Czasem zdarzały się cuda

Czasem zdarzały się cuda

Oferta specjalna -25%

Sankofa. Nie zmarnuj życia

1 opinie
Wyczyść

Zbigniew Religa 1938–2009

Poznaję po oczach. W nich można wiele zobaczyć. Czy człowiek się poddaje, czy walczy o życie. Jeśli widzę pełną determinację, to ci ludzie przeżywają, niezależnie od tego, jak zły jest ich stan. A gdy pacjent jest zrezygnowany, to nawet jeśli operacja idzie gładko, on czasem z niewiadomych przyczyn umiera.

Panie Profesorze – Pan tak chciał żyć. To było widać nie tylko w oczach. Do samego końca błyszczących, pełnych pasji. A więc dlaczego? Na to pytanie pewnie nigdy nie znajdę odpowiedzi.

Rok temu, kiedy było już źle, siadaliśmy w sejmowej restauracji przy kawie, którą podawała nam pani Monika, i rozmawialiśmy. Chciał Pan jeszcze na chwilę wyrwać się z Warszawy, wyskoczyć na ryby. Choćby nad Zalew Zegrzyński, żeby przez chwilę potrzymać wędkę w ręku. Ale kiedy była pogoda, akurat wypadały posiedzenia Sejmu. A Pan, tak staroświecko obowiązkowy, uznał, że skoro wyborcy dali mandat, to trzeba iść na obrady. Żal było patrzeć z galerii prasowej, jak Pan się męczył na sali. A potem, kiedy szedł Pan powoli przez kuluary i hall do wyjścia głównego, widać było, że każdy krok sprawia ból. Po intensywnych dniach obrad przychodził kryzys. Nie miał Pan siły na rozmowę, o rybach nawet nie wspominam. A potem, kiedy robiło się lepiej, mijała pogoda. Znowu siadaliśmy przy kawie. Chwila milczenia. „I co, Panie Profesorze? Udało się pojechać na ryby?” – pytałem. A Pan się uśmiechał, choć chyba za tym ciepłym uśmiechem kryła się odrobina żalu. „Nie udało się, ale może za kilka dni, gdy wyjdzie słońce, jeszcze wyskoczę” – słyszałem nieodmiennie tę samą odpowiedź. I tak minął wrzesień, październik, potem był listopad i operacja ostatniej szansy. Nie pojechał Pan na te ryby. Spławiki pokryły się kurzem na szafie.

Nie mam uczucia zazdrości. Jeśli [moi współpracownicy] odniosą sukces, klaszczę, a jeśli jest to sukces mojego bliskiego współpracownika, to klaszczę jeszcze głośniej i żarliwiej. Andrzej Bochenek i jeszcze kilku kolegów po cichu mówili, że ten brak zazdrości jest zjawiskiem patologicznym [śmieje się].

Powiem szczerze; każdy sukces mojego ucznia, asystenta czy współpracownika sprawiał mi ogromną przyjemność.

Nie zdążyłem Panu tego powiedzieć, Profesorze, i bardzo tego żałuję. Nie znałem bardziej skromnego człowieka. Nawet nie wie Pan, ile wysiłku kosztowało mnie wyciąganie od Pana zwierzeń o przeszłości. Tyle słyszałem o profesorach: Andrzeju Bochenku, Marianie Zembali, Stanisławie Wosiu, szefie fundacji Janie Sanie, o inżynierach Kustoszu i Nawracie, o dziesiątkach wspaniałych lekarzy i pielęgniarek. A Pan chował się w ich cieniu.

Żałuję, że nie opowiedział Pan o tym, jak chcąc ratować człowieka, kiedy nie było dawcy, wymyślił Pan przeszczep serca od goryla. Podobno dzwonił Pan nawet do Gucwińskich z pytaniem, czy w ich zoo we Wrocławiu nie ma małpy, od której można pobrać serce. Tylko Pan mógł wpaść na tak szalony pomysł. Tak samo trzeba było być szalonym, żeby w zgrzebnej rzeczywiści PRLu w latach 80. porywać się na budowę polskiego sztucznego serca czy wysłać wojskowy samolot Układu Warszawskiego do Berlina Zachodniego po sztuczne komory, które były potrzebne dla umierającego pacjenta.

Z przeszczepem od małpy nie wyszło. Nie było dawcy. Ale sztuczne serce jest. I nie tylko ono. Pana marzenie, sztuczne komory, były stosowane w Polsce już ponad 200 razy. A z samolotem? Nie, Pan najlepiej opowie, jak to było:

Do Zabrza trafił nastolatek w stanie wstrząsu kardiogennego. Bez sztucznego serca umarłby w ciągu kilku godzin. Zadzwoniłem do [Berlina, do profesora Rolanda] Hetzera z pytaniem, czy sprzeda mi swoje komory. Zgodził się. Ministerstwo Zdrowia zobowiązało się zapłacić żądaną przez niego cenę. Pozostała tylko kwestia transportu komór.

Należało je przywieźć z Niemiec Zachodnich (RFN). Zatem potrzebny był paszport, wiza i zgoda władz polskich na taki wyjazd.

do tego wszystko musiało być przywiezione natychmiast, bo mieliśmy zaledwie kilka godzin na ich podłączenie. Zadzwoniłem do Niemiec z pytaniem, czy będą w stanie dostarczyć całą aparaturę na lotnisko Berlin Tempelhof.

Słynny port, w którym lądowały samoloty LOTu porywane przez Polaków uciekających na Zachód.

Tak. I wie pan, co zrobiłem?

Właśnie się zastanawiam. W takiej sytuacji w PRLu można było właściwie tylko paść na kolana i modlić się żarliwie o cudowne ocalenie pacjenta.

jednak nie. Zadzwoniłem do dowódcy wojsk lotniczych w Polsce z pytaniem, czy ich samolot może polecieć na Tempelhof i odebrać tam sztuczne komory, bo inaczej mój pacjent umrze.

Zgodził się?

Powiedział, że musi porozumieć się z dowództwem wojsk lotniczych w RFNie i poprosić ich o zgodę na lądowanie samolotu wojsk Układu Warszawskiego na niemieckim cywilnym lotnisku.

Trudno mi uwierzyć, że Niemcy nie mieli nic przeciwko temu.

Dali zgodę i polski wojskowy samolot z moim współpracownikiem Romanem Kustoszem na pokładzie poleciał do Berlina Zachodniego. Na lotnisku odebrali te sztuczne komory. W Zabrzu natychmiast wszczepiliśmy je temu chłopakowi. Po kilku tygodniach znalazł się dawca i dzieciak przeżył.

Przeżyły tysiące ludzi. Standardem w Polsce jest to, że profesor medycyny kształci swojego następcę, czasem może jeszcze jednego ucznia. Pan stworzył własną szkołę kardiochirurgii. Wśród Pana uczniów, poza profesorami: Wosiem, Zembalą i Bochenkiem, są między innymi doktor Tadeusz Gburek – kierownik oddziału kardiochirurgicznego w szpitalu w Zamościu, doktor Jacek Kaperczak – ordynator kardiochirurgii w Wojewódzkim Centrum Medycznym w Opolu, profesor Janusz Skalski – kierownik Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimu, doktor Piotr Żelazny – ordynator oddziału kardiochirurgii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Olsztynie. Pan w nich uwierzył, dał im szansę nauki.

Jak długo pan czekał na swoją pierwszą operację transplantacji serca?

Wówczas w polskiej medycynie obowiązywał tak zwany system niemiecki, to znaczy szef kliniki był niczym bóg, który decydował o wszystkim. Absolutnie nikt nie miał prawa kwestionować jego decyzji. Nie było nawet możliwości dyskusji na temat wydanego polecenia. W Stanach było zupełnie inaczej. A ja przyzwyczaiłem się już do standardów amerykańskich. Nie odpowiadał mi stary styl pracy. W 1980 albo 1981 roku poszedłem do szefa i powiedziałem, że istnieje na świecie nowy lek, który rozwiązuje problemy immunologiczne przy przeszczepach. I że skoro jest taki środek, musimy też zacząć prowadzić przeszczepy. Zapewniłem, że jestem przygotowany do transplantacji i umiem ją przeprowadzić.

A szef co na to?

Usłyszałem: „Zbyszek, oczywiście, będziesz to robił, ale tylko w dwóch przypadkach – kiedy ja przejdę na emeryturę albo umrę”. I w tym momencie zamknęła się możliwość wykonywania takich operacji.

Czemu?

Profesor [Wacław] Sitkowski był przeciwnikiem transplantacji. Uznał, że pobieranie bijącego serca do przeszczepu jest nieetyczne. Ale to nie był jedyny powód mojego odejścia – to pewnie bym jeszcze przeżył. Wtedy byłem już jednak docentem i nie odpowiadał mi ten sposób prowadzenia kliniki, czyli przeniesienie pełnej odpowiedzialności z asystentów na ordynatora. Coraz częściej między mną a moim szefem pojawiały się różnice zdań.

Był sens czekać na jego emeryturę?

A skąd! W najlepszym wypadku musiałbym czekać ponad dekadę. (…)

I wtedy przyszła propozycja ze Śląska?

Stwierdziłem, że nie mogę i nie wypada mi walczyć ze swoim przełożonym. (…) Zdecydowałem się przejść do Zabrza. (…)

Podobno był pan pierwszym szefem, który mył z pielęgniarkami kafelki na sali operacyjnej…

Przestaliśmy liczyć na robotników i innych „fachowców”. Musieliśmy sami wziąć się do roboty. Trzeba było zrobić wszystko: począwszy od wyniesienia gruzu, a skończywszy na sprzątaniu i dezynfekcji pomieszczeń. Te zadania nie należały do obowiązków lekarzy i pielęgniarek, nie mogłem im więc niczego „nakazać”. Żeby ich jakoś zmotywować i zachęcić, zacząłem sam myć sale. To było sprytne zagranie, bo nikt nie miał odwagi stanąć z boku i biernie się przyglądać.

Wszyscy wzięli się do pracy. Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś przyjechałem do kliniki o godzinie dwudziestej albo dwudziestej pierwszej, patrzę, a tam Bogdan Ryfiński na kolanach szoruje salę. Każdy już miał ochotę pracować na swoim. (…)

Jak współpracownicy [w Zabrzu] przyjęli zmianę systemu pracy z niemieckiego na amerykański?

Na początku nie wierzyli chyba w to, co im proponowałem. Powtarzałem, że jeśli jakaś moja decyzja wzbudzi ich zastrzeżenia albo wątpliwości, mają mi to powiedzieć.

I jak szybko się odważyli?

Dla nich największym zaskoczeniem był fakt, że słyszę i akceptuję ich propozycje, pod ich wpływem zmieniam zdanie. To się działo błyskawicznie. Musiałem od tych ludzi strasznie dużo wymagać. Oni siedzieli często dzień i noc w szpitalu. Nie mogłem zaproponować im niebotycznych pensji, próbowałem więc przynajmniej zaspokajać ich ambicje. Bardzo szybko pozwoliłem im samodzielnie operować. To była dla nich największa nagroda. W tym czasie nikt nigdzie w Polsce w wieku dwudziestu paru lat nie miał takiej możliwości. Oni jako jedyni w tamtych czasach mieli ten przywilej i doskonale o tym wiedzieli.

Kiedy miał Pan czas, Profesorze? Na pracę w Zabrzu? Na fundację? I jeszcze spontaniczny pomysł ściągnięcia Placida Dominga w 1992 roku do Polski. Światowy tenor na „dzikim wschodzie Europy”, i to jeszcze w Zabrzu, a nie w Warszawie? Czyste wariactwo, Profesorze.

Chyba nikt tak do końca nie wierzył, że uda się sprowadzić Dominga do Polski. Pamiętam, że na koncert jechało kilku profesorów z Anina i byli przekonani, że impreza się nie odbędzie. Zakładali, że Religa w końcu wyjdzie i powie, że przeprasza bardzo, ale z jakichś powodów impreza zostaje odwołana.

Pan stworzył prężną fundację:

9 grudnia 1991 roku Zgromadzenie Fundatorów zebrało 4400 złotych i włożyło je do kapelusza dyrektor I Oddziału Banku PBK w Zabrzu, pani Ingeborgi Kutschy.

Do kapelusza?

Tak, zebraliśmy między sobą pieniądze do kapelusza. W 1991 roku złotówka miała inną wartość i ta kwota była śmiesznie mała. Ale dzięki temu powstała organizacja o nazwie Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii. Już 1 lutego 1992 roku dostaliśmy na nasze potrzeby jeden pokój w gmachu TEMEDu w Zabrzu.

Początki były skromne.

Plany również. Kiedy zastanawialiśmy się nad koncepcją fundacji, stwierdziliśmy, że w jej ramach powstanie ośrodek badawczorozwojowy z pracowniami biologicznej zastawki serca i sztucznego serca.

A czym jest fundacja dzisiaj?

To jedyny w naszej części Europy tak duży prywatny ośrodek naukowy. Mówię prywatny, bo nie jest on ani państwowy, ani komercyjny. Działają w nim cztery pracownie: biologicznej zastawki serca z bankiem tkanek, pracownia bioinżynierii, sztucznego serca i biocybernetyki. Zakres prac obejmuje bardzo szerokie spektrum: od badań nad stworzeniem oryginalnej zastawki autologicznej – pokrytej komórkami macierzystymi biorcy, co spowoduje, że organizm nie będzie odrzucał nowego narządu, przez rodzinę urządzeń do mechanicznego wspomagania serca, po unikatowy w skali europejskiej projekt robota chirurgicznego Robin Heart.

Pewnie Pan już się znudził tymi wyliczankami, Profesorze. Pana nużyły pytania o sukcesy. Machał Pan rozdrażniony ręką, jakby pytając: „Czy naprawdę muszę o tym mówić?”.

Wie Pan, czemu tak przeciągałem naszą wspólną pracę? Wierzyłem, że to jest ostatnie zadanie, które Pan sobie postawił. Że będzie Pan walczył z chorobą do momentu skończenia pracy. Znajdowałem setki szczegółów, o które chciałem dopytywać. I przyszedł luty. Mieliśmy spotkać się 3 we wtorek. Zadzwoniła Pana Żona, powiedziała, że poczuł się Pan gorzej. Przełożyliśmy spotkanie o dzień, potem o dwa kolejne dni. W końcu zrezygnowałem z pytań o „in vitro” i „testament życia”. Pamiętam podły piątek 6 marca. Pogoda była obrzydliwa, zadzwoniła Kasia z wydawnictwa, że są pierwsze egzemplarze z drukarni. Tak strasznie nie chciało mi się biec z centrum miasta na Garażową do Prószyńskiego. Zaniosę w poniedziałek, myślałem. Kaśka przekonywała. Przyszedłem około 17. Był Pan bardzo słaby. Nie chciałem przeszkadzać. Książki dałem Pani Annie. Mam nadzieję, że zdążył Pan zobaczyć. Cholerne papierosy! Tego Panu Profesorowi nie mogę wybaczyć.

Poznaliśmy się w połowie 2004 roku. Wtedy po raz pierwszy padła propozycja napisania książki. Siedzieliśmy w biurze senatorskim na tyłach Marszałkowskiej. Rozmawialiśmy. Kolejne zdania przerywał syk zapalniczki. Odkładał Pan kubek z kawą i zaciągał się papierosem.

Pamięta pan pierwszego papierosa?

Zaczynałem od giewontów.

Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan, że papierosy są szkodliwe?

To było w Stanach Zjednoczonych. Chyba w 1976 roku. W tym czasie w Polsce lekarze jeszcze palili nie tylko w salach szpitalnych, ale nawet na OIOMie. W Stanach miałem wtedy ekstra mocne i zapaliłem sobie. Pamiętam, że nagle zlecieli się wszyscy lekarze z oddziału i coś krzyczeli, że się pali, bo strasznie śmierdzi dymem. Właśnie w tym czasie zaczęły się pojawiać po raz pierwszy w historii artykuły naukowe, mówiące o tym, że papierosy są szkodliwe. Amerykanie od razu zaczęli walkę z paleniem. Do Europy te informacje dotarły później.

A pan uwierzył w te doniesienia?

Oczywiście, że nie! Dość długo wątpiłem. Chyba po prostu za wszelką cenę nie chciałem uwierzyć.

Ile razy próbował pan rzucić palenie?

Ani razu. Rzuciłem dopiero po rozpoznaniu nowotworu płuca.

Ile papierosów pan palił dziennie?

Panie redaktorze, wydaje mi się, że powinniśmy już skończyć na temat mojego palenia. A to dlatego, że wszelkie dalsze szczegóły z tym związane będą usprawiedliwieniem dla palaczy, a być może zachętą dla zaczynających.

W żadnym wypadku tego nie chcę. Czas na moje oświadczenie: gdybym miał taką wiedzę na temat palenia, jaką mam teraz, prawdopodobnie nigdy nie zacząłbym palić. Zwracam się też z apelem do palaczy: starajcie się rzucić palenie! A tych, którzy dopiero zaczynają sięgać po papierosy, chciałbym ostrzec: moja choroba była najlepszym dowodem na to, że palenie jest rzeczywiście niebezpieczne i może zabić. (…)

Robiłem wszystko, by zachorować na nowotwór, no i udało się [śmieje się]. (…)

Mama miała nowotwór wątroby, w związku z tym rzeczywiście jestem w tej grupie. Ojciec zmarł znacznie później, nagle, na serce. Zaburzenie rytmu. Piękna śmierć, bo chyba w ogóle nie cierpiał. Po prostu nagle stracił przytomność i koniec. Wolałbym mieć taką śmierć, chyba jednak umrę na nowotwór. (…)

Nagła śmierć jest dobra?

Tak, bo bezbolesna. Ból to chyba jedyna rzecz, której się boję.

Naprawdę? Nigdy nie słyszałem słowa skargi na chorobę. Bolało. Nieraz widziałem, jak zaciska Pan usta, przesuwając krzesło. Siedzieliśmy już w domu. Pan na każdą wizytę przygotowany. Nie wiem, ile brał Pan środków przeciwbólowych. Nieważne zresztą. Było za mało, to można było zauważyć. Ale nie było słowa skargi. Nie wiem, czy umiałbym tak.

Nie słyszałem też cienia żalu, że śmierć nadchodzi. Pan to wiedział. Nigdy nie zapomnę słów, które padły na początku stycznia: „Panie redaktorze, musimy się pospieszyć. Moje dni są policzone”. Czułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. A Pan powiedział to tak spokojnie. Bez żalu, złości, strachu. Sucha informacja. Tak jak się komunikuje, że na sali pojawił się nowy pacjent. Zaimponował mi Pan, Profesorze. Dzięki Panu mniej boję się tego, co nas czeka.

Panie profesorze, czym jest dla pana śmierć?

Snem. Tyle że wiecznym.

Kiedy człowiek umiera?

Gdy zanika świadomość, a więc – gdy przestaje funkcjonować mózg.

Boi się pan śmierci?

Nie.

Dlaczego?

Mogę umrzeć w każdej chwili i nie stanowi to dla mnie żadnego problemu. Nie ma mnie w tej chwili na moich ukochanych Wyspach Zielonego Przylądka, bo rozmawiamy tu, w Warszawie. Nie ma mnie też nad Bugiem. I gdybym umarł, po prostu nie byłoby mnie tutaj, w tym miejscu. Poza tym nic nie zmieniłoby się na świecie.

Świat stanie się uboższy o jednego człowieka.

Tyle że w żaden sposób nie zmieni to świata.

Pomylił się Pan. Gdyby świat się nie zmienił, to na Powązkach nie byłoby takich tłumów. Miałem przekonanie, że zawsze panuję nad swoimi emocjami. Pierwszy raz w życiu płakałem na pogrzebie; na Pana pogrzebie.

Muszę Panu powiedzieć, że jestem na Pana zły. Jest tyle rzeczy, o które chciałem Pana zapytać i nie zdążyłem. Staję czasem przy grobie i wymyślam pytania, które Tam zadam. Bo kiedyś przecież skończymy naszą rozmowę. Śmierć, to nie może być tylko sen. I to też zrozumiałem dzięki Panu. Żałuję tylko, że cud się nie zdarzył tym razem.

* * *

Strasznie trudno pisze się o Człowieku, któremu towarzyszyło się w ostatnich dniach życia. O Profesorze wciąż jeszcze myślę w czasie teraźniejszym.

Ale trudno się wspomina także z innego powodu. Co można napisać, mając do dyspozycji 15 tysięcy znaków? Przecież Profesor miał życiorys, którym można było obdarować kilka osób. I tak ciekawe, niestereotypowe podejście do życia. Choć deklarował się jako ateista, zdarzało mu się na sali operacyjnej modlić o życie pacjenta, kiedy było z nim już bardzo źle. Bo, jak sam podkreślał, warto podjąć każdą próbę pomocy umierającemu, jeśli może to spowodować poprawę jego stanu. Profesor nigdy nie opowiedział mi, jak zabrał całą grupę swoich współpracowników ze szpitala do kościoła w Zabrzu, żeby się pomodlić za jedną z pielęgniarek czy lekarek, która umierała. Dowiedziałem się od znajomych.

Choć zdarzały mi się wpadki przy pracy, Profesor nigdy się nie zdenerwował, kiedy widział ewidentne nadinterpretacje jego słów, które powstawały przy przepisywaniu rozmów. Siadał i spokojnie poprawiał. Raz tylko dostałem reprymendę. Notorycznie spóźniałem się na rozmowy; o kwadrans, czasem trochę więcej, dzieląc czas między pracę zawodową i pisanie książki. Powiedział raz i spokojnie: „Panie redaktorze, w życiu cenię punktualność”. Te słowa cały czas mi się przypominają. Punktualności też mnie Pan nauczył… Profesorze, dziękuję za to, i za te wszystkie lekcje o życiu i umieraniu, które dał mi Pan rok temu.

Wypowiedzi Profesora pochodzą z naszych rozmów, z których powstała książka „Zbigniew Religa. Człowiek z sercem w dłoni” wydana nakładem wydawnictwa Prószyński i Ska.

Czasem zdarzały się cuda
Jan Osiecki

urodzony w 1977 r. – z wykształcenia socjolog (absolwent Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW), z zawodu i pasji dziennikarz, sprawozdawca parlamentarny z 12-letnim stażem, związany z „Newsweekiem”, stały współpracownik dwutygodnika „Służba Zdrowia”, redaktor naczelny M...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze