Jaka jest temperatura ognia piekielnego?

Jaka jest temperatura ognia piekielnego?

Jakiś czas temu pewien znany, dziś już nieżyjący, niemiecki egzegeta zapytał mnie z chochlikiem w oczach, czy dogmatycy w końcu ustalili, w jakiej tonacji – dur czy moll – zadmą trąby w dzień Sądu Ostatecznego.

Dzisiejsza krytyczna świadomość zaczęła podawać w wątpliwość tradycyjną naukę o „rzeczach ostatecznych” w formie prezentowanej od czasów średniowiecznej scholastyki jako kompleksowy traktat. Wypowiedzi dotyczące ostatniej przyszłości przedstawiane są w nim jako informacje objawione przez Boga na temat końca indywidualnego życia i powszechnej historii świata, nie tylko poza Kościołem, lecz także w obrębie samej teologii. Egzegeza historycznokrytyczna i pogłębiona refleksja metodologiczna pokazały, że w przeszłości wielokrotnie całkowicie błędnie interpretowano obrazowy język Pisma Świętego i Tradycji Kościoła. Próbowano z szyfrów i symboli, a nawet czasami ze strzępków obrazowych wskazówek wyciągnąć informacje na temat czasów ostatecznych, po czym zestawiano je z innymi strzępkami i w ten sposób powstawało wrażenie, że Pismo i Tradycja zawierają przepowiednię nadchodzącej przyszłości objawioną niczym przez jasnowidza. Jeszcze wcale nie tak dawno w katechizmach, książkach na temat wiary i kompendiach dogmatycznych w rozdziale o „rzeczach ostatecznych” aluzyjne wypowiedzi Pisma zestawiano z sobą niczym puzzle, kreując kompleksową scenerię końca, w efekcie czego powstawał wielki zwarty opis zbliżającego się dramatu czasów ostatecznych i końca świata. Na podstawie obrazów i symboli tworzono w ten sposób urzeczowiony obraz przyszłości, który krytycznego człowieka raczej razi i odrzuca, niż miałby go przekonywać i trafiać mu do serca, jak przecież przystawałoby Radosnej Nowinie.

W dziedzinie eschatologii bardzo teologicznie nagrzeszono i grzeszy się częściowo nadal. Żaden inny temat teologiczny nie wywoła tak szybko efektu komicznego jak referat o treściach i metodach tradycyjnej nauki wiary o „rzeczach ostatecznych”. Jakiś czas temu pewien znany, dziś już nieżyjący, niemiecki egzegeta zapytał mnie z chochlikiem w oczach, czy dogmatycy w końcu ustalili, w jakiej tonacji – dur czy moll – zadmą trąby w dzień Sądu Ostatecznego? Takie pytania stawiano kiedyś całkiem serio! (Odpowiedź znanego dogmatyka niemieckiego, którą mi przesłał listownie, nie była tak poważna. Napisał: „Oczywiście, że w esmoll! Górą Bruckner!”). Kiedy pozwoliłem sobie wtedy na trochę niechętną pod adresem owego kolegi od egzegezy uwagę, że dawno już minął czas takich teologicznych urojeń, przypomniał mi kilka podręczników i książek o wierze, wcale nie tak starych, używanych po części dziś jeszcze, gdzie całkiem serio omawia się wprawdzie nie tę, ale podobne, równie absurdalne kwestie.

Jeszcze jedno, dwa pokolenia wstecz można było znaleźć książki, w których na serio z niezwykłą bystrością i wnikliwością umysłu zastanawiano się nad kolejnością wydarzeń w tak zwany dzień Sądu Ostatecznego. Pytano w nich na przykład, czy najpierw dojdzie do pożogi świata czy do zmartwychwstania umarłych i jak w porządku czasowym i merytorycznym będzie się miało do tego dęcie w trąby i ponowne przyjście Chrystusa na chmurach niebieskich. Takie rozważania pokazują wyraźnie, w jaki sposób błędnie zinterpretowano i uprzedmiotowiono obrazowe wypowiedzi, które przybrały formę quasireportażu z przyszłości na temat dnia Sądu Ostatecznego.

Pod koniec XIX wieku profesor dogmatyki z Münster Josef Bautz obliczył na podstawie aluzji biblijnych temperaturę ognia piekielnego. Mimo że od tego czasu minęło już ponad sto lat, nadal szereg teologów prezentuje tezę, że ogień piekielny nie jest symboliczny, że należy go rozumieć absolutnie realnie, tak samo realnie jak ożywienie ziemskich kości podczas powszechnego zmartwychwstania umarłych, kiedy to oddzielona dusza utworzy sobie z pozostałości ciała ziemskiego nowe ciało, ciało zmartwychwstałe, „nie pomijając »relikwii« starego ciała ziemskiego”.

Zdaniem tychże teologów, ciało zmartwychwstałe to „prawdziwe ciało ludzkie, pozostanie także różnica płci”. Takie i inne rozważania, podejmowane jeszcze nawet w przedostatnim wydaniu szacownego, ukazującego się od 1957 roku leksykonu teologicznego (Lexikon für Theologie und Kirche), i to przez ówczesnego profesora teologii Józefa Ratzingera (który tezy tej nigdy nie odwołał), pokazują wyraźnie, w jak błędnym kierunku poszły wypowiedzi dotyczące „spraw ostatecznych”, na skutek czego francuski teolog Yves Congar nie bez racji nazywał tradycyjną naukę o „rzeczach ostatecznych” „fizyką rzeczy ostatecznych”.

Takie przykłady ilustrują szczególnie wyraźnie nieporozumienia dotyczące tego rozdziału nauki wiary i każą z tym większym naciskiem pytać: Jaki jest faktyczny sens biblijnych i tradycyjnych wypowiedzi na temat „kwestii ostatecznych”?

Nadzieja i obraz

Pierwszą rzeczą, z której teologia nowej daty (z egzegezą na czele) zdała sobie sprawę, była obrazowość wypowiedzi na temat czasów ostatecznych. Pismo Święte to nie jasnowidz, który zna przyszłość, naszą własną albo świata. Dlatego nie przepowiada, co się wydarzy w dzień X, czyli w dzień naszej śmierci, albo w dzień Sądu Ostatecznego.

Z wypowiedziami Pisma na temat „kwestii ostatecznych” rzecz ma się podobnie jak z pierwszymi rozdziałami Pisma Świętego, które traktują o „początku” (tak zwana historia stworzenia świata, opowieść o raju, opowieść o stanie pierwotnym). Dziś wszyscy przyznają zgodnie, że historie te nie stanowią zbioru o charakterze informacyjnoopisowym na temat tego, „jak to wtedy było”. Historie te wyrażają natomiast w sposób obrazowy prawdy dużo bardziej fundamentalne, jak choćby radykalną zależność człowieka od Boga, godność jego wolności, istotę grzechu i jego skutków. W tych „prahistoriach” aktualne historyczne doświadczenia wiary Izraela w relacji z Bogiem rzutowane są na początek wszelkich wydarzeń, aby przedstawić, że doświadczenia te miały i mają zasadnicze znaczenie. Opisany obrazowo w owych prahistoriach „początek” nie oznacza w związku z tym początku czasowego, lecz zawsze obowiązujące uzasadnienie i najgłębsze sedno wszelkiego istnienia i wszystkich wydarzeń. Początek i koniec odnoszą się jednak ściśle do siebie wzajemnie i odpowiadają sobie funkcjonalnie i strukturalnie. Stąd należy oczekiwać, że również wypowiedzi dotyczące końca nie zamierzają po prostu poinformować nas o końcu historii w czasie, lecz że wyrastają z aktualnych doświadczeń wiary, z nadzieją przedłużając je w przyszłość: Bóg, który teraz i w przeszłości ogarnia całe ludzkie życie, który daje rzeczywistości podporę i oparcie, prowadzenie i pomoc, sens i cel, co więcej, Bóg, który wybiera człowieka na partnera przymierza, aby osobiście mu się powierzyć, zakomunikować – ten Bóg jest też przyszłością swego stworzenia, jego ostatecznym sensem i ostatecznym celem; nic nie będzie mogło stanąć na przeszkodzie Bożej woli, by powierzyć się człowiekowi, ani śmierć, ani koniec i zagłada. Kogo Bóg wybrał do wspólnoty ze sobą, ten w sposób nieunikniony stoi przed Nim, teraz i w przyszłości, na dobre i złe. Tym samym wypowiedzi na temat ostatecznej przyszłości, które znajdujemy w Piśmie i tradycji, nie oferują wglądu w przyszłość na zasadzie jasnowidzenia. Wychodzą natomiast od wiary tu i teraz i są jej obrazowymi eksploracjami i prolongaturami? 1 na koniec historii życia i świata. Wyrażają olbrzymi potencjał nadziei, w sposób istotny przynależny do wiary.

Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, wypowiedzi na temat „rzeczy ostatecznych” są obrazami nadziei. Wyrażenie to mówi nam dwie rzeczy:

1. Nie chodzi o wiedzę, o poznanie z góry przyszłości, lecz o nadzieję. Mieć nadzieję to coś innego, niż wiedzieć czy poznawać. Wiedzący wie: jest tak, a nie inaczej; poznający stwierdza, argumentuje, definiuje, dedukuje. Celem poznania są jasne, jednoznaczne, jeśli to możliwe, zamknięte wyniki. Poznanie ma wartość wiążącą. Kto zaś ma nadzieję, zostawia wszystko otwarte. Dla mającego nadzieję nic nie jest nieodwołalnie ostateczne, nic nie jest zamknięte. Dla człowieka nadziei rzeczywistość, jakakolwiek by była, choćby pełna sprzeczności, pęknięć i przepaści, ciemnych stron i niedorzeczności, nie jest ostateczna. Stawia on na to, że wszystko może się jeszcze zmienić na dobre, że sytuacje pozornie bez wyjścia i takie, które ugrzęzły w martwym punkcie, nie oznaczają definitywnego końca, ale że może nastać jeszcze jasna, dobra przyszłość. Ufa on, że ostateczny sens ogarnia wszystko i wszystko znajduje swe zwieńczenie w ostatecznym pojednaniu i uzdrowieniu, choć nie wiadomo, jak. Mieć nadzieję, to często ufać wbrew wiedzy i poznaniu. Mądrość ludowa ukuła przysłowie: „Nadzieja matką głupich”. Przysłowie to wyraża głęboką mądrość, taką mianowicie, że ten, kto ma nadzieję, stoi często po stronie głupich, że trudno go znaleźć pośród tych, którzy posiadają wiedzę i poznają w sposób rozsądny i zdystansowany, znając świat taki, jaki jest. Osoba mająca nadzieję staje często po przeciwnej stronie, kwestionuje wiążące poznanie, nieodzowną wiedzę, traktuje wszystko jako otwarte, ufa w dobry cel, często wbrew jakiejkolwiek nadziei. W tym sensie sformułowania Pisma Świętego dotyczące końca są obrazami nadziei: wyrażają, że osobista historia i historia całego świata zmierza ku dobremu finałowi.

2. Są to obrazy! Obraz w sposób bardzo istotny wiąże się z nadzieją. Do domeny poznania przynależy wzór, definicja, pewnik, teza, dogmat. Domeną nadziei jest natomiast obraz. Jakże inaczej miałaby się wyrazić nadzieja, jeśli nie przez plastyczne wyobrażenia, sny i znaki, symbole i szyfry. Nie pragną one konkurować z poznaniem, lecz chcą wskazać na to, czego z ludzkiego punktu widzenia nie można sobie wyobrazić, pragną, by rzeczywistość była płynna i otwarta na to, co czeka nas poza obszarem jakichkolwiek ludzkich możliwości i oczekiwań. Obraz, wykraczając poza rzeczywistość tu i teraz, jest w stanie dać przebłysk tego, czego człowiek nie jest w stanie definitywnie powiedzieć i zrobić. Obrazy mówią więc o rzeczywistości, która nie należy albo jeszcze nie należy do sfery ludzkiego doświadczenia, ludzkiego poznania i możliwości. Więcej, tej przemożnej przyszłej rzeczywistości nie da się antycypować inaczej jak w obrazach, nie może się ona wykrystalizować i przybliżyć do człowieka inaczej jak w obrazach, dlatego właśnie obrazy budzą nadzieję na ostateczną zbawienną przyszłość i utrzymują ją przy życiu.

Człowiekowi nowożytnego Zachodu obrazy, symbole i znaki sprawiają pewną trudność. Narażony jest on nieustannie na niebezpieczeństwo potraktowania obrazu jedynie jako zbędnej ilustracji, metafory i kodu jakiegoś stanu rzeczy, który można by było ująć bardziej precyzyjnie i adekwatnie za pomocą pojęć, albo takiego potraktowania rzeczywistości, do której dostęp uzyskujemy dzięki obrazom, wyłącznie jako czegoś mglistego, w najwyższej mierze wątpliwego, wręcz „rozrzedzonego”. Jakże często po takich rozważaniach ludzie mówili do mnie: „A zatem to wszystko jest jedynie obrazem?!”.

Owo „jedynie” jest w najwyższej mierze zdradliwe; pokazuje, jak bardzo nasze rozumienie rzeczywistości opanowane jest przez ratio, przez pojęcie, przez abstrakcję. Jeżeli chcemy jednak poprawnie zrozumieć Pismo i pierwotną chrześcijańską tradycję (a tym bardziej jeszcze praktykę sakramentalną Kościoła jako opartą na symbolu i obrazie), trzeba postarać się o adekwatny przystęp do świata obrazów. Obraz przekazuje nam więcej rzeczywistości niż pojęcie. A to dlatego, że rzeczywistość, którą pojęliśmy, czyli ta, do której mamy nieskrępowany dostęp, stanowi tylko część tego, co istnieje w sposób realny. Rzeczy w świecie najcenniejszych: miłości, piękna, szczęścia, fascynacji, doświadczenia spełnienia zmysłowego – wszystkiego tego nie można pojąć ani ująć, choć rzeczy te przytrafiają się nam w życiu niczym niepojęty szczęśliwy przypadek. Dlatego językiem odpowiednim dla miłości, piękna, fascynacji i tym podobnych nie jest pojęcie, lecz obraz. To zatem, że wiara chrześcijańska na pytanie o ostateczną przyszłość odpowiada obrazem, ma swe głębokie uzasadnienie w istocie rzeczy: nadzieja na ostateczną przyszłość, na wszechogarniający sens i dopełnienie oraz obraz przynależą do siebie w najgłębszym sensie.

Odczytywanie obrazów

Oczywiście, nawet jeżeli nie da się zastąpić obrazów pojęciami, otwarte pozostaje pytanie, jak należy te obrazy rozumieć, do czego je odnieść. Obrazy coś znaczą, do czegoś nawiązują, chcą zwrócić na coś naszą uwagę i na coś nas otworzyć. Obrazy można również źle zrozumieć, zwracając uwagę na jakiś wątek poboczny, czy wręcz na jakieś aspekty mylące, nie zauważając właściwej intencji wypowiedzi. Stąd pytanie: W jaki sposób należy odczytywać obrazy nadziei wiary chrześcijańskiej, obwieszczające ostateczną, przynoszącą spełnienie przyszłość?

Nie należy interpretować ich – jak niegdyś w teologii – jako informacji o konkretnych zdarzeniach w przyszłości (zmartwychpowstanie umarłych, zagłada świata, sąd) lub przestrzeniach (niebo, piekło), lecz – z uwagi na to, że ich źródłem jest wiara w osobowego Boga – pojmować je trzeba same ściśle „osobowo”. Oznacza to: Wiara chrześcijańska nie pokłada nadziei w tym czy owym, co ewentualnie nastąpi albo będzie, lecz stawia na ostateczną, osobową wspólnotę z Bogiem i wieloma ludźmi, braćmi i siostrami.

Puentując, można by powiedzieć tak: Człowiek mający nadzieję nie ma nadziei na niebo jako błogosławiony stan raju, lecz pokłada nadzieję w Bogu, który, gdy Go zyskamy i do Niego dotrzemy, będzie niebem, czyli spełnieniem wszystkich tęsknot za wieczną ojczyzną, za domem, za komunikacją, miłością i pokojem. Albo: Człowiek wierzący nie boi się piekła, lecz obawia się, ażeby nie rozminąć się z Bogiem i na wieki wieków nie żyć w wyizolowaniu i samotności; to właśnie jest piekło. Mający nadzieję nie oczekuje też sądu w sensie wielkiego dramatycznego widowiska na końcu świata, lecz wie, że przed Bogiem i ludźmi będzie musiał zdać sprawę z odpowiedzialności za siebie i za swe życie i że odpowiedzialność ta, ponieważ nieustannie okrywał się i okrywa winą, ma w sobie coś przygniatającego i napełnia obawą. W tym sensie człowiek nadziei nie patrzy na sąd i czyściec jak na jakieś wydarzenie na końcu świata albo na miejsce pobytu, ale oczekuje zarówno oczyszczającego spotkania z BogiemSędzią, jak i spotkania z ludźmi, których przebaczenia potrzebuje, i z innymi, którym sam musi przebaczyć. W tym sensie sąd i czyściec to pozbawione udawania osobowe spotkanie z Bogiem i ludźmi, braćmi i siostrami.

Mającemu nadzieję nic nie wiadomo na temat kosmicznego spektaklu w przyszłości na końcu dziejów, nie musi więc wyobrażać sobie, co się wydarzy i w jaki sposób; ufa, że gdy wszystko, co zostało stworzone na świecie, dojdzie do kresu, Bóg podejdzie do niego, a on do Boga; to właśnie wyraża obraz przyjścia Syna Bożego na końcu czasów na ten świat („ponowne przyjście”).

Obrazy nadziei Pisma należy zatem interpretować osobowo. Z tego też względu relacje interpersonalne, panujące między ludźmi tu i teraz, i to, co wydarza się w tych relacjach, są źródłem właściwej analogii i bazą doświadczalną, by wyraźniej zobaczyć to, co ostateczne i definitywne. Niech te pierwsze wskazówki wystarczą tymczasem jako wyjaśnienie, co mam na myśli, mówiąc o osobowej interpretacji obrazowych wypowiedzi na temat ostatecznej przyszłości. Nie chodzi o przepowiadanie przyszłości, a także nie o wiedzę na temat jakichś dramatycznych wydarzeń na końcu czasów, lecz o wyraz ufności, że to Bóg jest nadzieją człowieka i że przyszłość ta jest przyszłością dobrą właśnie dlatego, że jest to przyszłość Boga.

przeł. Joanna Kubaszczyk

Niniejszy tekst jest fragmentem książki Życie silniejsze niż śmierć. O nadziei chrześcijańskiej, która ukaże się nakładem Wydawnictwa W drodze.

Jaka jest temperatura ognia piekielnego?
Gisbert Greshake

urodzony 10 października 1933 r. w Recklinghausen, Niemcy – niemiecki ksiądz, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej i ekumenicznej oraz historii dogmatyki. Studiował filozofię, teologię katolicką i muzykę ko...