Być bardziej
fot. annie spratt / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 votes
Wyczyść

W zakonie jest tak jak w małżeństwie: najpierw wielkie zauroczenie i ogromna miłość. Potem wdziera się codzienność, rutyna, przyzwyczajenie. Ale to wcale nie znaczy, że przestaje się kochać.

Safona nie zapomni tego pierwszego spotkania. Przyglądała się trzem starszym paniom i myślała sobie: Matko Boska! Co ja tutaj robię?

Gosia chciała jechać do domu do Świebodzina, ale uciekł jej pociąg. Nie byłoby to może takie istotne, gdyby nie to, że ten pociąg uciekł jej aż siedem razy. Siedem razy w ciągu dwóch dni! Przypadek? Gosia nie wierzy w przypadki.

Gosia numer dwa, która właściwie dla tej opowieści jest Gosią numer jeden, szła sobie przez park. Nagle patrzy: Co mi tutaj wybudowali? Na trawniku, co prawda przysypanym śniegiem, bo to był styczeń, stoi jakiś biały barak. Z ciekawości zajrzała do środka. Właśnie trwała msza.

Maria przeczytała ogłoszenie na drzwiach w kościele. Że osoby zainteresowane proszone są o kontakt. Nie miała pojęcia, że to ogłoszenie napisała jej córka, czyli Małgosia numer dwa.

Maria namówiła Wandę, żeby też przyszła. Wanda jest wdową, więc pomyślała: czemu nie. Od tamtej chwili ciągle jest zajęta. A jej syn się denerwuje: Mamo, dlaczego ciebie nigdy nie ma w domu?

Przemek, mąż Safony, jeszcze do niedawna na każdy służbowy wyjazd pakował do walizki brewiarz. Teraz już nie pakuje, bo ma go w komórce.

Mariusz, z natury bałaganiarz, mówi, że od kiedy został tercjarzem, w jego życiu zapanował porządek.

A Pius? Pius jest członkiem Klubu Miłośników Dawnego Oręża Polskiego i Sztuki Walki Signum Polonicum. To będzie opowieść o nich. O tercjarzach III Zakonu Dominikańskiego.

Świeccy od pokuty

To pani jest zakonnicą? – dziwią się ludzie, widząc w pociągu kobietę z brewiarzem w ręku. Dziwią się, bo kobieta nie ma habitu ani welonu. Ubrana jest zwyczajnie, po świecku. Albo pytają: To wy żyjecie w celibacie?

Wyobrażenia o III Zakonie Dominikańskim są najróżniejsze. Wielu ludzi nigdy o nim nie słyszało. Świecki dominikanin? Bardziej kojarzy się z kimś, kto porzucił zakon, niż z osobą, która żyje w tym zakonie całym sercem. Dlatego świeccy mówią o sobie, że są tercjarzami. Świeckimi Zakonu Kaznodziejskiego. Przez wiele wieków, aż do Soboru Watykańskiego II, nazywano ich III Zakonem św. Dominika od Pokuty.

Oficjalnie trzeba napisać o nich tak:

„Świeckimi św. Dominika są ci wierni, którzy ochrzczeni w Kościele katolickim lub do niego przyjęci, bierzmowani oraz w pełnej komunii wiary, sakramentów i władzy kościelnej, zostali powołani w szczególny sposób, aby prowadzić życie chrześcijańskie i ożywiać rzeczywistość doczesną zgodnie z charyzmatem św. Dominika. Aby być wcielonym do Zakonu Kaznodziejów, w którego misji apostolskiej w pełni uczestniczą, składają przyrzeczenie według formuły zawartej w Regule”.

Teraz mniej oficjalnie: tercjarze dominikańscy to kobiety i mężczyźni, żony i mężowie, matki i ojcowie, babcie, dziadkowie, wdowy, osoby samotne, pracujący zawodowo i niepracujący, emeryci i renciści. Ludzie, którzy szukają w swoim życiu duchowym i religijnym czegoś więcej. Chcą być bardziej. Bardziej chrześcijanami, bardziej we wspólnocie, bardziej w Kościele. Żyją wśród nas. Nie obnoszą się ze swoją przynależnością do zakonu. Czasem zdradzi ich znaczek dominikański noszony w klapie marynarki lub żakietu albo medalik ze św. Dominikiem.

Można powiedzieć, że byli od zawsze, to znaczy od czasu, gdy św. Dominik założył swój zakon. Nie decydowali się na życie konsekrowane – istnieli równolegle, obok zakonu, wspierając braci i siostry modlitwą, pokutą, głoszeniem Dobrej Nowiny wśród tych, z którymi są na co dzień.

Na świecie jest prawie 145 tys. tercjarzy dominikańskich – 100 tys. mieszka w Wietnamie. W Polsce jest ich ok. 450.

W przypadki nie wierzę

Są zupełnie zwyczajni. Twardo stąpają po ziemi. Tak jak Małgosia. Z wykształcenia jest matematyczką, z zawodu nauczycielką. Uczy w liceum. Żyje szybko. W 15 minut jest gotowa spakować plecak czy walizkę, by wyruszyć w świat. – Na podróż i na tańce można mnie namówić zawsze – tłumaczy.

Z dominikanami związała się wiele lat temu, gdy przyjechała na studia do Poznania. Duszpasterstwo akademickie było jej drugim domem. Dlatego często się zastanawiała: Gdzie ja się zakorzenię, gdy skończę studia i wyjadę z Poznania? To miejsce wskazał jej sam Pan Bóg – tak przynajmniej Małgosia myśli o tym dzisiaj. No bo było tak: Wybierała się do domu na weekend. Poszła na dworzec. Ale pociąg jej uciekł. Tego dnia zrobiła jeszcze dwa podejścia, ale za każdym razem coś stawało na przeszkodzie i gdy wpadała na dworzec, widziała już tylko odjeżdżający ostatni wagon. Następnego dnia historia się powtórzyła. W końcu zdesperowana poszła z plecakiem do duszpasterstwa, a po drodze wpadła na swojego spowiednika. – Chodź ze mną na mszę i spotkanie – zaproponował, widząc jej niewesołą minę. Poszła. To było jej pierwsze zetknięcie twarzą w twarz z fraternią świeckich dominikanów. – Od pierwszej chwili poczułam, że jestem u siebie, że to jest moje miejsce, że przyprowadził mnie sam Pan Bóg – mówi dzisiaj. Została postulantką, potem nowicjuszką. Ze złożeniem przyrzeczeń wieczystych czekała sześć lat. – Nie byłam pewna, czy dam radę, czy gdy będę z dala od wspólnoty – bo po studiach pracowałam poza Poznaniem – nie zabraknie mi gorliwości i tego duchowego zaplecza – przyznaje. Ale jej obawy były zupełnie niepotrzebne. Jest w zakonie już od 27 lat. Gdy tylko może, stara się być na mszy, pamięta codziennie o brewiarzu, choć bywają i takie dni, że pada zmęczona na łóżko i tylko cichym westchnieniem daje Panu Bogu znać, że jest, że o Nim pamięta. – Bycie w zakonie porządkuje moje życie, wprowadza ład i spokój. Są czasem takie chwile, że człowiekowi samemu ze sobą trudno. I wtedy umacnia mnie myśl: Nie jesteś sama, masz wspólnotę, która o tobie pamięta, która się za ciebie modli. I to naprawdę dodaje mi sił.

Przywilej na ostatnią drogę

Świeccy dominikanie należą do fraterni. Każda fraternia ma swojego przełożonego (osoba świecka) i asystenta – to kapłan, najczęściej dominikanin. W Polsce są 22 fraternie, kolejne dwie w Rzeszowie i Hermanicach właśnie powstają. Ta, do której już nikt nie należy, może być zlikwidowana dopiero 100 lat po śmierci ostatniego jej członka.

Żeby wstąpić do zakonu trzeba mieć przynajmniej 18 lat i nie więcej niż 65. Ale tu bywają wyjątki. Wszystko odbywa się tak, jak w każdym zakonie: najpierw jest postulat, potem nowicjat, poprzedzony obłóczynami, są profesja czasowa i wieczysta. Tercjarz nie składa ślubów, tylko przyrzeczenie. Że będzie żył zgodnie z Regułą. Ma mu w tym pomóc – w miarę możliwości – codzienna msza święta, odmawianie liturgii godzin, czyli brewiarza, modlitwa różańcowa, medytacja.

Każda fraternia – zgodnie z Regułą – spotyka się minimum raz w miesiącu. Ale są i takie, które mają swoje spotkania raz na tydzień. Spotkanie to zwykle brewiarz, msza święta, konferencja, wspólna kawa, swobodne rozmowy. Są też rekolekcje lub dni skupienia.

W niektórych fraterniach tercjarze mają habity – wiadomo: biało-czarne. Po dominikańsku. Noszą je jednak tylko podczas zamkniętych uroczystości zakonnych, rekolekcji, własnych spotkań.

Mogą też prosić o pochowanie ich w habicie. To taki przywilej. Na ostatnią drogę.

Małżeństwo w zakonie

Safona i Przemek. Sympatyczni czterdziestolatkowie. Pełni życia, otwarci, bardzo towarzyscy. Lubią chodzić po górach, przyjmować gości. Mają czworo dzieci. Ona zajmuje się domem, on pracuje w banku. Żyje im się dobrze, choć bez luksusów. Mieszkają w Szczecinie. Jesteśmy normalni. – Absolutnie nor–mal–ni – podkreśla Safona. I zaraz robi krótką autocharakterystykę: nie jestem nawiedzona, nie jestem szczególnie rozmodlona, mocno stąpam po ziemi, wiem, czego chcę w życiu. Swoje imię odziedziczyła po przodkach z Grecji, skąd pochodzi jej tata.

Poznali się w duszpasterstwie akademickim u dominikanów. Gdy skończyli studia, szukali w Kościele jakiegoś miejsca dla siebie. – Chcieliśmy gdzieś się zakotwiczyć – tłumaczą.

Gdy dzieci były małe, związali się z duszpasterstwem rodzin. – Ale gdy starsze podrosły, ta formuła się wyczerpała. Nie było sensu tworzyć kolejnego duszpasterstwa, nowej wspólnoty, więc rozglądaliśmy się za czymś, co już jest – opowiada Przemek. I wtedy znajoma powiedziała im, że właśnie powstaje fraternia III Zakonu Dominikańskiego. Safona nie zapomni nigdy tego pierwszego spotkania. Poszła z kilkumiesięczną córeczką. I mało nie uciekła. – Boże, jak ja się bałam tych trzech starszych pań – wspomina dzisiaj i sama się z tego śmieje. Bo owe starsze panie to seniorki fraterni. – Najfajniejsze babki, jakie znam – mówi Safona. Co z tego, że jedna ma 76, druga 81, a trzecia 82 lata. We fraterni nie ma to żadnego znaczenia. Wszyscy mówią do siebie po imieniu albo: bracie, siostro. Wspólnie wyjeżdżają. Rozmawiają o wszystkim: o zwykłych codziennych sprawach i o ważnych problemach. I modlą się za siebie. Mają taki zwyczaj, że przez miesiąc wszyscy członkowie wspólnoty odmawiają różaniec w intencji jednej osoby z fraterni. Po miesiącu zmiana: kolejna osoba zostaje otoczona modlitwą. Gdy tylko mogą, spotykają się wieczorem w kościele, by wspólnie z ojcami odmówić nieszpory. Pamiętają o sobie, gdy ktoś zachoruje, gdy potrzebuje pomocy, wsparcia. Dzwonią do siebie, odwiedzają się. Mogą być pewni, że na starość nikt o nich nie zapomni, że nadal będą we wspólnocie, nawet jeśli nie będą mogli uczestniczyć w spotkaniach, wyjazdach, rekolekcjach. Że nieobecność nie oznacza wykluczenia.

Przemek często wyjeżdża służbowo. Kiedyś do walizki pakował brewiarz – teraz ma go w komórce. I stara się o nim pamiętać. Z codzienną mszą święta jest trudniej. Za to potrafi o drugiej w nocy przekonywać kolegę o wartości czystości przedmałżeńskiej albo tłumaczyć koleżance, dlaczego Kościół jest przeciwny in vitro. – Gdyby nie fraternia i spotkania, w których uczestniczymy, wielu rzeczy bym nie wiedział, do wielu rozmów nie byłbym przygotowany. A tak mam poczucie, że to, co mówię, nie jest wyssane z palca, że stoi za tym mądrość Kościoła.

Gdy sam czuje się bezradny, mówi komuś: Znam fajnego ojca, idź z nim porozmawiaj.

Safona i Przemek znaleźli w III Zakonie swoje miejsce. Są tam od ośmiu lat. Razem przeżywali postulat, nowicjat, razem składali przyrzeczenia wieczyste. – To kolejny dar, że możemy być w zakonie razem, jako małżeństwo – mówią.

Przyrzeczenie

Świeccy Zakonu Kaznodziejskiego mają swoją Regułę. W ciągu kilkuset lat zmieniana była zaledwie kilka razy – ostatnio w 1987 roku. Zatwierdza ją generał zakonu. To właśnie w Regule przeczytamy, że świeccy, którzy wybrali życie zgodne z duchem i charyzmatem św. Dominika, mają dawać świadectwo swojej wiary, wsłuchiwać się w potrzeby ludzi swoich czasów i służyć prawdzie. Szczególnie zaś mają się angażować „w okazywanie autentycznego miłosierdzia wobec wszystkich form cierpienia, w obronie wolności i szerzenie sprawiedliwości i pokoju”.

Każdy świecki dominikanin składa przyrzeczenie (czasowe lub wieczyste), że będzie żył zgodnie z tą Regułą. Składanie przyrzeczeń to wielka uroczystość, na którą zapraszają rodzinę i znajomych.

Z bronią w ręku

Raz w miesiącu, w niedzielę, wcześnie rano Pius wsiada razem z żoną do samochodu i jadą 105 kilometrów. Tyle właśnie jest z Łodzi do Gidel. O 9.30 są już na mszy świętej, potem biorą udział w konferencji, wspólnej modlitwie, kawie. I tak jest już od dawna.

Pius ma 43 lata, jest technikiem radiologiem, pracuje w szpitalu. Tak naprawdę ma na imię Arkadiusz – Pius to imię zakonne. Kiedy 13 lat temu prosił o przyjęcie do postulatu III Zakonu Dominikańskiego, zapytano go, dlaczego chce być w zakonie. – Powiedziałem, że moim celem jest osiągnięcie zbawienia i chcę sobie to zadanie ułatwić, żyjąc według określonej reguły – mówi. Reguła św. Dominika wydawała mu się skrojona właśnie dla niego. W Łodzi, gdzie mieszka, nie było fraterni dominikańskiej, dlatego wybrał Warszawę, potem przeniósł się do Gidel – jednej z najstarszych fraterni w Polsce. Właściwie trzeba by napisać, że wybrali i przenieśli się, bo do III Zakonu Dominikańskiego wstąpił razem z żoną. Wcześniej oboje studiowali teologię, mają też za sobą doświadczenie Domowego Kościoła.

Od chwili, gdy został tercjarzem, ma poczucie, że w cudowny sposób rozmnożył mu się czas. – Coś, co kiedyś było niemożliwe, teraz stało się zupełnie naturalne. Życie wyznaczone przez liturgię godzin porządkuje mnie wewnętrznie i moją przestrzeń dookoła – tłumaczy. W miarę możliwości stara się być na mszy świętej. A różaniec? Różaniec mówię po dominikańsku – w drodze. Jadąc do pracy lub wracając z niej.

To „w miarę możliwości” zapisane w Regule jest niezwykle ważne dla tercjarzy – daje im wolny wybór. Wiedzą, że mogą, że zakon ich do tego zachęca, ale nie zmusza. Nie będą się spowiadać, że nie odmówili nieszporów albo jutrzni, że nie zdążyli być na mszy świętej w poniedziałek, środę czy piątek.

Starsi tercjarze mają trochę łatwiej: nie pędzą rano z dziećmi do przedszkola i do szkoły, nie muszą być o 7 czy 8 rano w pracy. Łatwiej wówczas wygospodarować czas na mszę. Ale ci młodsi też się starają, by codzienna msza była stałym elementem dnia. Pius także się stara.

Na szyi, na krótkim łańcuszku nosi medalik św. Dominika – szkaplerz Zakonu; gdy ma na sobie biały szpitalny kitel, medalik doskonale widać. Wieści po szpitalu rozchodzą się lotem błyskawicy, więc i ta, że Arek wstąpił do zakonu obiegła korytarze. I nagle ci wierzący poczuli się silni. Zaczęli się ujawniać, rozmawiać. Wspólnie wywalczyli, by w szpitalnej stołówce w piątki były postne dania, przynajmniej dla tych, którzy chcą je spożywać.

Po godzinach? Po godzinach Arek zwany Piusem trenuje władanie szablą husarską. Należy do Klubu Miłośników Dawnego Oręża Polskiego i Sztuki Walki Signum Polonicum. Razem z synem biorą czasem udział w rekonstrukcjach. Takie hobby.

A zakon? Zakon wszystko zmienił. Dał mu pewność, że to jest właśnie jego droga. I jest z tym szczęśliwy.

Męska rozmowa

Po co im ten zakon? – próbuję dociec. Pytam Mariusza.

Mariusz ma 33 lata, jest psychologiem, mieszka w Hermanicach. Pracuje w szkole specjalnej, przez wiele lat był wychowawcą w domu dziecka. Pochodzi z Krakowa. Tam poznał dominikanów, u których przeżył swoje nawrócenie. Najpierw związany był z „Przystanią” – duszpasterstwem szkół średnich, potem było duszpasterstwo akademickie, czyli „Beczka”. – Dominikanie zawsze do mnie trafiali – ze swoim słowem, sposobem myślenia, funkcjonowania jako kapłani – mówi Mariusz.

Gdy kilka lat temu przeprowadził się do Hermanic, bardzo się ucieszył, że i tam odnalazł ich klasztor. I nagle było tak samo jak w przypadku Małgosi, Safony, Przemka czy Piusa: zapragnął czegoś więcej. Nie wystarczała mu niedzielna msza święta, czuł, że musi gdzieś pogłębić swoją wiarę.

Szczęśliwie się złożyło, że nie on jeden miał taką potrzebę. Wracał samochodem z kolegą. Znali się z parafii. No i się zgadali. Zaczęli rozmawiać o III Zakonie Dominikańskim. Ale w Hermanicach nie było fraterni. No to może trzeba ją utworzyć? – pomyśleli.

Jest ich czterech. Są nowicjuszami. Za ich formację odpowiada Pius. Myślą o stworzeniu fraterni typowo męskiej. – Bo brakuje nam typowo męskiej rozmowy o sprawach dotyczących wiary – tłumaczy Mariusz. Spotykają się raz na dwa tygodnie. Wiele przed nimi. – Byłem strasznym bałaganiarzem. Narzucenie pewnego rytmu, związanego z brewiarzem, wprowadziło do mojego życia porządek. Potrafię się zmobilizować, by wstać rano, pojechać do kościoła i zmówić razem z braćmi jutrznię – mówi Mariusz. Jego narzeczona przygląda się temu z dystansu – nie zniechęca, nie zachęca. Zaakceptowała. – Mam poczucie, że idę w dobrym kierunku. Że wytrzymam. Moje życie jest coraz bardziej ułożone. I coraz bardziej ufam Bogu.

List do prowincjała

W tej opowieści o świeckich dominikanach nie może zabraknąć Gosi. Nazwałam ją Małgosią numer dwa, choć uprzedziłam, że w tej opowieści powinna być Małgosią numer jeden. Bo od pięciu lat jest przełożoną prowincjalną Świeckiego Zakonu Dominikanów. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej w Szczecinie. W zakonie jest od 11 lat.

Mówi tak: – Moja droga do Zakonu Dominikanów była w ogóle drogą do Kościoła. Pan Bóg się o mnie upomniał.

Ale wcześniej było doświadczenie strasznej pustki. – Pewnego dnia pomyślałam sobie: Jeśli moje życie ma się zakończyć tu, na ziemi, to wszystko, co robię, nie ma żadnego sensu – wspomina dzisiaj.

Podczas spaceru odkryła, że w parku niedaleko jej domu stoi biały barak. Zajrzała do środka. Było Święto Trzech Króli. Trwała msza. Coś ją zatrzymało. – Ksiądz mówił do ludzi, czuło się modlitwę. Zostałam. Dwa tygodnie później dowiedziałam się, że to jest moja parafia.

Zaczęła chodzić ma msze święte, poszła do spowiedzi, uczęszczała na Krąg Biblijny. To właśnie Gosia wraz z kilkoma osobami wpadła na pomysł, żeby w parafii utworzyć fraternię Świeckiego Zakonu Dominikańskiego. Napisała w tej sprawie list do prowincjała. Zachęciła ludzi, żeby przyszli.

– Po co zakon? Bo ludzie mają potrzebę pełniejszej identyfikacji religijnej. Nie chcą być anonimowymi chrześcijanami. Chcą przynależeć do konkretnej wspólnoty, aktywnie działać. Nie wystarczy im niedzielna obrzędowość. Więc Gosia też wplotła w swoje życie codzienny brewiarz, mszę świętą, różaniec, medytację i cotygodniowe spotkania. – To mi daje kopa, mobilizuje, wzmacnia. Łączy nas jakaś więź. Modlimy się za siebie, towarzyszymy sobie w umieraniu. Po prostu. Jesteśmy rodziną.

Gdzie ty chodzisz, mamo?

Są jeszcze seniorki, których tak bardzo przestraszyła się Safona. Maria, wstępując do zakonu, miała 62 lata, Wanda 74. Teraz Maria ma 76, a Wanda 82. I wszędzie ich pełno. – Mąż umarł, syn się ożenił, zostałam sama. Zakon dał mi drugie życie – mówi Wanda. Syn czasem dzwoni i się dziwi: – Mamo, gdzie ty chodzisz? Ciebie nigdy nie ma w domu!

Gdy składała przyrzeczenia wieczyste, bardzo się denerwowała. – Czy będę wierna temu, co przyrzekam. Ale jest. Już o 7 rano odmawia jutrznię, o ósmej jest w kościele na mszy. Nie zdarza się, by zapomniała odmówić nieszpory czy kompletę. Bez brewiarza się nie rusza w żadną podróż. – Młodzi to sobie wgrali ten brewiarz w komórki, ale dla mnie to za trudne – tłumaczy. Dużo czyta, pomaga w parafii, organizuje festyny, jeździ na wakacje, rekolekcje, na grzyby. – Bez tego wszystkiego życie strasznie by mi się dłużyło.

A Maria? Maria nie może się nadziękować Panu Bogu, że pokazał jej zakon. Kiedy pracowała zawodowo i zajmowała się rodziną, nie zawsze było jej po drodze z Panem Bogiem.

W ciągu ostatnich 15 lat trzy razy przeczytała Pismo Święte. Od deski do deski. Teraz zachwyca się komentarzami św. Tomasza z Akwinu do Ewangelii wg św. Jana. Jest zafascynowana postacią św. Katarzyny ze Sieny, która robiła wszystko ponad siły. – To dla mnie niedościgły wzór – przyznaje. Pani Maria też się nie oszczędza: każdemu pomoże, o wszystko się zatroszczy. Trzeba być tu – jest tu. Trzeba pojechać tam – pojedzie. – Nie umiem się nudzić, taka już jestem.

Przyrzeczenia wieczyste składała razem ze swoją córką Małgosią. – To kolejny dar od Pana Boga.

A po co wstępowała do zakonu? Myśli przez chwilę. Patrzy w okno. Jest słoneczny, ciepły dzień. Choć to już prawie jesień. Dzwoni telefon. – Na grzyby, panie Stefanie? W piątek? Sucho jest, nie ma grzybów. Prędzej kleszcze przywieziemy niż grzyby – śmieje się do słuchawki. A potem oglądamy albumy ze zdjęciami. – Widzi pani. Takie mamy życie w tym naszym zakonie.

Być bardziej
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze