Było na co popatrzeć
fot. anthony da cruz / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Drugi List do Koryntian

0 opinie
Wyczyść

Bez pieniędzy, bez sponsorów, bez telewizji, bez wsparcia sportowych działaczy czy polityków – tych „bez” w przypadku paraolimpijczyków można by jeszcze wyliczać. Taka polska paraolimpijska paranoja.

Wsiadam do taksówki. Jest dzień po meczu Polska–Czarnogóra w ramach eliminacji do mundialu w Rio de Janeiro w 2014 roku. Zwykła, niewarta obejrzenia kopanina na bałkańskim stadionie, której poświęciłam zbyt dużo czasu przed ekranem komputera. Nasi grali jak zawsze, choć pod wodzą nowego trenera. Skończyło się wymęczonym remisem 2:2.

Wsiadam więc dzień później do taksówki. I zaczynam narzekać w typowo polski sposób, bo tak się najfajniej rozmawia z taksówkarzami.

– A wie pani, ja tej piłki nożnej to nie oglądam, nie poważam – mówi mi na to taksówkarz. – Ja z Gniezna jestem, a tam tradycje żużlowe. O! Taki żużel, to jest coś!

Mina mi zrzedła, bo ja jednak żużla nie poważam. Znajomych, którzy ten hałaśliwy czarny sport śledzą z zapartym tchem, na palcach jednej ręki mogłabym policzyć. I już się boję, że teraz w tej taksówce świat się skurczy do kręcenia na motorze w jedną tylko stronę, do warkotu silników. Gdy nagle taksówkarz dorzuca: – A teraz, proszę pani, to ja stale tę paraolimpiadę oglądałem. O! To są sportowcy!

Polska jak Pakistan

Rzeczywiście, było na co popatrzeć. A każdy wyczyn zadziwiał. Oto pływak bez rąk, oto rzucają kulą niewidomi, oto szermierka, w której tyle zależy od pracy nóg, a uprawiają ją sportowcy na wózkach. Oto Łukasz Mamczarz zdobywa brązowy medal w skoku wzwyż rezultatem 1,70 m, w czym może i nie byłoby nic zaskakującego, gdyby nie to, że zawodnik jest po amputacji nogi. Wyobrażacie to sobie: rozbieg tylko na jednej nodze i takie się z niej wybicie, by pokonać wysokość 1,70 m?!

– Mówię pani, to są prawdziwi sportowcy – taksówkarz wyrywa mnie z zamyślenia. – Nie żadne tam wielkie pieniądze, żadne zawodowstwo, jak na tych niby normalnych igrzyskach. Chodzą do pracy, bo muszą. A sport uprawiają jak amatorzy po robocie. U nas inaczej się nie da.

Polscy zawodnicy rzeczywiście nie kryli, że jadąc na zgrupowania kadry, muszą brać urlop wypoczynkowy. A trenują po ciężkim dniu pracy. I co z tego mają? W Londynie nasi paraolimpijczycy zdobyli w sumie aż 36 medali: 14 złotych, 13 srebrnych i 9 brązowych, co dało Polsce dziewiąte miejsce na świecie i piąte w Europie. Kilka tygodni wcześniej polscy olimpijczycy na igrzyskach ledwie obronili dorobek z Pekinu z 2008 roku, zdobywając 10 medali. Ale obronili jedynie ilościowo, bo jakość medalowego kruszcu była już zdecydowanie słabsza niż przed czterema laty.

– Szkoda tylko, kurczę, że w polskiej telewizji nie mogę tej paraolimpiady zobaczyć – słyszę głos taksówkarza. – Trzeba szukać na zagranicznych albo w internecie. Paranoja jakaś!

W tej niewątpliwej paranoi do Polski dołączył jedynie Pakistan – tylko te dwa kraje nie transmitowały zmagań paraolimpijczyków.

Świetnie rozumiem kierowcę taksówki. Dźwięki Mazurka Dąbrowskiego. Biało-czerwona flaga spokojnie przesuwa się ku górze. Za chwilę zbliżenie na twarz polskiego sportowca. Jego/jej łza w oku. Już wiem, że i u mnie bez łez się nie obędzie. Wiem też, że nie jestem sama. To silne wzruszenie towarzyszy niejednej osobie, która śledzi sportowe zmagania. I – jasny gwint! – chcielibyśmy to zobaczyć w polskiej telewizji.

Zwłaszcza że jeszcze osiem lat temu TVP już na kilka miesięcy przed paraolimpiadą emitowała w Dwójce program „Droga do Aten”. Podczas zmagań paraolimpijczyków w 2004 roku TVP dwa razy dziennie dawała obszerne relacje. Teraz czas transmisji wyniósł 0 (słownie: zero) minut, bo krótkich wzmianek w serwisach informacyjnych nie liczę.

I zero najlepiej oddaje też stan misji telewizji publicznej. Podczas paraolimpiady mieliśmy bowiem zero informacji i zero edukacji. Była też publiczna wypowiedź premiera Donalda Tuska na konferencji prasowej o tym, że nie ma się co dziwić, że TVP nie relacjonuje paraolimpiady, bo budzi ona przecież o wiele mniejsze zainteresowanie i o wiele mniej emocji niż zmagania w pełni sprawnych sportowców. Cóż, premier dużo gra w piłkę nożną, może ostatnio często przyjmował ją na główkę. Nieważne zresztą, jaka jest przyczyna tej światłej myśli. Wypowiedź premiera też można ocenić krótko: 0 (słownie: zero).

Już po zmaganiach olimpijczyków w programie „Tomasz Lis na żywo” TVP, chcąc nie chcąc, promowała Janusza Korwin-Mikkego. Polityk ten raz na jakiś czas wraca idiotyczną złotą myślą do życia publicznego. Tym razem niewybrednie wypowiedział się na własnym blogu o paraolimpijczykach (nie będę tego przytaczać: szkoda papieru i nerwów). I to wystarczyło, by Korwin-Mikke powrócił do serwisów informacyjnych czy popularnych programów publicystycznych. Niestety. Bo jeśli wychodzi się z koszmarnego założenia, że „nieważne, jak mówią, byle nazwiska nie przekręcili”, ten skrajnie konserwatywny polityk odniósł kolejny sukces.

A gdyby tak media głównego nurtu solidarnie ominęły szerokim łukiem Korwin-Mikkego? Czy to nie byłoby lepsze rozwiązanie? Czy naprawdę dożyliśmy czasów, w których musimy mówić wszystko i informować o wszystkim? Może dziś, gdy informacje nas zalewają, trzeba niektóre świadomie pomijać? Te, które z punktu widzenia reprezentowanych przez nas wartości, są po prostu nic niewarte.

Równi i równiejsi

Tymczasem Polacy zgotowali paraolimpijczykom piękne powitanie na Okęciu. Radości było mnóstwo, nikt nie musiał śpiewać „Nic się nie stało. Polacy, nic się nie stało”.

– Serce bije mi bardzo mocno. Jak wyście wchodzili na salę, to się popłakałam. Przyjechałam tu, by przybić każdemu piątkę. Jestem z was dumna – mówiła Zofia Klepacka, brązowa medalistka olimpijska w żeglarstwie (z tych „normalnych” igrzysk). – Jestem pełna podziwu dla osiągnięć naszych sportowców, którzy tak samo jak inni medaliści, zasługują na identyczne, czyli równe traktowanie. Londyn wiwatował na cześć olimpijczyków i paraolimpijczyków, pokazał nam, co znaczy integracja – zaznaczyła żeglarka.

W stolicy Wielkiej Brytanii rzeczywiście działy się rzeczy chwytające za serce. We WSPÓLNEJ paradzie przez Londyn przejechali sportowcy biorący udział w XXX Igrzyskach Olimpijskich i XIV Paraolimpiadzie. Tłumy na ulicach wiwatowały. Wcześniej – co ważne – tłumy były też na olimpijskim stadionie. I zmagania paraolimpijczyków śledziły z nie mniejszym zainteresowaniem niż kilka tygodni wcześniej zawody w pełni sprawnych sportowców. Jak wspominają polscy paraolimpijczycy, podobnie było na ulicach, gdzie londyńczycy rozmawiali z nimi, życzyli powodzenia, pokazywali dzieciom, że oto stoi przed nimi najprawdziwszy sportowiec.

– Nie ma się co oszukiwać: teraz jest euforia, a potem będzie jak zawsze – mówił jeden z polskich paraolimpijczyków na Okęciu. Bo wciąż za mało jest pieniędzy na sport niepełnosprawnych, wciąż za mało wsparcia. Internauci nie mogą się nadziwić dysproporcjom w nagrodach za złote, srebrne i brązowe medale dla zawodników w pełni sprawnych i paraolimpijczyków. Ale samym zawodnikom zależy właśnie na rozsądnym długofalowym wsparciu.

Tymczasem ich siła, hart ducha, wola walki biorą się chyba z tego, co w tygodniku „Polityka” świetnie ujął jeden z rysowników. Oto schody. Na dole siedzi mężczyzna na wózku inwalidzkim i patrzy w górę. A tam dwóch innych idzie stopień po stopniu. Jeden mówi do drugiego: „Ciekawe, skąd te sukcesy naszych paraolimpijczyków?”.

A chyba właśnie stąd! Z każdej kłody rzuconej pod nogi, z każdego braku podjazdu, windy dla wózków, niekończących się schodów, mnożących się za każdym rogiem barier. Przykład: Termy Maltańskie w Poznaniu – budowany na początku XXI wieku kompleks basenów – kompletnie niedostosowany dla niepełnosprawnych.

Jeszcze jeden? Centrum Wrocławia, gdzie ja z ledwością wysiadam i wsiadam do tramwaju. Co z tego, że to nowoczesny niskopodłogowy pojazd, skoro zamiast podjechać do skrojonego pod taki tramwaj chodnika, wagony zatrzymują się na środku ulicy. Od asfaltu dzieli nas przepaść. Ja jeszcze dziś ją pokonam. Obrócę się, żeby pomóc starszej pani o kulach. O niepełnosprawnym na wózku wolę nawet nie myśleć.

Chodzi o normalność

Chciałoby się patetycznie zawołać, że dość już tego, że trzeba naprawdę wspierać niepełnosprawnych. Że paraolimpijczycy nie mogą być traktowani gorzej niż „normalni” sportowcy. Ale ten patos jest zbędny. Wystarczy otworzyć oczy.

Oscar Pistorius z Republiki Południowej Afryki. Świetnie biega na 100, 200 i 400 m. Tyle, że od kolan w dół nie ma nóg, a protezy z włókna węglowego. Od lat z sukcesami startuje w paraolimpiadach. Ale to dla niego za mało: w 2008 roku wywalczył sobie prawo do startu w „normalnych” igrzyskach, z zawodnikami biegającymi na własnych nogach. Wywalczył sobie dosłownie, bo nie wszystkim sportowcom uśmiechało się zmierzyć z niepełnosprawnym zawodnikiem wspomaganym przez najnowsze technologie. Ostatecznie jednak przed igrzyskami w Pekinie Międzynarodowy Komitet Olimpijski stwierdził, że biegający na protezach Pistorius może wystartować na tej imprezie. Nie udało się – biegacz nie zdobył koniecznego minimum, by się zakwalifikować. Ale zapoczątkował rewolucję. Bo choć MKOL podkreślił, że przypadek Pistoriusa nie oznacza powszechnego dopuszczenia niepełnosprawnych sportowców, korzystających z najnowszych technologii, do rywalizacji ze zdrowymi, to teraz każdy taki wniosek będzie musiał rozpatrzyć. Zresztą w tym roku Pistorius zakwalifikował się i pierwszy raz wystartował w igrzyskach olimpijskich w Londynie wraz z w pełni sprawnymi biegaczami.

Natalia Partyka z Polski. Umiejętności gry w tenisa stołowego niejeden „normalny” zawodnik mógłby jej pozazdrościć. Z paraolimpiad regularnie przywozi medale, ale już w Pekinie w 2008 roku walczyła o nie też na igrzyskach (podobnie było w Londynie). Natalii nie pomagają żadne włókna węglowe czy inne nowoczesne technologie. Walczy dzielnie rakietką i jedną ręką, bo urodziła się bez prawego przedramienia.

Ta potrzeba nie w pełni sprawnych sportowców do zmierzenia się ze zdrowymi zawodnikami jest dziś na świecie coraz większa. Dlatego polskim paraolimpijczykom zamiast radosnej euforii raz na cztery lata potrzebne jest długofalowe, kompleksowe wsparcie.

Wiadomo, że bez pieniędzy się nie obędzie. Ale nie tylko one są potrzebne. Jens Lehmann, niegdyś bramkarz reprezentacji Niemiec, zapowiedział, że chce zagrać z paraolimpijczykami w Rio de Janeiro w 2016 roku. Na paraolimpiadzie podczas gry w piłkę nożną spośród wszystkich zawodników tylko bramkarz nie musi mieć żadnego stopnia niepełnosprawności, więc niejeden emerytowany golkiper mógłby wspomóc zawodników. Zyskaliby i oni, i on. Bo nikt nie powiedział, że bramkarz niegdyś światowej klasy musi kończyć karierę jako zgorzkniały zawodnik czwartoligowego klubu z małego miasteczka. To szansa na wsparcie paraolimpijskiej drużyny, a dla bramkarza – na nowe otwarcie. Pewnie i w Polsce znalazłby się niejeden taki zawodnik, który mógłby wesprzeć naszych paraolimpijczyków.

Bez takich pozytywnych przykładów, bez kompleksowego, przemyślanego wsparcia, niedługo nie tylko zdrowych zawodników, ale i Pistoriusa nie da się dogonić.

Ten zresztą błysnął podczas paraolimpiady narzekaniami na to, że jeden z konkurentów ma lepsze protezy. I aż chciałoby się zacząć rozważania, w jaką stronę zmierza współczesny sport. Ale to – jak mawiał Rudyard Kipling – już zupełnie inna historia.

Cytaty Zofii Klepackiej za Polską Agencją Prasową.

Było na co popatrzeć
Zofia Kotlińska

urodzona w 1979 r. – absolwentka socjologii, podróżniczka. Obecnie mieszka i pracuje w Poznaniu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze