu nie stał” – koszulkami i szalikami w traktory, torbami na sprawunki czy etykietami na słoiki z ogórkami lub dżemem.

Tymczasem wydawnictwo Znak opublikowało książkę o PRL-u zatytułowaną My, właściciele Teksasu. Składają się na nią reportaże napisane w latach 70. XX wieku przez Małgorzatę Szejnert, pochodzące ze zbiorów: Ulica z latarnią, I niespokojnie, tu i tam, a także jej najlepszych tekstów publikowanych na łamach „Ekspresu Reporterów”. Jest to wycinek historii reportażu, w którym – jak zaznacza we wstępie Mariusz Szczygieł – ważne było nie to, co się napisało, a czego się nie napisało, i w którym czytelnik – szukając drugiego dna – mógł znaleźć siódme. Tylko czy chcemy i czy potrafimy jeszcze odnaleźć to kolejne dno?

Smak szczegółu

Pomnikowe zdania, które funkcjonują w języku na jakiś lub czyjś temat zawsze mnie przerażały. Są takie bezwzględnie poważne, narzucają pewien obraz, nie pozostawiając miejsca na własną interpretację i subiektywną opinię. Dlatego stwierdzenie, że Małgorzata Szejnert jest mistrzynią opowiadania za pomocą szczegółu, tak często powtarzane przy premierach jej kolejnych książek (i nie tylko), nabiera niepokojącego posmaku truizmu. Kiedy jednak czyta się o codzienności pracowników Ursusa, to właśnie dzięki tym szczegółom można się poczuć nie jak obserwator, ale jak uczestnik ich życia. Pobudka, śniadanie, bieg na pociąg lub spacer osiedlowymi uliczkami w stronę fabryki, dni, których nurt wyznaczają godziny, a czasami posiłki (jak w tekście o przyzakładowej stołówce), budują historie o prawdziwym życiu konkretnych ludzi, ich troskach i radościach.

To za pomocą szczegółu Małgorzata Szejnert pokazuje, że reportaż to nie zbiór suchych faktów, statystyk i dat, ale opowieść o konkretnych ludziach i otaczającej ich rzeczywistości. Autorka oddaje głos swoim bohaterom i pozwala na to, by ich zwierzenia płynęły najswobodniej, jak się da, bo język to jeszcze jeden niezwykle istotny szczegół, kwit potwierdzający autentyczność. Choć czytanie takiej narracji nie zawsze jest łatwe.

Skamieniałe

Mówi się też o Małgorzacie Szejnert, że napisane przez nią zdania kamienieją, stając się czymś na wzór fundamentów reportażu, pomników pamięci. Wielkie to słowa i wymagające. Bo jak takiemu zadaniu sprostać, nie zamieniając kamieni w skamieliny?

W odpowiedzi pomaga tekst o pracy w Supersamie. Oto jego bohaterowie. Jest pani Halina, szefowa sali sprzedaży, kierowniczka z krwi i kości. Pani Irenka, jej zastępczyni, niewysoka, okrągła i towarzyska, cierpi na chorobę wieńcową i kiedy wypije coś ciepłego, na jej przemarzniętej w chłodni twarzy pojawiają się fioletowe plamki. Pan Andrzej, rodzynek wśród sprzedawców, pracuje w dziale z pieczywem i przerzuca dziennie cztery tony towaru. Spotykamy ich w pracy, ale problemy z wadliwym towarem czy brakiem kasjera przeplatają się z troską o chore dziecko i planami na popołudnie. Kiedy pani Zosia mówi, że trzeba brać życie takie, jakie jest, kiwamy ze zrozumieniem głową.

Bohaterowie Małgorzaty Szejnert są zawsze na pierwszym planie – ona sama pozostaje w ukryciu. Jeśli już pisze o sobie, to tylko wtedy, gdy staje się jednym z uczestników wydarzeń. Posługuje się mową pozornie zależną z taką płynnością, że czasem trudno uchwycić, czy mówi jeszcze sam bohater, czy to już opowieść autorki.

Dojrzeć niewidzialne

Nawet jeśli ktoś – podobnie jak ja – nie wszystko zrozumie w tym gąszczu niedomówień i aluzji, to jednak każdy czytelnik w tej opowieści o życiu zwykłych ludzi, którzy budowali codzienność PRL-u, znajdzie coś dla siebie. Bo te historie nie pozostawiają czytelnika obojętnym.

Na uwagę zasługuje tekst „Ulica z latarnią”. Bohaterka reportażu Emilia Święcicka to kobieta, która utraciła wzrok w dzieciństwie, ale nie przestała kochać życia. Wprost przeciwnie. Ma męża i trójkę dzieci, a o świecie opowiada o wiele bardziej plastycznie i przedstawia go w cieplejszych barwach niż ludzie, którzy nie mają problemów ze wzrokiem. Kobieta „widzi”, co robią w danej chwili jej dzieci, „ogląda sobie” nowe rzeczy, chętnie chodzi do kina i na wystawy. Choć skojarzenie z tym, by dostrzec to, co wydaje się niedostrzegalne, nasuwa się tutaj samo, historia bohaterki paradoksalnie pokazuje, że kluczem do odczytania książki My, właściciele Teksasu nie musi być doszukiwanie się kolejnego dna i dopowiadanie niedopowiedzianego. Wystarczy zostać na płaszczyźnie dosłowności i docenić jej wyjątkowość. Pomagają w tym porozrzucane na kartach książki zdjęcia, które przypominają, że opowiadane historie wydarzyły się naprawdę.

Oto fotografia zrobiona w czasie transportu helikopterami Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Jej widok nie kojarzy się jednak bezpośrednio z tym wydarzeniem, ale z hodowcą róż, który tak żywo o tym opowiadał: „Przecież to nie miało sensu, należało go przywieźć normalnie i zmontować za pomocą dźwigów. Na pewno byłoby łatwiej. Ale helikopterami za to – pięknie. Aż dusza rosła”. Po co to opowiada? Bo ten pomysł jest tak absurdalny jak hodowla jego ukochanych róż – choć nieopłacalna, jest dla niego źródłem największej radości, określającej nie tylko jego pracę, ale i jego jako człowieka, który potrafi zachwycić się różą.

Do góry dnem

Kiedy fikcja nie pomaga w znalezieniu odpowiedzi na wszystkie pytania, które stawia coraz bardziej skomplikowana rzeczywistość, mądre i godne zaufania odpowiedzi muszą mieć swoje pokrycie w życiu. W świecie, w którym wymyślić można wszystko, Małgorzata Szejnert daje odpowiedzi wypływające z realnych doświadczeń prawdziwych ludzi, pokazując jednocześnie, że człowiek nie żyje poza historią.

Po lekturze warto zrobić mały zabieg: odwrócić te historie do góry dnem, spojrzeć na nie bez naleciałości, bez wyrobionych osądów i zobaczyć różnicę między naszym teraz a nie tak odległym kiedyś. To prawda: nie musimy stać w długich kolejkach po papier toaletowy czy masło, ale gotowi jesteśmy tkwić kilka godzin przed księgarnią, by kupić kolejną część Harry’ego Pottera, reportaże coraz częściej czytamy nie w papierowych gazetach, lecz na elektronicznych czytnikach. Ale tak samo dziś jak kiedyś robimy plany na przyszłość, marzymy o własnym mieszkaniu i rodzinie, mierzymy się z problemami, kłócimy się, zazdrościmy innym, nie potrafimy się przyznać do błędu. Na tym polega aktualność i wyjątkowość tych reportaży, że doszukując się kolejnego dna, docieramy do czasów współczesnych

Stanisław Jerzy Lec powtarzał, że burząc pomniki, trzeba oszczędzać cokoły, bo zawsze mogą się przydać. Małgorzacie Szejnert za pomocą reportaży sprzed 40 lat udała się sztuka burzenia stereotypów na temat PRL-u, przy jednoczesnym ocaleniu tego, na czym się on opierał – na historiach konkretnych ludzi. Dzięki wrażliwości i uporowi autorki w dążeniu do prawdy książka My, właściciele Teksasu czyni nas spadkobiercami ich historii. Czy jednak potrafimy z tego dziedzictwa korzystać?

Siódme dno  PRL-U
Magdalena Wojtaś

absolwentka filologii polskiej i germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Mieszka w Poznaniu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze