Felietonista na wakacjach
fot. tom foggin / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Wyczyść

Felietonista w zasadzie nie zna ani urlopu, ani wakacji – podobny w tym do strażaka czy policjanta, tak jak oni przywiązany do kalendarza i zegarka. Na szczęście jestem tylko felietonistą prowizorycznym i w dodatku miesięcznym, nie tygodniowym czy, o zgrozo, codziennym, i dzięki temu mogę sobie niekiedy pozwolić na parotygodniowy wyjazd. I potem, zamiast milczeć, jak przystało na poetę, który nie spieszy się z notowaniem swoich najnowszych wrażeń i doświadczeń, tylko lubi chodzić w wielkiej chmurze pamięci, w chmurze będącej jego życiodajnym magazynem, jego spiżarnią, jego biblioteką, jego prywatnym Luwrem, jego Edenem, przyszło mi napisać kilka stron. Bo felietonista pilnie spisuje to, co zobaczył i przeżył, spieszy się z tym spisywaniem. Musi przecież zdążyć na termin. Poeta nie spieszy się wcale, przeciwnie, lubi czekać. Poeta piszący felietony naraża na szwank substancję swojego powołania; wiele ryzykuje.

Jest tu jeszcze jedna postać: pisarz podróżnik, travel writer, ktoś, kto w przeciwieństwie do poety nie zatrzymuje swoich wspomnień „na później”, ktoś także, kto nie jest poddany rytmowi felietonu. To ciekawe: tradycja pisarzy podróżników, podobnie jak tradycja biografistyki, rozwinęła się najmocniej w Wielkiej Brytanii (i przeszła do Stanów Zjednoczonych). Zapewne imperium brytyjskie samo się prosiło o relacje z odległych krain… Ale gatunek literacki przeżył system kolonialny i Brytyjczycy nadal piszą i czytają travel books. Dość jednak tych akademickich rozważań.

Nasze wakacje zaprowadziły nas w tym roku na Peloponez. Szkoda wracać z podróży – patrzę teraz na mapę Peloponezu, pełną powabu zieloną mapę fizyczną, gdzie zaznaczone są góry i rzeki, i nazwa każdej miejscowości wydaje mi się magiczna. Przez dwa tygodnie stare, skręcone pnie drzew oliwnych rosnących wśród płowych, wysokich traw, spalonych przez słońce, wydawały mi się czymś zwyczajnym. A nad nimi strome góry Tajgetu, których wierzchołki są nagie, kamienne i w upalny dzień (a każdy dzień był upalny) wydają się rozżarzone, płonące, zupełnie niedostępne, jak Mars. I granatowe morze wypełniające ramę horyzontu, kołyszące się lekko, chyba że wiał gwałtowny wiatr z północy, metlemi – północny, ale ciepły. Gdziekolwiek się znajdziemy, ustanawiamy zwyczajność. Tak jakbyśmy nosili w sobie zwyczajność i każdorazowo projektowali ją na otoczenie. Nasza obecność sprawia, że na czymkolwiek spocznie nasze spojrzenie, cokolwiek jest bliskie, w zasięgu naszych pięciu zmysłów, wydaje się normalne. Póki byliśmy tam, Peloponez był zwyczajny. Był wtedy rzeczywistością: białe domy i chude greckie koty o cienkich ogonach, i samotne figowce, z których niekiedy – jeśli rosły na odludziu, zapomniane przez wszystkich – można było zrywać słodkie i miękkie owoce. Tropikalne kwiaty bugenwilli i pastelowe kwiaty cukinii w ogrodach wydawały się absolutnie na miejscu. Podobnie drzewa granatu (w pierwszej chwili owoce granatu bierzemy za jabłka) i stare Greczynki w czarnych sukniach. Były zwyczajne, chociaż jednocześnie wiedziało się też, że są inne – dla naszych północnych oczu. Teraz, po powrocie do Polski, nagle wszystko się zmieniło: znowu są magiczne, niedostępne, fantastyczne. Może więc nie trzeba podróżować…

Nie trzeba, można. Lecz i tak to, co najważniejsze, dzieje się w naszej wyobraźni.

Byliśmy też w Olimpii. Parę tygodni po olimpiadzie i w trakcie paraolimpiady można było z niejakim sceptycyzmem wybierać się do miejscowości, która dała nazwę ruchowi olimpijskiemu, tak dzisiaj komercyjnemu. Ale już po paru kwadransach zaczynamy rozumieć, że starożytna Olimpia była czymś innym: była miejscem religijnym. Zostały tylko ruiny po dawnym olimpijskim miasteczku, ale wśród tych ruin znajdziemy wiele świątyń. Olimpia jednoczyła rozmaite warstwy i strony życia, także i te, które dzisiaj wydają nam się absolutnie przeciwstawne: sport i religię. Greccy przewodnicy co prawda z lubością podkreślają, że i w starożytności nie brakowało chytrych sportowców (i trenerów), którzy próbowali przekupić sędziów sportowych, ale i to nie zmienia faktu, że spacer po starej Olimpii wydaje się czymś nieomal równie wzniosłym jak wędrówka wśród ruin Delf – leżących nie tak daleko stąd, po drugiej stronie Zatoki Korynckiej.

Felietonista na wakacjach
Adam Zagajewski

(ur. 21 czerwca 1945 we Lwowie – zm. 21 marca 2021 w Krakowie) – poeta, eseista, prozaik, tłumacz, przedstawiciel pokolenia Nowej Fali. Autor cyklu felietonów pt....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze