śląska kopalnia
fot. Luca Maffeis / UNSPLASH

Czytelników, którzy dzięki lekturze moich felietonów podciągają się w śląskiej godce, czeka dziś rozczarowanie. Ani „metan”, ani „Cano” to nie są śląskie słowa. Metan to po prostu gaz, a Cano to Melchior Cano (+1560), jeden z najwybitniejszych teologów swojego czasu.

Kilka tygodni temu przez chwilę w polskich mediach znów głośno było o śląskich kopalniach na skutek dwóch wypadków, w których straciło życie dwudziestu sześciu górników. Przez chwilę, bo jak to zwykle bywa, zainteresowanie medialne szybko się wyczerpuje, a górnictwo to przecież przemysł wypadkowy… Być może temat wróci, gdy pojawią się ustalenia komisji badających przyczyny, gdy komuś zostaną postawione zarzuty itd. Czynni górnicy, z którymi rozmawiałem, kwitują sprawę fatalistycznym „zaś to samo”, wskazując na jedną z powtarzających się niestety już w przeszłości przyczyn wypadków z wybuchami metanu: majstrowanie przy instalacji mierzącej poziom gazu. Mniej obeznanym z kopalnianymi realiami przyda się wyjaśnienie. W niektórych kopalniach istnieje spore niebezpieczeństwo uwalniania się metanu w miejscach, gdzie prowadzone są prace. Przepisy są rygorystyczne – od pewnego stężenia przerywa się robotę i wycofuje ludzi. Czasem niestety ktoś wpada na śmiertelnie groźny pomysł: żeby zmniejszyć ryzyko przerw w pracy – bo przecież przekładają się na wydajność, a zatem i na rentowność – dokonuje manipulacji w systemie pomiarowym. W przypadku czujników metanu jest to nawet n

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2022, nr 06, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść
Dodaj do koszyka