Osłabła gorliwość księży
fot. annie spratt / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
Wyczyść

Nie mam nic przeciwko odpoczynkowi, ale jeśli ksiądz traktuje dzień wolny jak najwyższą świętość, to znaczy, że z jego powołaniem jest coś nie w porządku.

Paweł Kozacki OP: Czytałem tekst, którego autor – osoba nieochrzczona – twierdzi, że gdy w latach 80. XX wieku bywał w kościołach, to poważnie zastanawiał się nad tym, czy poprosić o chrzest. Dziś nie chodzi już do kościoła, bo nic go do niego nie przyciąga, a przeciwnie – coś odpycha. Mówi, że Kościół się zbiesił. Jak ksiądz biskup skomentowałby taką wypowiedź?

bp Tadeusz Pieronek: Jeśli człowiek, który przeżył fascynację Kościołem, po latach twierdzi, że coś jest nie tak, że Kościół poszedł niewłaściwą drogą, to warto tę diagnozę przeanalizować. Co się stało, że 20 lat temu Kościół był bohaterem, a teraz jest pośmiewiskiem? To są przecież dwie skrajne sytuacje. Kościół nigdy nie był przeznaczony do tego, by odnosić triumfy. Chrystus nigdy mu tego nie obiecywał. Tym bardziej nie jest przeznaczony do świętowania zwycięstwa, które mu przypisywano po 1989 roku, bo w trudnych czasach komunizmu upomniał się o ludzi. Kościół przeszkadzał tamtemu systemowi, dlatego był prześladowany – najpierw za czasów stalinowskich fizycznie, a później administracyjnie. To, że w takiej sytuacji się nie cofnął i głosił swoją naukę, protestując tym samym przeciwko niesprawiedliwości w świecie, powodowało, że zyskiwał na znaczeniu u ludzi myślących, gdyż upominał się o dobro wspólne: o wolność, sprawiedliwość, niepodległość…

Co więc się stało z tamtym Kościołem?

Chciał żyć tym zwycięstwem przekonany, że tryumfatorom należą się łupy wojenne. I zaczął się o te łupy upominać per fas et nefas.

Zaczęło się od tego, by przytoczyć jakikolwiek przykład, że Kościół dostał koncesję na sprowadzanie z zagranicy pewnych towarów bez cła. Znalazły się osoby, które tego nadużyły, co nie przyniosło Kościołowi chluby. Inną sprawą, znacznie ważniejszą, był stosunek Kościoła do polityki. Rektor w seminarium uczył mnie, że polityką Kościoła jest Ojcze nasz. W tej modlitwie jest wiele aspektów: cześć Boga, godność człowieka, reguły życia niezbędne do osiągnięcia zbawienia, ale nie ma polityki. A jeśli jest, to tylko w takim znaczeniu, że polityka to roztropna troska o dobro wspólne. Gdy mówimy o dobru wspólnym, to nie ma partii, bo pojęcia „wspólne” i „partykularne” się wykluczają. Tymczasem polityka w dzisiejszym rozumieniu oznacza także dążenie do władzy, jej sprawowanie i przekazywanie. Taka polityka Kościołowi nie jest potrzebna i Kościół nie powinien się w nią angażować. Chrystus powiedział: „Moje królestwo nie jest stąd”. Naszym zadaniem jest głoszenie Ewangelii. Dobra Nowina może być oczywiście batem na władzę, ale my nie możemy jej stosować instrumentalnie, by tej czy innej władzy się przeciwstawić. Weźmy na przykład sprawę Jana Chrzciciela, który mówił władcy, że nie wolno mu brać żony brata. Zatem pokazywanie, nazywanie czy piętnowanie zła jest zadaniem Kościoła, ale potępianie ludzi czyniących to zło już do Kościoła nie należy. Chrześcijaństwo przez wieki dorastało do uszanowania wolności tych, którzy inaczej wierzą i inaczej myślą. Najwyraźniej zostało to wyartykułowane podczas II Soboru Watykańskiego, którego dokumenty mówią o poszanowaniu wolności sumienia. Kościół tę prawdę zawsze uznawał, ale przez wieki zagłuszały ją ludzkie ambicje, które dawały prawo, by jedni zmuszali innych do uznawania za prawdę tego, co sami głosili. Podkreślanie wolności sumienia jest ogromną rewolucją, której Kościół w Polsce do dzisiaj nie zasymilował.

A czy nie wydaje się księdzu biskupowi, że kwestia wolności jest tym, co różni Kościół lat stanu wojennego od Kościoła dzisiejszego? Wielu ludzi podkreśla, że wtedy Kościół potrafił uszanować różnorodność i przyjąć pod swoje skrzydła rozmaitych ludzi, także niewierzących czy inaczej wierzących, a dziś oczekuje absolutnego podporządkowania.

Wtedy był moment ewangelicznego oświecenia. Kościół miał to szczęście, że zaangażował się w walkę o słuszną sprawę, a tej sprawie służyli różni ludzie. Zarówno wierzący niepraktykujący, jak i niewierzący a praktykujący. To był fenomen lat 80. Ale już w 1991 roku Episkopat poparł partię, która mieniła się katolicką. Mówię, że się mieniła, bo nie wierzę w istnienie partii katolickiej. To jest contradictio in adiecto, czyli sprzeczność w przymiotniku. Nie istnieje partia powszechna, a Kościół jest powszechny, otwarty dla wszystkich. Jeśli chce rządzić nie tyle duszami ludzkimi, co kieszeniami i stanowiskami, to myli drogę i niechybnie schodzi na manowce. A tak się w Polsce stało. Dziś broni się tezy, że Kościół nie może się wymawiać od polityki. To prawda, ale tylko w aspekcie dobra wspólnego. Sprawowanie władzy jest zadaniem świeckich, a nie duchownych. Zakazuje nam tego nawet prawo kanoniczne. To oczywiście nowość, bo jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym mieliśmy biskupów i księży, którzy byli posłami i senatorami. Jeśli jednak komuś się marzy, by rządzić poza oficjalnymi strukturami, to jest to jeszcze gorsze niż obejmowanie politycznych stanowisk, niż bycie w parlamencie. Bo to jest poduszczanie i krecia robota.

Przez wieki Kościół się nauczył, że Ewangelię głosi się nie przez krucjaty, nie przez narzucanie siłą poglądów, nie przez zmuszanie, bo Pan Bóg do niczego nie zmusza. On oferuje, proponuje, obiecuje. Wiemy, że te propozycje są prawdziwe i obietnice zostaną przez Niego wypełnione, nawet gdybyśmy się im sprzeniewierzyli. Jeśli zatem biskupi zwracają się do parlamentarzystów z listami, że prawo ma być takie, a nie inne, to co o tym myśleć?

Ale są przecież obywatelami i mają prawo zabierać głos.

Dyktowanie ustawodawcy, jakie ma stanowić prawo, jest niedopuszczalną ingerencją. W państwie demokratycznym władza jest po to, by dać możliwość życia wszystkim obywatelom. Posłowie katoliccy czy chrześcijanie, jeśli są osobami prawdziwie wierzącymi, wiedzą, że nie wolno działać wbrew przykazaniom Bożym. Owszem, kompromis jest możliwy w rzadkich przypadkach, gdy się dąży do zmiany istniejącego, niesprawiedliwego prawa na lepsze. Ale jeśli ktoś chce być wierny Bogu, a jednocześnie twierdzi, że można ustąpić w dowolnej sprawie, to niech przestanie się nazywać człowiekiem wierzącym. Ma za to prawo działać w zgodzie ze swoim sumieniem, nawet jeśli jest ono dalekie od zasad chrześcijańskich.

We wszystkich sprawach, takich jak in vitro czy związki partnerskie, człowiek wierzący musi stać po stronie zasad, nawet gdyby do nich w życiu prywatnym nie dorastał, bo słabość jest rzeczą ludzką. Musi jednak wierzyć Bogu. Takim dopuszczalnym kompromisem była ustawa z 1993 roku o obronie życia. Trzeba przy tym pamiętać, że bez względu na ustawy, nawet takie, które dopuszczają zabijanie nienarodzonych, człowiek wierzący może zachować swoje zasady, bo jest wolny. Jeśli natomiast ktoś będzie go zmuszał do niemoralnego postępowania, powinien się temu przeciwstawić.

Ksiądz biskup widzi źródło nieszczęść w zaangażowaniu politycznym hierarchii Kościoła oraz w nieposzanowaniu wolności sumienia ludzi, którzy z Kościołem się nie utożsamiają. Porównując Kościół z lat 80. i obecny, chciałem zapytać, czy nie staliśmy się bardziej wygodni i mniej ofiarni? Czy zachłyśnięcie się konsumpcyjnym stylem życia nie dotknęło również księży i zakonników?

Z całą pewnością tak. Temu się specjalnie nie dziwię, bo starsze pokolenia księży wychowywały się w zupełnie innych warunkach. W czasie okupacji czy w latach powojennych, gdy wielu ludzi nie miało co jeść, życie było ogromnie trudne. W tych warunkach trzeba było walczyć o wszystko. Już wtedy, co prawda, znane było powiedzenie „Kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dobodzie” i coś w tym było, bo ksiądz miał znacznie wyższy status społeczny niż dzisiaj i zawsze dysponował jakimś groszem. Jednak ten status czy pieniądze nie niszczyły ofiarności księży. Jeśli ksiądz był na parafii, to pracował tam od rana do wieczora. Nie liczył wolnych dni, nie liczył godzin katechezy, nie liczył, ile przesiedział w konfesjonale. Dni wolne to moda, która przyszła ze Stanów Zjednoczonych, z Niemiec.

Ale kiedyś tempo życia było wolniejsze i człowiek, także ksiądz, nie był zmuszony do stania na baczność przez niemal 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu…

Nie mam nic przeciwko odpoczynkowi, ale jeśli ksiądz traktuje dzień wolny jak najwyższą świętość, której nikt nie ma prawa naruszyć, to znaczy, że z jego powołaniem jest coś nie w porządku. Zawsze się denerwowałem, gdy słyszałem, że kancelaria parafialna jest czynna „od do”. W zasadzie jest to słuszne, ale są ludzie, którzy w tych godzinach przyjść nie mogą i nie można pozwolić na to, by odbijali się od zamkniętych drzwi. Trzeba ich przyjąć poza godzinami. Mam wrażenie, że księża kiedyś byli bardziej dyspozycyjni i przeżywali swoje kapłaństwo inaczej niż dziś.

To znaczy, że duch tego świata okazuje się silniejszy niż duch Ewangelii?

Wpływają na to warunki, w których młodzi ludzie dorastają. Rodzice mają coraz mniej czasu dla dzieci, szkoła nie wychowuje, Kościół nie ma do nich klucza. Oczywiście są charyzmatyczne osobowości, które docierają do młodych, ale nie wszyscy to potrafią. Konsekwencją są księża żyjący czasem duchem tego świata. Dawniej o wielu rzeczach mogliśmy tylko pomarzyć, a dziś wszystkiego jest w nadmiarze. Proszę zobaczyć, ile w moim mieszkaniu jest niepotrzebnych rzeczy. Ludzie idą niejednokrotnie do sklepu nie dlatego, że czegoś potrzebują, ale dla samej radości kupowania. A gdy się ma czegoś w nadmiarze, to się zapycha rura i oddychać nie można. Ten proces się nasila i na pewno osłabia gorliwość księży. Narasta w nas też obojętność. Dawniej, gdy jakiś człowiek był w potrzebie, mógł liczyć na to, że znajdzie się ktoś, kto mu pomoże. Dziś osoba potrzebująca wsparcia zostaje niejednokrotnie zupełnie sama. Brak wrażliwości jest zabójczy dla duszpasterzy.

Mówił ksiądz biskup, że przez ostatnie trzydzieści lat Kościół przeszedł drogę od podziwianego bohatera do wyśmiewanego błazna. Czy to wyśmiewanie wynika tylko z win Kościoła – żądania szacunku, zaangażowań politycznych i braku gorliwości, czy też z faktu, że i dziś Kościół niektórym ludziom przeszkadza, że nadal jest w niektórych kwestiach znakiem sprzeciwu?

Nawet jeśli jest znakiem słusznego sprzeciwu, to go źle wyraża. To, że mamy takie czy inne niezmienne zasady, jest oczywiste. Mamy prawo je głosić, przedstawiać, proponować. Jeśli jednak wymagamy, by się im bezwzględnie podporządkować, to zaczynamy być śmieszni. To nie jest zadanie Kościoła. Możemy docierać do ludzi poprzez sumienie, a nie poprzez administracyjne nakazy.

Popatrzmy też, co się dzieje z księżmi, których posyła się na parafię. Niektórzy z nich mówią: „Nie! Nie pójdę na tę parafię, bo z takich czy innych względów mi ona nie odpowiada. Tu za małe mieszkanie. Tam ciocia czy wujek. Tam jeszcze inna przeszkoda”. Dawniej tego nie było. To jest brak ewangelicznego posłuszeństwa, lekceważenie przepisów, które obowiązują w Kościele. Skoro księża i biskupi nie przestrzegają prawa, to dlaczego wymagają tego od innych? Czy biskup jest ponad wiernymi? Nieprawda. Posłuszeństwo Kościołowi obowiązuje go tak samo, jak wszystkich wiernych. Jesteśmy na tym samym poziomie.

Skoro mówimy o wadach Kościoła, porozmawiajmy też o jego zaletach. Czym my, księża, możemy przyciągnąć ludzi do Boga i Kościoła?

Naszą wartością jest ewangeliczny autentyzm. Powinniśmy sobie mówić prawdę. Nie szufladkować, nie naklejać etykietek, nie wprowadzać w Kościele poprawności politycznej czy eklezjalnej. Nie mówmy, że w Częstochowie na spotkaniu było półtora miliona ludzi, skoro na placu zmieści się 150 tysięcy. Wielu księży na kazaniu opowiada głupstwa, ale nikt nie zwróci im na to uwagi, bo poprawność wymaga, żeby podziękować kapłanowi i zachwycać się pięknem i głębią tego, co powiedział, choć wszyscy słyszeli, że nudził bez sensu. Im wyżej w hierarchii, tym kaznodzieja ma mniejsze szanse, by usłyszeć prawdę o poziomie swoich homilii. Jeśli ktoś powie kazanie w tonacji, która jest dobrze słyszalna i akceptowana, to wszystko jest w porządku. Natomiast jeśli ktoś mówi o sprawach niewygodnych, to zamyka mu się usta. Tymczasem naszą szansą jest prawda, nawet jeśli ona boli. Dobrze, że boli, bo chorobę człowiek czuje przez ból i wie, że trzeba to leczyć. A jeśli mu się da narkotyk, zaklajstruje się ranę, to stan się będzie tylko pogarszał. Tylko prawda nas wyzwoli. Jeśli chodzi o przyciąganie ludzi do Kościoła, jestem zwolennikiem starotestamentalnego myślenia o reszcie Izraela. Nie chodzi o liczbę ludzi, tylko o to, by coś z ich obecności wyniknęło. Niech przyjdzie dziesięciu, ale sprawiedliwych. Dążenie za wszelką cenę do wielkiej liczby wiernych jest myśleniem celebracyjnym. Będzie napompowana celebra, ale co z tego? A jeśli ściąga się ludzi za pomocą różnych trików, to mamy tragedię. Na przykład nakazując proboszczom, by przywieźli na diecezjalne uroczystości określoną liczbę ludzi i rozliczając ich potem z obecności parafian. Oczywiście to nie znaczy, że jestem przeciwny akcjom duszpasterskim mającym gromadzić ludzi. Są księża, którzy mają fantastyczny kontakt z ludźmi i cokolwiek zaproponują, to ci ludzie przyjdą. Ale są i tacy, że co zdanie, to konflikt, mimo ich najlepszych chęci.

A co by ksiądz biskup powiedział człowiekowi, który nie ma już ochoty chodzić do kościoła, bo proboszcz na ambonie uprawia politykę, a gdy mówi o Ewangelii, to strasznie nudzi, do biura parafialnego nie można się dostać, wszystko na zewnątrz błyszczy, a w środku próchno… „Po co ja mam chodzić do kościoła?”.

Trudno coś w takiej sytuacji tłumaczyć. Mógłbym mu tylko doradzić, by poszukał takiego człowieka, takiego księdza, takiej parafii, która mu da inny obraz Kościoła. To jest jedyne wyjście. Słowa i tłumaczenia niewiele zmienią, konieczny jest żywy przykład. Zniechęcony człowiek musi zobaczyć, że można inaczej, autentycznie, ewangelicznie, i dlatego trzeba mu wskazać inną parafię. Oczywiście on ma prawo oczekiwać, by w swojej parafii odnaleźć to, czego szuka, ale można zapytać, czy w każdej rodzinie jest porządek? A w społeczeństwie wszystko jest w porządku? Duchowieństwo jest produktem społeczeństwa. Może się więcej modlimy, mniej mamy okazji do grzechu, bardziej staramy się żyć Ewangelią i więcej mamy respektu dla Bożych przykazań, ale jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, co wszyscy ludzie.

Osłabła gorliwość księży
bp Tadeusz Pieronek

(ur. 24 października 1934 r. w Radziechowach – zm. 27 grudnia 2018 w Krakowie) – polski duchowny rzymskokatolicki, kanonista, profesor prawa procesowego, od 1992 biskup pomocniczy diecezji sosnowieckiej (w 1998 roku złożył rezygnację z tego urzędu), przez wiele lat był zastę...

Osłabła gorliwość księży
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, w latach 2014-2022 prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego. Obecnie mieszka w Dom...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze