Ostatnie słowo Posłańca

Ostatnie słowo Posłańca

Zbigniew Zapasiewicz 1934–2009

Żegnam dzisiaj człowieka, który w szczególny sposób towarzyszył mi przez całe życie. Znałem go od wczesnego dzieciństwa. Był umiłowanym uczniem moich rodziców w słynnej w latach 50. XX wieku „jedynce” na Żoliborzu, do której uczęszczało wielu wybitnie uzdolnionych młodych ludzi, którzy z czasem stali się znanymi osobistościami w świecie kultury i nauki. Po maturze zachował z moimi rodzicami kontakt i bywał u nas w domu. W latach 60. z kolei jego matka uczyła mnie matematyki. Wszystko to odbywało się po sąsiedzku. Ja mieszkałem na V kolonii WSM przy ulicy Słowackiego, a on – i spora część „klanu” Kreczmarów (czyli jego rodziny) – na kolonii III przy ulicy Krasińskiego, opisanej z czasem przez Jarosława AbramowaNewerly’ego w Lwach mojego podwórka.

W tamtym czasie Zbigniew Zapasiewicz był dla mnie niebotycznym herosem. Na jego podobieństwo wyobrażałem sobie postać artysty. Imponował inteligencją, pamięcią i głosem, onieśmielał pewnego rodzaju rezerwą, urzekał subtelnym i zaskakującym zarazem humorem. Pamiętam, jak w drugiej połowie lat 50., już jako absolwent szkoły teatralnej, reżyserował ZemstęŚluby panieńskie na deskach szkolnego teatru w swoim dawnym liceum. Była to próba generalna. Na widowni siedziało tylko kilku nauczycieli, a on śledził akcję z ostatniego rzędu. Zauważyłem, że przez cały czas, równocześnie z aktorami, powtarza niemo tekst, a gdy się kto potknął lub zapomniał słowa, natychmiast mu je podpowiadał. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że można znać całą sztukę, słowo w słowo, na pamięć i że w ten sposób zna ją kierujący zespołem reżyser. Zapytałem o to matkę. „On wszystko zna na pamięć”, odpowiedziała z naciskiem i dodała z podziwem: „To jest niespotykany talent”.

W jakiś czas potem przyszedł do mojej szkoły i przez godzinę mówił „Bitwę” z Pana Tadeusza. Kilka słuchających go klas zaniemówiło z wrażenia. Gdy skończył, wychowawczyni zwróciła się do nas, że może ktoś chce zadać jakieś pytanie albo coś powiedzieć. Chcąc popisać się przed kolegami znajomością z Aktorem, odezwałem się familiarnym tonem, że nie ma o co pytać, natomiast bardzo chętnie usłyszelibyśmy coś na bis. „A wytrzymacie?”, zapytał z uśmiechem, a kiedy rozległo się charakterystyczne chóralne „tak”, zaczął mówić następną księgę Pana Tadeusza. Nie zważając na dzwonki, dojechał do końca.

Coś podobnego zdarzyło się w naszej szkole muzycznej tylko raz, kiedy przyszedł do niej z kurtuazyjną wizytą Maurizio Pollini, świeżo upieczony laureat Konkursu Chopinowskiego. Dał krótki recital, po czym mogliśmy prosić go o bisy – bez ograniczeń. Pollini siedział przy fortepianie ze smutną, znużoną twarzą i zwracał się do nas po włosku: „Mówcie: co byście chcieli”. Trwało to ponad godzinę. Aż wreszcie uczniom zabrakło „zamówień”. „Już?”, zdziwił się, gdy zapadła w końcu cisza. „To dziękuję”, i poszedł.

Podobny był właśnie Zapasiewicz. Niewyczerpany. O niezmożonej energii i inwencji.

Potem przez lata obserwowałem jego błyskotliwą karierę. Fascynujące role teatralne, filmowe, telewizyjne. Jego urzekający, natychmiast rozpoznawalny głos wciąż dochodzący z głośników Polskiego Radia. Aż wreszcie usłyszałem go i zobaczyłem, jak mówi Pana Cogito Zbigniewa Herberta. Pomyślałem wtedy, że jest to jakiś jego punkt docelowy. Bo to nie było tak, że oto wybitny aktor udziela swojego głosu postaci stworzonej przez poetę. To było tak, że Zapasiewicz po prostu był – sam z siebie, można powiedzieć: własnym sumptem – kimś takim, kogo Herbert nazwał Panem Cogito. Spotkanie Zapasiewicza z Herbertem było – i pozostanie w historii kultury polskiej – wydarzeniem zupełnie wyjątkowym. Oto spotkało się ze sobą dwóch artystów, którzy wzajemnie się dopełnili. Herbert, jak kompozytor, stworzył partyturę: zapisał pewien głos, który od lat chodził mu po głowie. Zapasiewicz natychmiast rozpoznał w nim swój własny. Bo on ten głos też od lat słyszał i również swoiście go zapisywał, tyle że nie na papierze, ale w materii własnego życia. Dlatego jego wykonanie poezji Herberta stało się czymś więcej niż tylko wykonaniem. Wzbogaciło ją, uskrzydliło, tak jak starożytni tragicy uskrzydlali własne teksty, wygłaszając je na scenie jako przewodnicy chóru. Gdyby Zapasiewicz nie był, kim był, czyli gdyby nie był kimś znacznie więcej niż aktorem dramatycznym, nie doszłoby do tej niezwykłej syntezy. Przekonanie to potwierdza w pewien sposób legendarna już dziś anegdota, że Herbert nieraz powtarzał, iż gdy słyszy Zapasiewicza mówiącego jego wiersze, czuje dreszcz niepokoju, ponieważ ten mówi je jak własne.

Tak było. Nigdy nie zapomnę, jak na jakiejś uroczystości w Teatrze Wielkim w Warszawie, już po odzyskaniu niepodległości, Zbigniew, bodaj jako ostatni, wysuwa się wolnym krokiem z szeregu znamienitych aktorów i tak jakby mówił coś od siebie, jakby na koniec „części artystycznej” zabierał głos w jakieś sprawie formalnej, zaczyna mówić Przesłanie Pana Cogito. Robiło to, doprawdy, piorunujące wrażenie.

Podobnie było z kilkoma rolami w sztukach Mrożka (głównie w Ambasadorze) i w filmach Krzysztofa Zanussiego (głównie w Barwach ochronnych i w Persona non grata).

W latach 90. zaproponowałem mu współpracę w realizacjach sztuk Becketta. Zrobiliśmy kilka jednoaktówek w telewizji. Ponieważ wszystkie stawiane zadania Zbigniew wykonywał z nadzwyczajną maestrią, z czasem, gdy Teatr Powszechny planował jego jubileusz z okazji 70–lecia i 50–lecia pracy artystycznej, zaproponowałem, aby ponownie zmierzył się z tym autorem, tym razem w dwóch mało znanych jednoaktówkach scenicznych oraz w szlagierze małej formy, jaką jest Ostatnia taśma. Ten tryptyk miał być wypowiedzią teatralną o dwojakim przekazie: czysto aktorskim i intelektualnym. Pod względem aktorskim miał to być pokaz stopniowania kunsztu: od czystego gestu, przez słowo, po pełne spektrum warsztatowe. Pod względem intelektualnym miała to być wypowiedź na trzy nurtujące Zbigniewa problemy: na problem kryzysu kultury, którą zawładnęli uzurpatorzy, na problem kryzysu wiary, który czyni człowieka coraz bardziej samotnym i bezradnym, i na problem degradacji ludzkiej jednostki we współczesnej cywilizacji.

Akcja drugiej ze sztuk polega w zasadniczej mierze na czytaniu. Oto jedna postać: tajemniczy posłaniec czyta drugiemu człowiekowi końcowy fragment jakiejś tajemniczej księgi, która ma go pocieszyć. W sytuacji tej dostrzegłem symboliczną relację, jaka zachodziła między nami przez ponad 50 lat: Zapasiewicz ciągle coś mówił – ze sceny, z ekranu, z radia – ja ciągle go słuchałem i ciągle prosiłem o ów „bis” z dzieciństwa. Niema rola Słuchającego pozwalała wydobyć ten aspekt, bo coraz to, stuknięciem w blat stołu, prosi on o powtórzenie jakiegoś zdania. Nie dlatego, że czegoś nie dosłyszał; dlatego, że chce usłyszeć to jeszcze raz. Z tego właśnie powodu postanowiłem, że będę w tej miniaturze statystował. Ów krótki seans czytania i słuchania stał się z biegiem czasu pewnego rodzaju rytuałem, dwuosobowym misterium. Znałem ten tekst na pamięć, tak jak Zbigniew znał dziesiątki sztuk, a jednak wciąż nie mogłem się nasłuchać. I podczas jednego z tych wielokrotnych czytań pomyślałem, że w sytuacji tej wyraża się nie tylko moja osobista relacja z Zapasiewiczem, lecz być może istota jego artystycznej misji. Tak jak w pewnym sensie był on Panem Cogito, tak w innym, jeszcze szerszym, był tajemniczym posłańcem, posłańcem Słowa, słów Wielkich – Homera, Dantego, Szekspira, Mickiewicza, Tuwima, Herberta – w imieniu których przychodził, aby pocieszyć nas.

A teraz „gdy smutna opowieść opowiedziana została po raz ostatni”, jak mówi pod koniec ten tekst, zostaliśmy z echem tych słów „jak obróceni w kamień”. I „nic już nie zostało do opowiedzenia”.

Tej smutnej opowieści czytanej przez Posłańca będzie nam brakowało.

Wystąpienie podczas uroczystości pogrzebowych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie w dniu 22 lipca 2009.

Ostatnie słowo Posłańca
Antoni Libera

urodzony 19 kwietnia 1949 r. w Warszawie – polski pisarz, tłumacz, reżyser teatralny, krytyk literacki, znawca twórczości Samuela Becketta.Ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, a doktorat obronił w Polskiej Akadem...