Niech się dzieciak zarazi
fot. tommaso pecchioli / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Drugi List do Koryntian

0 opinie
Wyczyść

Kiedyś sprawa była prosta: Ania z Zielonego Wzgórza dla dziewcząt, Tomek na Czarnym Lądzie albo 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi dla chłopców. W bibliotekach ustawiały się kolejki, a wydawnictwa nie nadążały z dodrukami młodzieżowych hitów. Polscy autorzy powieści dla nastolatków, gdyby mieli szansę posmakować prawdziwego kapitalizmu, zapewne byliby ludźmi bardzo zamożnymi. Ale żyli w socjalizmie… Niektórzy, owszem, nie biedowali, lecz daleko im było do sławy i fortuny ich zachodnich kolegów.

Konkurencja była niemal zerowa. W tamtych czasach PlayStation i Xbox mogły pojawiać się jedynie w opowiadaniach science fiction pod innymi, rzecz jasna, nazwami jako gadżety z przyszłości, których i tak zapewne nikt nigdy nie wymyśli. Kina serwowały filmy dobre i bardzo dobre, ale licealiści mogli co najwyżej obejrzeć sobie szesnaście razy W pustyni i w puszczy, a w nieco lepszych czasach załapać się na Wejście smoka. A telewizja? No cóż, Bonanza i Saga rodu Forsyte’ów były fascynującymi serialami, bijącymi na głowę wiele współczesnych produkcji, ale nie da się przecież zapchać nimi całego tygodnia.

Nie było Facebooka, Naszej klasy, Twittera, nie było komórek i SMS-ów. Ach, przepraszam, była konkurencja dla książek: w postaci wielogodzinnych posiedzeń na trzepakach lub mistrzostw podwórka w wyścigach kapsli. Nie wspominając o komiksach, które zdobywało się niczym wojenne łupy – do dziś pamiętam to podniecenie, gdy do pobliskiego kiosku docierał świeży numer miesięcznika „Relax”, a ja go kupowałem, brałem do ręki, wąchałem i czytałem już w drodze powrotnej do domu. Czułem się wtedy najszczęśliwszym człowiekiem w Układzie Warszawskim.

W porównaniu z nami współczesne dzieciaki mają prawdziwy raj na Ziemi. Gdyby doba miała 48 godzin, zapewne wypełniłyby ją co do sekundy najrozmaitszymi formami rozrywki. Sześć godzin na Facebooku. Trzy godziny wymieniania się z kolegami SMS-ami i fotkami. Cztery godziny zabijania zombie na konsoli. Potem koniecznie pouczające DVD: wampiry kontra Obcy, pięciowymiarowy Harry Potter albo kolejna apokalipsa wywołana wojną nuklearną, globalnym ociepleniem, inwazją kosmitów czy zmutowanych wampirów. Tuż przed snem coś papierowego: tym razem, dla odmiany, jakiś melodramat z wampirami w rolach głównych. Albo może lepiej komiks o wampirach, i żeby były głównie obrazki.

Można zatem spokojnie poradzić sobie bez książek, nawet bez lektur, skoro w internecie przez 24 godziny na dobę uczniowie mają dostęp do streszczeń i szczegółowych opracowań różnych Lalek, Faraonów, Boskich i Nie-Boskich komedii. Zresztą i tak muszą przeczytać tylko fragmenty, bo przecież, kto to widział, żeby przeczytać jakąś powieść lub poemat od początku do końca. Nikt nie ma na to czasu ani ochoty.

I tu zaczynają się problemy rodzica, który jednak chce, by jego dzieci zapoznały się z kilkoma wartościowymi książkami, zanim przystąpią do matury. Co ja mówię, wartościowymi? Jakimikolwiek książkami, które będą miały początek, rozwinięcie, zakończenie i w miarę moralny morał. Oraz nie będą wyłącznie opowieściami o czarodzieju z Hogwartu. (Tutaj małe zastrzeżenie: przypadek mojej córki, która do pewnego wieku książek nie tykała, dowodzi, że seria o Harrym Potterze może być zapalnikiem, który spowoduje eksplozję miłości do literatury. Gorzej, gdy lont szybko zgaśnie i powieści J.K. Rowling pozostaną jedynymi w kolekcji…).

A zatem, po pierwsze: trzeba mieć książki w domu. Banalne, ale wbrew pozorom nie jest to w Polsce zjawisko powszechne. W naszym domu jest trochę książek, choć pewnie mogłoby ich być więcej. Ważne, żeby nimi oddychać, żeby stały się trwałym elementem krajobrazu, żeby zeszły z półek i poleżały sobie jakiś czas na ławie w salonie, na kuchennym stole, na fotelu, może nawet na półce z butami. Mówiąc krótko: książki muszą z nami zamieszkać. Dzieci powinny zrozumieć, że dom bez książek będzie zawsze domem niepełnym.

Po drugie: czytać im na głos, ile wlezie i na ile czas pozwala. Gdy mój syn miał trzy lata, kupiłem mu disneyowską książkę o Tarzanie, składającą się głównie z obrazków. Tego samego dnia przeczytałem mu ją 12 razy (słownie: dwanaście) – nie mogłem odmówić szkrabowi. Ponieważ jedna runda trwała ok. 20 minut, łatwo policzyć, że spędziłem w towarzystwie mojego potomka oraz człowieka-małpy cztery godziny. Może właśnie wówczas uznał, że cztery godziny dziennie poświęcone lekturze to coś zupełnie naturalnego. Dzisiaj, już jako nastolatek, czyta bardzo dużo. Nie jest to Stendhal, Goethe czy Joyce, ale pewnie i na takie rozkosze przyjdzie w jego życiu czas.

Po trzecie wreszcie: nie wybrzydzać. Chcą czytać komiksy? Niech czytają komiksy. Wolą serie o wampirach? Kupujcie im serie o wampirach. Harry Potter? Proszę bardzo. Władca pierścieni? Nic lepszego nie mogło wam się trafić. Wciskajcie im zadrukowany papier w jakiejkolwiek formie, gdziekolwiek i kiedykolwiek, po to by oderwać ich od wszystkich możliwych ekranów. Prędzej czy później zostaną zarażone książkowym wirusem.

A wtedy wasza 13-letnia córka zostanie którejś nocy przyłapana na niezgaszeniu światła, niepójściu spać i niesłuchaniu rodziców, bo akurat nie mogła się oderwać od jakiejś fascynującej powieści. Oczywiście zrobicie córeczce awanturę, ale wychodząc z pokoju i zamykając delikatnie drzwi, na pewno uśmiechniecie się pod nosem, zaciśniecie pięść i wyszepczecie okrzyk zwycięstwa: „Yes!”. 

Niech się dzieciak zarazi
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, ambasador RP w Izraelu (25.06.2018 - 07.11.2021), ambasador RP w Stanach Zjednoczonych (od 23.11.2021r.)....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze