Zmarli to moi przyjaciele

Zmarli to moi przyjaciele

Wszystkim się wydaje, że na śmierć przyjdzie czas później. A może to później jest już bardzo blisko? Może to później jest właśnie dziś?

List przyszedł z Ameryki, z Chicago. Na zielonej kopercie wypisany był adres: ul. Samotna 1 (Domek na cmentarzu). O tym miejscu mało kto już pamięta. Niełatwo tu trafić. Nie prowadzi tu żadna ulica ani droga, jedynie wąska ścieżka, którą trudno przejechać samochodem. Czasami w słoneczny dzień spotkać można matkę z wózkiem albo kogoś z psem na spacerze. Ładnie tu wtedy, zwłaszcza jesienią, gdy złotoczerwone liście przykryją alejki. Cicho i spokojnie. Słychać tylko ptaki i trzask łamanych pod butami gałązek.

Spomiędzy wysokiej trawy tu i ówdzie sterczą drewniane i żelazne krzyże. Bez napisu. Kamienne anioły z odłamanymi skrzydłami stoją smutne, resztki medalionów próbują przypomnieć twarze tych, którzy kiedyś cieszyli się życiem.

Pomiędzy drzewami, tuż przy jednej z alejek stoi stary, mocno już zniszczony dom z czerwonej cegły.

* * *

1 listopada z samego rana pani Jadwiga ustawia przed tym domem mały stolik i układa na nim stare, cmentarne księgi. Potem siada na krzesełku i czeka. Nieważne, czy jest ciepło czy zimno, czy pada deszcz czy śnieg. Pani Jadwiga nie zwraca na to uwagi. Niecierpliwie wypatruje pierwszych, którzy przyjdą zapalić świeczkę na grobie swoich bliskich. Niektórzy podejdą, przywitają się. – Co słychać, pani Jadwigo? – zapytają. – Jak tam zdrowie? Zamienią kilka słów, pozdrowią, podziękują, że liście odgarnięte, że jak zawsze wszystko zadbane i dopilnowane. Pani Jadwiga tłumaczyć będzie, że trawa wysoka, nieskoszona, ale już sił coraz mniej i zdrowie już nie to, ale przecież, ile może, tyle jeszcze zadba i zrobi.

– To nic, pani Jadwigo – powiedzą, patrząc na jej spracowane ręce, na palce pokrzywione i spuchnięte od reumatyzmu. Czasem jeszcze ktoś głową pokiwa zdumiony, że pani Jadwiga nie boi się zupełnie sama na tym cmentarzu mieszkać, gdy dookoła żywej duszy nie ma. – A czego ja bym się tu miała bać – powie pani Jadwiga. – Ci zmarli to moi przyjaciele najlepsi, oni mnie tu pilnują. Żywych można się bać, zmarli krzywdy nikomu nie zrobią.

* * *

Zabytkowy cmentarz przy ul. Samotnej na poznańskim Dębcu należał przed wojną do dwóch sąsiadujących ze sobą parafii. W czasie okupacji Niemcy przenieśli tu część grobów z trzech innych likwidowanych nekropolii. Pochowano tu wielu znanych i zasłużonych poznaniaków. Po wojnie cmentarz przejęło państwo, a na bramie pojawiła się informacja, że obiekt jest nieczynny.

Pani Jadwiga zamieszkała tu w latach 50. Nie była zadowolona, gdy mąż powiedział, że wyprowadzą się tak daleko od centrum miasta. To prawda, ciasno im było z trójką dzieci w jednym niewielkim pokoju. Ale mieli dostać większe mieszkanie w tej samej dzielnicy. I pani Jadwiga już się cieszyła, już w myślach te trzy pokoje urządzała zadowolona, że dzieciaki więcej miejsca będą miały. – Na cmentarzu? – dziwiła się, gdy mąż mówił o nowej posadzie zarządcy i służbowym mieszkaniu. Z najstarszym synem sam wszystko wyremontował.

Pani Jadwiga szybko polubiła to miejsce. Miała ogródek koło domu i gospodarstwo – były kury, kaczki, króliki i świnia. Nawet osiołek z nimi mieszkał. Tyle, że jak spojrzała przez okno, to dookoła były same groby.

Pracy im nie brakowało. Grabili liście, sprzątali śmieci, dbali o alejki. Naprawiali połamane ławki i krzyże, potrzaskane nagrobki. Kosili trawę, przycinali krzewy. Pomagali przy ekshumacjach. I tak dzień w dzień.

1 listopada robiło się tłoczno i gwarno. Pani Jadwiga wyciągała cmentarne księgi i siadała z mężem na krzesełku przed domem. Gdy ktoś szukał grobu swych bliskich, sprawdzali w księgach i prowadzili na właściwe miejsce. Tego dnia groby przystrojone kwiatami i zniczami wyglądały wyjątkowo pięknie. Wieczorem, gdy już wszyscy wracali do swoich domów, pani Jadwiga z panem Franciszkiem obchodzili cały cmentarz, zapalali świeczki tam, gdzie nikt ich nie zapalił. Żeby wszyscy zmarli mieli święto.

Z roku na rok odwiedzających było coraz mniej. Opuszczony, stary cmentarz odchodził w niepamięć. Oni gospodarzyli dalej. Znali każdą alejkę, każdą kwaterę, ścieżkę, grób.

Dobrze im się tu żyło. Dzieciaki wyrosły i poszły na swoje. Zostali sami. Byli szczęśliwi. Ten cmentarz traktowali jak coś własnego, jak pamiątkę najcenniejszą, o której nie można zapomnieć. Nie czekali, że ktoś podziękuje, doceni, zrozumie ten wysiłek. I dziwili się, gdy co jakiś czas słyszeli: To chyba niezbyt przyjemnie tak na cmentarzu całe życie mieszkać.

Po śmierci męża pani Jadwiga ani przez chwilę nie pomyślała, że mogłaby się stąd wyprowadzić. Że samej trudno będzie jej zadbać o tak dużą nekropolię. – Gdy ja stąd pójdę, to kto o nich zadba, kto im świeczkę na grobie zapali, kto zagrabi i dopilnuje. żeby porządek był? – tłumaczyła wszystkim. Płakać jej się chciało, gdy rano wychodziła z domu i widziała, że znów wandale potrzaskali nagrobki, powyrywali krzyże. Albo kiedy rzucali jej wieczorem kamieniami w okno i wyzywali od czarownicy. Ile to razy ją okradali. Jak wtedy przed imieninami. Wszystko już miała przygotowane, ciasto upieczone. Cieszyła się, że gości będzie mogła poczęstować. Nie wie, kiedy ktoś wszedł do domu i ciasto zabrał. I ten pierścionek z fioletowym oczkiem, który od męża dostała. Drewno nieraz pokradli, pieniądze. – Nie dam się zastraszyć – mówiła. – Chcą mnie zabić, niech zabijają. Ale ja się stąd nie wyniosę. Dopiero po śmierci.

* * *

Na początku października pani Jadwiga skończyła 94 lata. Chore nogi są już coraz słabsze, reumatyzm daje się we znaki, serce niedomaga. Na stoliku w pokoju leży duży worek z lekarstwami. – Tyle tego, że nawet już nie wiem, która tabletka na co ma mi pomóc – mówi pani Jadwiga. Nie narzeka, nie skarży się nikomu. O wszystko sama zadba. Pomodli się. O śmierci nie boi się rozmawiać i myśleć. – Mogę umrzeć choćby i zaraz. Bo ja na śmierć jestem przygotowana. Ludzie dziś tak pędzą i pędzą, pieniądze zarabiają, czasu na nic nie mają. Tylko wszystkiego więcej chcą mieć i więcej. A czy kto pomyśli, że może właśnie dziś Pan Bóg się o niego upomni? Wszystkim się wydaje, że na śmierć przyjdzie czas później. A może to później jest już bardzo blisko? Może to później jest właśnie dziś? I potem ludzie płaczą, że czasu dla siebie nie mieli, że tylko praca, pieniądze, praca, pieniądze. Nawet na cmentarz ludzie czasu nie mają przyjść, bliskich odwiedzić, kwiat położyć.

Przed Wszystkimi Świętymi pani Jadwiga kupuje dużo zniczy. Dużo więcej niż wszyscy. Wie dobrze, że na wielu grobach nikt już świeczki nie zapali i kwiatów nie położy. Dlatego ona robi to za innych. – Ci zmarli to moi przyjaciele. Tyle lat jesteśmy już razem. Ponad 50. Wszystkich znam. Do każdego grobu mogę zaprowadzić.

Pani Jadwiga lubi ten listopadowy dzień. Od rana czeka na pierwszych gości. Wita się z tymi, którzy przychodzą od lat, uśmiechnie się, zagada – tak zwyczajnie, o pogodzie, o zdrowiu. Potem przejdzie procesja, jak co roku. – Może już niedługo znów będziemy tutaj chować zmarłych, pani Jadwigo? – powie ksiądz. Pani Jadwiga pomyśli przez chwilę, jakby to dobrze było, gdyby księdzu udało się w końcu załatwić wszystkie pozwolenia, żeby na cmentarz wraz z umarłymi życie wróciło. Wieczorem trochę już zmęczona i zmarznięta stolik i krzesło zaniesie do domu. Księgi starannie owinie foliowym workiem i schowa do szafy. Wypije gorącą herbatę. Pogłaszcze kota, nasypie mu smakołyków do miski. Nim zaciągnie zasłony, popatrzy jeszcze chwilę przez okno na swój cmentarz. Tylko tego jednego dnia jest taki piękny, rozświetlony. Jakby pamięć wróciła i życie. Nim zaśnie, pomodli się za tych, o których już nikt nie pamięta i za których nikt już się nie modli.

Rano wstanie o szóstej, jak co dzień. Pokręci się po domu, zagotuje wodę w czajniku, zje śniadanie, posprząta. Podleje kwiaty w doniczce, poprawi zdjęcia na kredensie, nakarmi kota. A potem weźmie grabie i miotłę. Oparta o laskę z trudem zejdzie po kilku kamiennych schodkach. Odgarnie liście przed domem. I pójdzie na cmentarz. Tak jak każdego dnia od 52 lat. Bo jeśli nie ona, to kto o nich zadba…

* * *

22 maja tego roku Jadwiga Sadowska dostała za opiekę nad zabytkowym cmentarzem przy ul. Samotnej w Poznaniu Złoty Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej przyznawany przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Od kilku lat trwają starania, by na zabytkowej nekropolii przywrócić pochówki.

Zmarli to moi przyjaciele
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”.Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...