Przyzwyczaić się nie wolno

Przyzwyczaić się nie wolno

Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Byłem kiedyś na dyskotece. Poznałem dziewczynę. Zapytała, gdzie pracuję. Gdy powiedziałem, że jestem grabarzem, nawet się nie pożegnała. Jakby się mnie brzydziła.

Śmierć jest wpisana w ich zawód. Tak o sobie mówią: lekarz, ksiądz, osoba z hospicjum, policjant jeżdżący do ofiar wypadków drogowych, grabarz.
Przyzwyczaili się do niej? Co robią, żeby po pracy normalnie żyć? Czy umieranie innych czegoś uczy?
Mówią:
– Ze śmiercią można się oswoić. Przyzwyczaić się do niej nie wolno, bo to nieludzkie.
– Wracam do domu i jem obiad, jakby nic się nie stało. Inaczej żyć się nie da.
– Teraz wiem, że warto cieszyć się życiem.

Mariusz, lekarz w Zakładzie Medycyny Sądowej

Nasza praca polega na tym, by pomóc w wyjaśnieniu niedokończonych spraw ludzi, których zwłoki do nas trafiają. Mówi się, że w medycynie sądowej „śmierć się cieszy, pomagając życiu i sprawiedliwości”. I w tym widzę sens tego, co robię. Naszych studentów uczymy: „To nie jest coś, to był ktoś”, przypominając o szacunku dla ludzkiego ciała. To ważne w tej pracy, gdy czasem wykonuje się po kilka sekcji dziennie.

Ludzie pytają mnie często, czy ten zawód można polubić. Odpowiadam, że ta praca mi odpowiada. Jeśli ktoś mówi, że ją lubi, to patrzę na niego podejrzliwie. Rodzi się we mnie wątpliwość, czy jego konstrukcja psychiczna jest na pewno w porządku.

W czasie studiów, jak każdy przyszły lekarz, miałem zajęcia w prosektorium. Ale nie przypuszczałem, że kiedyś sam będę wykonywał sekcje. Trafiłem do tej pracy, bo dostałem taką propozycję. Zadałem sobie wtedy pytanie: Jak zareaguję? Odpowiedzi nie znałem. Tłumaczę sobie, że robię coś, co i tak ktoś musiałby zrobić.

Słyszę czasem, że wykonując taką pracę, trzeba w końcu zobojętnieć na widok ludzkich zwłok. Być może niektórzy obojętnieją. Ja nie zobojętniałem. Byłoby to nieprofesjonalne, a bez profesjonalizmu żadnego zawodu nie da się dobrze wykonywać. Tego też nie.

Gdybym zobojętniał, każde ludzkie ciało, którego sekcję wykonuję, traktowałbym jak kolejny przypadek. A przecież za każdym razem jest to inny człowiek i inna sytuacja, z powodu której znalazł się na stole sekcyjnym. Gdybym zobojętniał na ludzkie zwłoki, to zobojętniałbym też na życie, a w końcu i na samego siebie. Dlatego nie mogę sobie pozwolić na obojętność.

Są sytuacje, w których kiedyś sam bym zemdlał albo spanikował i nie byłbym w stanie dotknąć zwłok. A dziś już nie. Nie wiem, czy można nazwać to rutyną. To raczej zdobywanie doświadczenia zawodowego. A nawet więcej – zdobywanie doświadczenia życia i śmierci. Zacząłem rozumieć, że życie i śmierć się przeplatają.

Mało zdajemy sobie z tego sprawę, bo ze wszystkich sił staramy się usunąć śmierć z naszego życia. A przecież ona dotyczy każdego. Przez stulecia śmierć towarzyszyła człowiekowi – wyobrażenia danse macabre znane w średniowieczu i baroku podkreślały ludzką świadomość śmierci i oswojenie z nią. Rozwój medycyny i nauki paradoksalnie spotęgował strach przed śmiercią. Żyjemy szybko i brakuje nam czasu na załatwienie wszystkich spraw, więc boimy się kresu naszych dni. Boimy się widoku śmierci naszych bliskich.

Jako medyk sądowy mam świadomość własnego progu: „Tej sekcji nie zrobię”. Mogę poprosić wtedy kolegę, żeby mnie zmienił. Do tej pory miałem to szczęście, że nie musiałem robić sekcji nikogo z rodziny ani znajomych. Byłby to dla mnie jeden z takich progów. Czasem się zdarza, że gdy robię sekcję, wydaje mi się, że skądś znam twarz tego człowieka. Najczęściej to złudzenie.

Gdy wracam do domu, witam się z żoną, jemy obiad, wychodzimy do kina. Żyjemy jak inni ludzie. Wiem, że może się to wydawać niepojęte, a nawet trochę makabryczne. Facet zajmował się ludzkimi zwłokami, a po godzinie zachwyca się jedzeniem. Ale inaczej się nie da, jeśli mamy być ludźmi. Trzeba robić wszystko, żeby żyć normalnie, chociaż to jest najtrudniejsza droga. Gdybym jednak nie żył normalnie, stałbym się automatem.

Ale to nie jest tak, że o wszystkim da się zapomnieć, wychodząc z pracy. Często mijam dwa przydrożne krzyże. Stoją w miejscu, gdzie zginęło dwoje dzieci, których sekcję wykonywałem. Te krzyże przypominają mi o tamtej tragedii.

Czy oswoiłem się ze śmiercią? Boję się jej jak każdy. Ale może dzięki temu, że mam z nią do czynienia na co dzień, staram się żyć tak, żeby mieć jak najmniej nierozwiązanych spraw. Jest w tym sens, żeby człowiek, odchodząc, miał poczucie spełnienia.

Ksiądz Roman, kapelan dużego szpitala

Bałem się tej posługi. Nie miałem jednak wyboru. Biskup nie pytał mnie, czy się zgadzam, czy nie, a jako ksiądz zobowiązałem się przecież do posłuszeństwa. Dlatego gdy dostałem dekret mianujący mnie kapelanem w szpitalu, ugięły się pode mną nogi i poczułem się, jakby mnie kto bejsbolem w głowę zdzielił. Całe popołudnie miałem z głowy.

W parafii jest tak, że to ludzie przychodzą do księdza. W szpitalu to ksiądz idzie do ludzi i wkracza w ich intymne życie. I to w granicznych momentach – gdy jest ciężka choroba albo zbliża się śmierć. Trzeba mieć też silną psychikę, żeby radzić sobie w różnych dramatycznych sytuacjach. Nie każdy potrafi znieść widok krwi czy rannego człowieka, który uległ ciężkiemu wypadkowi. A dla kapelana to częsty widok.

Jako kapłan jestem niejednokrotnie zwiastunem śmierci. Bywa, że w nocy wzywają mnie kilka razy do umierających. Niby w zawód księdza wpisane jest obcowanie ze śmiercią. Chodzimy przecież do osób konających, prowadzimy pogrzeby. Tylko że w seminarium nikt nas nie uczy oswajania się ze śmiercią. Zresztą, jak tego nauczyć? Trzeba to samemu przeżyć.

Pamiętam pierwszy pogrzeb, który prowadziłem. Byłem wtedy diakonem i zastępowałem jednego z księży na dużym cmentarzu komunalnym. To nie był jeden pogrzeb. Było ich siedem, jeden po drugim. Pomogło mi to, że skupiłem się na obrzędach, a nie na przeżyciach. I odtąd na pogrzebach zawsze radzę sobie w podobny sposób. Nie mam zresztą innego wyjścia. Jestem dość wrażliwy i gdybym się rozkleił, płakałabym jak bóbr.

Mogę powiedzieć, że przyzwyczaiłem się do śmierci jako do pewnej naturalnej konsekwencji życia. Ale na pewno na nią nie zobojętniałem. Dla mnie jako kapłana śmierć nie jest kresem, ale nadzieją na życie wieczne. Na swoją posługę w szpitalu, gdzie towarzyszę często umierającym, patrzę w ten sposób, że pomagam tym ludziom w drodze na tamten świat. Ufam, że lepszy. I może dlatego śmierć mnie tak nie przeraża.

Jednak niektóre odejścia mocno przeżywam. Zwłaszcza, gdy umierają dzieci. Muszę się mocno trzymać, żeby się nie rozpłakać. Mało wtedy mówię. Bo co można w takiej chwili powiedzieć ludziom dotkniętym tak niewyobrażalną tragedią? Czasem ich ból i rozpacz są tak wielkie, że rozmawiać się nie da. Zostaje tylko milczenie i modlitwa. Bo po ludzku czasem trudno kogoś pocieszyć. Pamiętam, że kiedyś rozpłakałem się podczas chrztu dziecka, które miało umrzeć.

To umieranie innych gdzieś w człowieku siedzi. To nie jest tak, że przeżywam czyjąś konkretną śmierć. Ale one wszystkie się we mnie kumulują. Gdy po ciężkim dniu wracam do domu, włączam w samochodzie techno, żeby odreagować stres. Chociaż na co dzień techno nie słucham, lubię klasykę. Dużo śpię, czasem wsiadam na rower. I chętnie garnę się do zajęć w duszpasterstwie studentów. Tam jest tyle młodości, energii, pomysłów. To wszystko pomaga mi oderwać się od posługi w szpitalu.

Może tym najtrudniejszym momentem będzie dla mnie śmierć najbliższych. W mojej rodzinie nikt bliski jeszcze nie umarł. Nie doświadczyłem więc osobiście odejścia kogoś drogiego. Na pewno nie byłbym w stanie emocjonalnie poprowadzić pogrzebu moich rodziców.

Małgorzata, pracuje w hospicjum

Zaczęło się bardzo zwyczajnie. Mój sąsiad umierał na raka. Wiedział, że jestem psychologiem, i poprosił, żebym towarzyszyła mu w chorobie i szukaniu sposobów powrotu do zdrowia. Dzielnie zmagał się z chorobą. Dużo rozmawialiśmy, ale nigdy o jego śmierci. Wydawało mu się, że jeśli nie będzie mówił o śmierci, to jakoś ją ominie. To częste „magiczne” myślenie chorujących i zdrowych.

Później zaangażowałam się w hospicjum. Często współtowarzyszę umierającemu i jego bliskim, razem z nimi współprzeżywam każde odejście. Te śmierci nie są dla mnie obojętne. Ale nie do tego stopnia, żebym nie potrafiła zapanować nad swoimi emocjami. Nie mogę pogrążyć się do końca w smutku, bo nie dałabym rady być w hospicjum. Czasem nawet się dziwię, że jako osoba dość wrażliwa mogę uczestniczyć w tym największym dramacie, jakim jest śmierć. Myślę, że po prostu do tego dojrzałam.

Najtrudniej powstrzymać łzy, gdy umiera dziecko. Przecież to jest takie niesprawiedliwe. Nie wiem, jak bym zareagowała, bo przy śmierci dziecka jeszcze nie byłam. Kiedyś na moich oczach odchodziła matka sześciorga dzieci, w tym czwórki małych. Było to podwójnie trudne, bo do końca nie było wiadomo, kto się nimi zajmie. Na szczęście znalazły nową rodzinę i nie musiały być rozdzielone. Bardzo przeżywam, gdy ludzie odchodzą samotni. Gdy nie ma przy nich kogoś z rodziny, kto potrzymałby ich za rękę, pomodlił się. Odczuwam ich smutek i ból samotności.

To chory ustala zasady rozmowy. Rzadko się zdarza, że rozmawiamy wprost o śmierci. Gdy tak jest – wtedy mówię, że niepokój jest zrozumiały, że zawsze lękamy się nowych sytuacji. Często rozmawia się o życiu. Można zrobić bilans: co było dobre, co cieszyło. To pozwala na chwilę zapomnieć o chorobie. Czasem chory zamyka się w sobie i trudno do niego dotrzeć. Należy to uszanować.

Na pewno dużą podporą jest dla mnie wiara, bo wobec ludzkiego cierpienia i bezradności w nieuleczalnej chorobie tylko Bogu mogę powierzyć chorego. Wierzę wtedy, że śmierć jest wybawieniem od cierpienia. I przejściem tam, gdzie nie ma już bólu, krzywdy i łez. Może to dziwnie zabrzmi, ale uważam, że są sytuacje, gdy śmierć jest dobrym, bo jedynym rozwiązaniem – gdy nie ma już nadziei na zmniejszenie bólu i trwa on bardzo długo.

Kiedy jestem przy czyjejś śmierci, modlę się za tę osobę. Najczęściej wracam pieszo do domu. Po drodze zachodzę często do kościoła i tam staram się to wszystko zostawić. W domu zajmuję się zwykłymi sprawami: rozmawiam z dziećmi, mężem, słucham muzyki, gotuję, sprzątam. To pomaga mi odwrócić uwagę od tego, co się wydarzyło. Życie toczy się przecież swoim torem.

Pewnie dzięki pracy w hospicjum nabrałam poczucia, że życie jest bardzo kruche i w każdej chwili można je stracić. Jednak nie mam lęku przed własną śmiercią – to trochę jak podróż w nieznane. To nieznane niepokoi, ale nie musi być złe. Jest tak, że bardziej boimy się śmierci bliskich. O tym staram się jednak nie myśleć.

Kocham życie, staram się w nim rozsmakowywać, nie odkładać na później spotkań, rozmów, mniejszych i większych przyjemności. Zaczęłam bardziej cieszyć się każdą chwilą. Kiedyś do wielu zwykłych, drobnych rzeczy nie przywiązywałam większej wagi. A dziś to, że mam kolejny dzień, że mogę wypić kawę, zająć się codziennymi sprawami traktuję jako wielki dar.

Warto cieszyć się życiem.

Józef, policjant na stanowisku

Jeżdżę do każdego śmiertelnego wypadku na drodze. I zawsze podchodzę do tego z ogromną odpowiedzialnością. Za każdą taką śmiercią kryje się przecież dramat najbliższych osoby, która zginęła. Jako policjant wykonuję swoje czynności, ale myślę zaraz, że gdzieś jakichś nieznanych mi ludzi czeka wielka rozpacz. I że oni jeszcze o tym nie wiedzą. A ja już wiem. Ta wiedza zobowiązuje mnie do zachowania spokoju i powagi.

Dlatego jeszcze trudniejsze od wyjazdu do śmiertelnego wypadku jest powiadomienie rodziny ofiary o tym, co się stało. Trzeba to zrobić rzeczowo, to znaczy powiedzieć wprost, że ich bliski, a czasem bliscy, zginęli. A jednocześnie trzeba to zrobić delikatnie i z taktem. Najtrudniej jest wtedy, kiedy są dzieci, gdy jest płacz.

Widziałem dużo wypadków. Zawsze wtedy ubolewam, że można ich było uniknąć, bo za każdym wypadkiem kryje się czyjaś wina: a to prędkość, a to alkohol.

Ale nie przyzwyczaiłem się przez to do śmierci. Nie zobojętniała mi ona. I uważam, że nie powinienem się przyzwyczaić. To byłoby nieludzkie. Źle by było, gdyby kontakt z czyjąś tragedią stępiał naszą wrażliwość. Tu nie może być rutyny.

Nie mam jakichś specjalnych sposobów na odreagowanie takich sytuacji. Wracam po służbie do domu i staram się z tym żyć. Nie jest to łatwe. Najbardziej pomaga mi nadzieja, że może ktoś przejmuje się naszymi ostrzeżeniami, że może komuś ratuje to życie.

Piotr, pracownik cmentarza

Przez pierwsze dwa tygodnie śniły mi się krzyże. Duże pole i krzyże. Stały tam same, bez nagrobków. Początki nie były łatwe. Może dlatego, że gdy zaczynałem tę pracę, miałem osiemnaście lat. Trudno spotkać grabarza w tak młodym wieku. Nawet dziś, po dziesięciu latach pracy, jestem tam najmłodszy.

Pamiętam pierwszy dołek. Tak w naszym żargonie nazywa się wykopanie grobu. Kopałem z kolegą. W pewnym momencie na coś natrafiliśmy. Pytam się, co to jest? A on, że ludzka czaszka. Wyskoczyłem z dołu jak oparzony. Dzisiaj ludzkie kości nie robią na mnie specjalnego wrażenia.

Po kilku tygodniach brałem już udział w pierwszym pogrzebie. Dostałem czarne spodnie, czarną marynarkę, buty, krawat i czapkę z daszkiem. Tylko koszula była biała. Trochę dziwnie się w tym czułem, ale szybko się przyzwyczaiłem. Może dlatego, że od dziecka ubierałem się na czarno. Zostało mi to po harcerstwie – nosiliśmy czarne moro. Poza tym czarny kolor wyszczupla.

Szybko zacząłem traktować moją pracę jak każde inne zajęcie. W końcu ktoś musi to robić. Gdy jest pogrzeb, skupiam się na tym, co do mnie należy. Nie zwracam specjalnie uwagi na emocje ludzi, którzy żegnają zmarłego. Przecież nie mogę z nimi płakać. Zresztą nikt tego od nas nie oczekuje i byłoby to dziwne. Nawet na pogrzebie własnego ojca i dziadka byłem bardzo opanowany.

Nie lubię tylko pogrzebów dzieci. Pamiętam, że parę razy uroniłem łzę. Kiedyś pewni rodzice poprosili, żeby w kaplicy otworzyć trumnę. Chcieli ostatni raz popatrzeć na swoje dziecko. Zobaczyłem małego chłopczyka. Leżał przytulony do białego pluszowego misia. Miał taką słodką buzię i wyglądał, jakby spał. Ale on nie żył. Tamten obraz często do mnie powraca.

Generalnie jednak uodporniłem się na różne widoki. Widok ludzkich zwłok, a czasem nawet niemiły zapach, nie robią już na mnie jakiegoś przykrego wrażenia. Mam z tym kontakt, bo czasem bywa, że rodzina chce pożegnać zmarłego i wtedy otwieram trumnę. Przyzwyczaiłem się.

Myślę, że mam silną psychikę. Gdybym jej nie miał, pewnie bym tam nie pracował. Kiedyś się mówiło, że grabarz dużo pije, żeby odreagować. U mnie w pracy nikt nie pije. Sam nie muszę się specjalnie odstresowywać. Po skończonej dniówce wsiadam w samochód, jem w domu obiad, robię zakupy, klikam w komputerze, a potem jadę do dziewczyny i spędzamy razem miły wieczór. O pracy nie myślę aż do następnego ranka.

Gorzej jest z otoczeniem. Czasem, gdy w nowym towarzystwie mówię, że jestem grabarzem, ludzie są zszokowani. A niektórzy lekko przerażeni. Pytają, co robię? Czy dotykam zwłok? Jak szybko rozkłada się ludzkie ciało? Czy się nie boję?

Byłem kiedyś na dyskotece. Poznałem dziewczynę. Zapytała, gdzie pracuję. Gdy powiedziałem, że jestem grabarzem, nawet się nie pożegnała. Jakby się mnie brzydziła.

Oswoiłem się ze śmiercią. Nawet własna śmierć mnie nie przeraża. Dotyka przecież nas wszystkich. Takie mam do niej podejście. Życie jest oczywiście miłe i fajne, ale czy umrę teraz, czy później. Jaka to różnica?

Jeśli dostanę lepszą propozycję, zmienię pracę. Nie chcę do końca życia pracować na cmentarzu. Kiedyś przecież i tak tam trafię.

* * *

Tomasz z Kempis, O naśladowaniu Chrystusa, z rozdziału O rozpamiętywaniu śmierci: „Jeśli dziś nie jesteś gotów, czy będziesz gotowy jutro? Jutro jest niepewne i skąd wiesz, że jutra dożyjesz?”.

Przyzwyczaić się nie wolno
Stanisław Zasada

urodzony w 1961 r. – dziennikarz, reporter, absolwent polonistyki na UMK w Toruniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Gazetą Wyborczą”. ...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze