Mrok szkicowany światłem
fot. louis hansel shotsoflouis / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Niedawno obejrzałem film Sól ziemi Wima Wendersa i Juliana Salgada. Obraz opowiada o przygodzie Sebastião Salgada z fotografią, która rozpoczęła się, gdy jego żona – studentka architektury – kupiła aparat. Tyle że zdjęcia robiła nie ona, ale jej mąż. Po skończeniu studiów ekonomicznych w São Paulo i obronie doktoratu Salgado często wyjeżdżał służbowo do Afryki. Zabierał ze sobą aparat fotograficzny żony. To wtedy odkrył, że bardziej niż ekonomia pasjonuje go fotografia. Sebastião i Lélia zdecydowali się na ryzykowny krok. Zainwestowali w profesjonalny sprzęt fotograficzny. Salgado zaczął od fotografii sportowej, ślubnej, aktów. Wkrótce zdecydował się na pierwszy samodzielny projekt – przez kilka lat podróżował po Ameryce Łacińskiej, fotografując ludzi w ich zwyczajnym, często trudnym życiu. Potem fotografował robotników, którzy w różnych częściach świata odciskali na ziemi swoje piętno, czynili ją sobie poddaną: ludzi kopiących złoto, łowiących ryby, walczących o chleb powszedni.

Współtwórca Soli ziemi Wim Wenders, przystępując do kręcenia filmu o Salgadzie, wiedział jedno: fotografika naprawdę obchodzą ludzie, którzy są solą ziemi.

Kolejnym projektem Sebastião było fotografowanie migrantów – ludzi szukających lepszego miejsca do życia. Artysta utrwalał na kliszach obrzeża świata. Trafił do Afryki, gdzie wraz z Lekarzami Świata był świadkiem ludzkich tragedii w Erytrei, Etiopii, Mali, Sudanie… Jego zdjęcia ukazują społeczności dziesiątkowane przez suszę i głód, poniewierkę i choroby. Kresem zaangażowanej społecznie działalności „fotografa rynsztoków” było ludobójstwo w Rwandzie. Uwieczniając uchodźców, stał się świadkiem mordowania Tutsich przez Hutu, a potem tułaczki tych ostatnich przez wiele krajów. Widział, jak ponad dwieście tysięcy ludzi schroniło się przed prześladowaniami w dżungli. Nikt z niej nie wyszedł żywy. Zabił ich głód, choroby, zamordowała nienawiść.

Salgado dotknął skondensowanego mroku. Paradoksalnie. „Fotograf to – dosłownie – ktoś, kto rysuje światłem. Pisze, przepisuje świat światłem i cieniem”. Sebastião wrócił z Afryki chory. Przestał robić zdjęcia ludziom. Stwierdził, że ten świat nie może być zbawiony, że ludzie nie zasługują na zbawienie. „Człowiek to dzikie i straszne zwierzę. Nasza historia jest historią wojny, nieskończoną, szaloną”.

W odpowiedzi na to zwrócił swój obiektyw ku pięknu stworzenia. Fotografował dziką, dziewiczą przyrodę – zwierzęta w ich naturalnym środowisku, krajobrazy. Jeśli decydował się na fotografowanie ludzi, to tylko tych żyjących w pierwotnych warunkach, nieskażonych cywilizacją. To pomogło mu odnaleźć harmonię.

Pomyślałem o schodzeniu Sebastião Salgada w mrok, o jego zderzeniu z ciemnością w kontekście adwentu kończącego się Bożym Narodzeniem. Łatwo czytać słowa proroka Izajasza o „narodzie kroczącym w ciemnościach, który ujrzał światłość wielką” w ciepłej atmosferze grudniowych świąt. Łatwo po dwunastu wigilijnych potrawach czytać, że „nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło”. Trudniej te same słowa proroka przeczytać z wiarą, patrząc na zdjęcia Salgada, na jądro ciemności naszkicowane światłem. Na fotografiach uwiecznieni są zabici ludzie, spychani buldożerami do wspólnych grobów; chodzące szkielety ludzkie obmywające swoich zmarłych z głodu krewnych, nim zostaną pochowani; udręczone cierpieniem dzieci. Dostrzegamy pustkę w oczach tych, którzy stracili wszelką nadzieję. Czarno-białe obrazy brazylijskiego fotografa, choć artystycznie dopieszczone, nie oszczędzają widza. Kto raz je zobaczył, na długo zapamięta. A z tą pamięcią myślenie o Bogu, który wchodzi w doświadczenie człowieka, jest trudniejsze. Staje się chropowate. Unieważnia choinki ze światełkami i plastikowy żłóbek. Zmusza do konfrontacji. Poddaje próbie wiarę, że wcielenie Syna Bożego nadaje sens i znaczenie losom pogardzanych i sponiewieranych, głodnych i bezdomnych, umierających i zabijanych. Obrazy nędzarzy i biedaków każą również zapytać o odpowiedzialnych za ich cierpienie i śmierć. Czy człowiek – to „dzikie i straszne zwierzę” – może dostąpić zbawienia? Czy Chrystus naprawdę rodzi się po to, by winowajcom ogłosić odpuszczenie grzechów, wymazanie win? Nadziwić się nie mogę, że odpowiedź na powyższe pytania jest pomimo wszystko twierdząca.

Mrok szkicowany światłem
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, w latach 2014-2022 prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, odznaczony Krzyżem Wo...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze