Jestem z tłumu
fot. annie spratt / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
Wyczyść

Co byłoby zwycięstwem wrogów Kościoła, jeśli nie pusta świątynia? Co daje im największą satysfakcję, jeśli nie echo odbijające się od milczących organów?

Aby napotkać Chrystusa zmartwychwstałego, nie wystarczy znajdować się na drodze. Jest to bowiem postawa bierna. My musimy wyruszyć w drogę, i to po właściwej stronie” – pisał ks. Pierre Talec, duszpasterz paryskiej Dzielnicy Łacińskiej i Montmartre, w swojej teologicznej rozprawie Wiara jest wyborem. „Musimy wyruszyć w życie takie, jakie ono jest. A przychodzi ono od Chrystusa i prowadzi do Chrystusa. Życie to dobra droga, ponieważ Chrystus jest dobrym przewodnikiem. (…) U progu tej otwierającej się przed nami przygody wiary musimy przede wszystkim oswoić się z krajobrazem, zrozumieć szlaki, rozpoznać znaki drogowe. (…) Do Ducha, podobnie jak do ptaka, można się zbliżyć jedynie w ciszy jasnych dróg”. Gdzie najbardziej zbliżymy się do Ducha, jeśli nie w kościele? Gdzie, stojąc na rozwidleniu dróg, znajdziemy wskazówki, w którą stronę pójść? Wchodzę do kościoła, by porozmawiać z Bogiem, by się oczyścić, by utwierdzić się w sile wspólnoty i by lepiej poznać samego siebie.

Najbliżej Boga

Jeden z najsłynniejszych obrazów Jana Matejki, przedstawiający Mikołaja Kopernika na wieży zamku we Fromborku, nosi tytuł: „Astronom Kopernik, czyli rozmowa z Bogiem”. Wielki badacz nieba jest otoczony przyrządami mierniczymi. Obok, oparta o mur, stoi duża mapa Układu Słonecznego, po drugiej stronie jakaś opasła, otwarta księga powoli zsuwa się z drewnianego stolika. Matejko namalował Kopernika w dziwnej pozie. Nie wiemy, czy wstaje z klęczek po krótkiej modlitwie, a może gwałtownie siada, przytłoczony czymś, co zobaczył wśród gwiazd. W lewej ręce trzyma cyrkiel, prawa wisi w powietrzu w charakterystycznym geście powstrzymywania. Czy Kopernik właśnie wstrzymuje Słońce? A może stara się powstrzymać samego siebie przed głoszeniem obrazoburczych, ryzykownych tez? Gdy jednak przyjrzymy się jego twarzy, zobaczymy powagę i pokorę – tak jakby jego ciało, dynamiczne i niespokojne, należało do kogoś innego. Kopernik rozmawia z Bogiem. Może oczekuje od Niego wskazówek, może liczy na potwierdzenie swoich przeczuć. Wszak chodzi o rzeczy wielkie, myśli rewolucyjne i niebezpieczne. Dla Kopernika to być może najważniejsza rozmowa w życiu, choć niewykluczone, że ani jedno słowo nie wyszło z jego ust, a cały dialog odbył się w jego głowie.

***

Bóg, Jezus, Maryja są wspaniałymi rozmówcami. Słuchają cierpliwie, możemy im opowiadać o swoich zmartwieniach i marzeniach całymi godzinami – nigdy się nie znudzą, nie przerwą, nie będą szukać pretekstu, by wyjść do drugiego pokoju. Możemy się im wypłakać, ale też wadzić się z nimi, spierać się. Wybaczą, bo przecież niejedno już słyszeli i niczemu się nie dziwili.

Nie musimy się do takiej rozmowy przygotowywać. Nie trzeba robić notatek ani uczyć się na pamięć pięknych fraz, bo nasze słowa nie rodzą się w mózgu, lecz w sercu. Są przez to prawdziwsze, a sama rozmowa – bardziej wartościowa.

Tylko z nimi możemy porozmawiać szczerze, bez żadnych zahamowań, bez skrupułów, które czasami nie pozwalają nam poznać samych siebie, powstrzymują przed rozpoznaniem błędów i porażek. Święty Josemaría Escrivá de Balaguer pisał w Drodze: „Szukasz towarzystwa przyjaciół, których rozmowy, serdeczność oraz dobre maniery ułatwią ci znoszenie wygnania na tym padole. Chociaż nawet przyjaciele czasami zdradzają, nie wydaje mi się to niczym złym. Ale…, czemu nie szukasz, codziennie coraz usilniej, towarzystwa oraz rozmowy z tym Wielkim Przyjacielem, który nigdy Cię nie zdradza?”.

Każda świątynia jest miejscem, w którym codziennie odbywają się setki, czasami tysiące takich rozmów. W kościele jesteśmy najbliżej Boga, nasz głos jest silniejszy, ale też Jego odpowiedzi docierają do nas z większą mocą.

Ci, którzy płaczą w Twym uścisku

„Jezus zna dobrze naszą opieszałość i słabości. Dlatego ustanowił sakrament pokuty. Chciał, byśmy mogli prostować swoje kroki, ilekroć będzie nam to potrzebne (…) Prorocy zapowiedzieli i przygotowali ludzi na to całkowicie nowe pojednanie człowieka z Bogiem” – pisze Francisco Fernández Carvajal w IV tomie swoich Rozmów z Bogiem. Cytuje biblijnego Izajasza: „Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie! – mówi Pan. Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna”.

***

Aż trudno uwierzyć, że katolicyzm nie przyciąga jeszcze więcej wiernych, skoro oferuje swoim owieczkom takie atrakcje! Pełne oczyszczenie, zrzucenie wszelkich ciężarów, lekkość sumienia oraz, last but not least, lepsze samopoczucie. Kto nie usłyszał nigdy owego „puk, puk” w kratkę konfesjonału, kto nie podniósł się z kolan, by ucałować stułę, ten nie wie, jak dużą ulgę może przynieść owe kilka sekund, pełnych tajemnicy i nadziei.

Przez całe życie błądzimy, popełniamy grzechy drobne i ciężkie, karmimy bliskich i siebie samych kłamstwami i kłamstewkami. A jednak nigdy nie tracimy szansy na Zbawienie, furtka zawsze pozostaje otwarta. Nawet jeśli nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy z Bogiem. Nawet jeśli grzeszyliśmy regularnie i z lubością. Nawet na łożu śmierci.

Święty Jan Chryzostom, jeden z doktorów Kościoła, biskup Konstantynopola z IV wieku, pisał w Homiliach do Ewangelii według św. Mateusza: „Bóg, chociaż Go obrażamy, pozostaje naszym Ojcem, chociaż Go wprowadzamy w gniew, kocha nas nadal jako swoje dzieci. Chce tylko jednego: nie karać nas za nasze grzechy, widzieć, że się nawracamy i prosimy Go o przebaczenie”.

Bóg nie chce nas karać, odsuwa od siebie ten nieprzyjemny obowiązek, namawia nas, byśmy się oczyścili i nie stawia zbyt wygórowanych wymagań. Wie, że jesteśmy ułomni, nieustannie narażeni na pokusy, że moralnych herosów nie ma wśród nas zbyt wielu, a jeśli są, także im zdarzają się chwile zwątpienia i słabości. Bóg nie chce nas karać, ale niekiedy musi wymierzyć sprawiedliwość. „Niech sobie niegodziwi idą własną drogą, niech uciekają od Ciebie, nie znając pokoju. Lecz Ty ich widzisz, wzrok Twój rozcina ciemności” – czytamy w V Księdze Wyznań św. Augustyna. „Zaślepieni, nie widzą Tego, którego obrażają. Ale Ty nie porzucasz żadnej z rzeczy, jakie stworzyłeś. Wykroczyli przeciw Twej sprawiedliwości i zostali sprawiedliwie ukarani. Umknęli od Twej łagodności i sprzeniewierzyli się Twemu prawu, dlatego natrafili na Twoją surowość. Oni chyba nie wiedzą, że Ty jesteś wszędzie, a żadne miejsce Ciebie nie ogarnia. Tylko Ty jedyny jesteś zawsze obecny, zawsze bliski, nawet dla tych, którzy daleko od Ciebie uciekli”.

Święty Augustyn maluje przerażającą wizję kary, od której nie ma ucieczki. Choć przecież wystarczy zejść ze ścieżki Zła. „Niech więc zawrócą z tej drogi, niech zaczną szukać Ciebie, bo chociaż oni opuścili swego Stwórcę, Ty nie opuściłeś swego stworzenia. Niech się nawrócą i szukają Ciebie. I oto jesteś w ich sercach, w sercach tych, co Ciebie wyznają i rzucają się w Twe objęcia, i płaczą w Twym uścisku po swych wędrówkach jakże mozolnych”.

Szkarłat będzie niczym śnieg, purpura stanie się wełną. Ta obietnica ciągłego, powtarzalnego odrodzenia jest warta każdej wizyty w świątyni.

Staruszki z San Sebastián

W 2000 roku wstąpiłem na chwilę do katedry w San Sebastián, najbardziej baskijskim mieście w Kraju Basków. Hiszpanią rządziła wtedy prawica, nikt nie myślał o małżeństwach homoseksualistów, aborcji na życzenie, nikt jeszcze nie robił wyciskających łzy filmów o ludziach, którzy chcieli popełnić samobójstwo, ale nie mogli, bo państwo nie aprobowało eutanazji. Krótko mówiąc, Hiszpania nie miała jeszcze złamanego kręgosłupa, trzymała się w miarę prosto, choć już powoli staczała się w złą stronę. Za cztery lata to staczanie miało przybrać formę karkołomnego zjazdu bez trzymanki.

Przekroczyłem zatem próg owej świątyni, wciśniętej gdzieś między secesyjne kamienice, i natknąłem się na dwie starsze panie odmawiające głośno różaniec, wraz z młodym księdzem, stojącym za stołem liturgicznym. „Dios te salve María, llena eres de gracia, el Señor es contigo. Bendita tu eres entre todas las mujeres y bendito es el fruto de tu vientre Jesús. Santa María, madre de Dios, ruega por nosotros pecadores, ahora y en la hora de nuestra muerte…”. Ich potężne głosy niosły się po ścianach, ześlizgiwały z filarów, wypełniały apsydę i otulały ołtarz.

Pogrążone w modlitwie niewiasty nie zwracały uwagi na mijających je turystów, z głowami zadartymi do góry i ciężkimi aparatami uwieszonymi na szyi. „Dios te salve María, llena eres de gracia…”

Zatrzymałem się w pół kroku, urzeczony widokiem dwóch służebnic Pana. Nie oglądałem już płaskorzeźb ani obrazów, nie podziwiałem witraży. Mój wzrok wbił się w kobiety, które wyglądały tak, jakby były stałym elementem kościoła, pozostawionym tutaj przez ekstrawaganckiego architekta.

Za kilka minut w katedrze miała się rozpocząć msza święta. Trudno było liczyć na to, że staruszki nagle rozmnożą się w cudowny sposób i zajmą wszystkie ławy. Trudno było też oczekiwać, że turyści, pośród których wielu miało skośne oczy, odłożą przewodniki i aparaty i uklękną przed krzyżem. Wiedziałem już, że kościół będzie przerażająco pusty i że za chwilę usłyszę jeszcze głośniejsze i jeszcze bardziej samotne „En el nombre del Padre, y del Hijo, y del Espíritu Santo”…

***

Chodzę do różnych kościołów w Polsce i zastanawiam się, czy i ja będę kiedyś turystyczną atrakcją, odmawiającą jakąś dziwną, pełną szeleszczących dźwięków modlitwę, wśród turystów bezmyślnie zapatrzonych w sklepienie. Czy ja także będę wyglądał jak wykuty w marmurze posąg, wzbudzający zaciekawienie przybyszy z Tokio czy Seulu.

I myślę zarazem – w jak szczęśliwym kraju żyjemy, jeśli ludzie spieszą do kościoła, by zająć miejsce siedzące lub by zdążyć się wyspowiadać przed Podniesieniem. Nie wiemy tego i nie mamy narzędzi, by zbadać, jak wielu z nas czyni to co niedzielę rutynowo, bez najmniejszego ładunku duchowości. Ale tłum w kościele jest budujący i optymistyczny, niezależnie od tego, czy składa się z katolików „gorących”, czy z katolików „chłodnych”.

Tak, chodzę też do kościoła, żeby „robić tłum”. Wolę jednak słuchać modlitewnego chóru niż najgłośniejszego nawet „Dios te salve María…” w wykonaniu dwóch baskijskich kobiet, które nazwałbym mężnymi, gdyby nie były… no właśnie, kobietami. Wolę przekazać znak pokoju dziesięciorgu nieznajomym niż kiwnąć jedynie głową w kierunku kapłana.

Robienie tłumu jest moim prywatnym wyrazem trwania, deklaracją wierności i orężem w kampanii obronnej Kościoła. Co byłoby zwycięstwem jego wrogów, jeśli nie pusta świątynia? Co daje im największą satysfakcję, jeśli nie echo odbijające się od milczących organów? Ten jeden metr kwadratowy w kościele to moje stanowisko, mój obowiązek. A także moja drobna, ale jakże słodka przyjemność dania prztyczka w nos wszystkim tym diablikom, które wlewają mi do ucha codzienną mantrę: „Wyśpij się, obejrzyj coś w telewizji, przecież te dwie staruszki z San Sebastián mogą cię zastąpić…”.

Gdy rozum chyli się sam ku sobie

Jeszcze jeden fragment z Wyznań św. Augustyna: „Właśnie przebywał (…) od niedawna w Kartaginie pewien biskup manichejski imieniem Faustus, niezwykły łowca diabelski, który wielu ludzi oplątywał siecią swej uwodzicielskiej wymowy. Mnie też się ona podobała, ale rozumiałem, że trzeba od niej odróżnić samą prawdę o świecie, której byłem złakniony. Zważałem nie na to, w jakim naczyniu, ale na to, jaki pokarm wiedzy poda im ów tak sławiony przez manichejczyków Faustus. Poprzedziła go rozgłośna sława, że jest to człowiek do głębi obznajomiony ze wszystkimi dziedzinami wiedzy, a zwłaszcza wykształcony w sztukach wyzwolonych”.

Czyż nie spotykamy również dziś manichejskich mędrców, którzy pragną nam wszystko wytłumaczyć i nakreślić, objaśnić i pokierować nami? Czyż nie usiłują znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, każąc nam w owe odpowiedzi wierzyć posłusznie i bezwarunkowo? „Wielu już przedtem naczytałem się dzieł filozofów i miałem nimi wypełnioną pamięć” – mówi św. Augustyn. „Teraz więc niektóre ich tezy porównywałem z rozwlekłymi baśniami manichejczyków. Bardziej prawdopodobne wydały mi się twierdzenia filozofów, pożyteczne przynajmniej w tym, że mogły być opisem tego świata, chociaż filozofowie nie odnaleźli jeszcze Tego, który jest Panem świata. Albowiem wielki jesteś, Panie, i na to, co niskie, patrzysz, a to, co wysokie, z daleka poznajesz. Zbliżasz się tylko do tych, którzy mają serca skruszone, a pyszni Ciebie nie znajdują, choćby swoim wszędobylskim doświadczeniem zliczyli gwiazdy i ziarnka piasku morskiego, choćby wymierzyli tory konstelacji i zbadali szlaki planet”.

***

Wiedza jest rzeczą godną pochwały, a dążenie do niej może być fascynującą przygodą, dającą dużo radości i satysfakcji. Lecz wiedza może też prowadzić do pychy, która, nomen omen, odpycha nas od Boga. Między rozumem a duchem tworzy się wówczas przepaść, którą niełatwo zasypać. Udział w mszy świętej przypomina nam o tajemnicach, których nie jesteśmy w stanie rozwikłać i które nie poddają się empirycznym dociekaniom. Każde przekroczenie progu kościoła pozwala nam stępić naszą zarozumiałość, pomaga w wyzbyciu się niezdrowych złudzeń co do naszych intelektualnych mocy.

„Niewątpliwie wielką zasługą współczesnej filozofii jest skupienie uwagi na człowieku. Wychodząc od tego i stając w obliczu wielu pytań, rozum jeszcze mocniej odczuł pragnienie coraz szerszej i coraz głębszej wiedzy” – pisał bł. Jan Paweł II we wprowadzeniu do encykliki Fides et ratio z 1998 roku. „Pozytywne osiągnięcia nie powinny jednak przesłaniać faktu, że tenże rozum, skupiony jednostronnie na poszukiwaniu wiedzy o człowieku jako podmiocie, wydaje się zapominać, iż powołaniem człowieka jest dążenie do prawdy, która przekracza jego samego. Bez odniesienia do niej każdy zdany jest na samowolę ludzkiego osądu, a jego istnienie jako osoby oceniane jest wyłącznie według kryteriów pragmatycznych (…). Rezultat jest taki, że – zamiast wyrażać jak najlepiej dążenie do prawdy – rozum chyli się ku samemu sobie pod brzemieniem tak rozległej wiedzy, przez co z dnia na dzień staje się coraz bardziej niezdolny do skierowania uwagi ku wyższej rzeczywistości i nie śmie sięgnąć po prawdę bytu”.

Jak zrozumieć sens tego, co nas otacza, nie pamiętając o Nim, nie biorąc pod uwagę Jego życia i Jego ofiary? Widok krzyża w kościele zmusza nas do uznania naszych ograniczeń. A jednocześnie daje ulgę, poczucie, że nie musimy za wszelką cenę poznawać odpowiedzi na wszystkie pytania.

Nie na tym polega dobre życie, a przynajmniej nie tylko na tym.

Jestem z tłumu
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, ambasador RP w Izraelu (25.06.2018 - 07.11.2021), ambasador RP w Stanach Zjednoczonych (od 23.11.2021r.)....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze