Źle się kojarzy

Źle się kojarzy

Kościół zaledwie toleruje kremacje – mówi ks. Piotr Morciniec, bioetyk. Przez dziewiętnaście i pół wieku kremacja była zdecydowanie odrzucana. Dopiero w 1963 roku ogłoszono dokument dopuszczający jej stosowanie bez popadania w kary kościelne.

Zwłoki ludzkie palą się w temperaturze 1000 stopni przez półtorej godziny. Nieraz krócej, jeśli człowiek był szczupły. Razem z nim pali się trumna, której nie można przedtem nasączać łatwopalnymi lakierami. I dlatego właśnie Maria Zaborowska zastanawia się, co robić. Załamuje ręce, patrzy mi w oczy, jakby u mnie szukała potwierdzenia bądź zaprzeczenia dla pomysłu swoich dzieci. I opowiada. – Poznałam swojego Zbyszka w czasie wojny. On był wywieziony na roboty do Sachsenhausen, ja też. On tęsknił za rodziną, którą zostawił w Polsce – za mamą, braćmi – i ja również nie mogłam się pozbierać. Ale zbliżyło nas do siebie coś zupełnie innego: doskonale grał na okarynie. A ja lubiłam wieczorami słuchać. Pan wie, co to jest okaryna? No, bo dzisiaj mało już kto na niej gra. A Zbyszek grał – cudownie grał. No i zaczęły się wspólne spacery, potem on do mnie pisał wiersze. Tak, sam pisał. Chyba sam – nigdy się nie przyznał, żeby od kogoś odpisywał – śmieje się pani Maria.

Wrócili do Polski po wojnie już jako małżeństwo.

Czasem nie poczuje się nic

Człowiek składa się z wody i gazów. Na poziomie wyższym – ze ścięgien, kości, mięśni, krwi, limfy. Żeby go spalić, potrzeba około 90 minut w ekstremalnie wysokiej temperaturze. – To jest blisko 1000 stopni Celsjusza – informuje Alina Przybył, wiceprezes Spółdzielni Pracy „Universum” z Poznania, najstarszej w Polsce firmy wykonującej usługi kremowania zwłok. – Kremujemy już od szesnastu lat, mamy więc duże doświadczenie – zapewnia.

1000–stopniowa temperatura uzyskiwana jest za pomocą dwóch palników, umieszczonych centralnie wewnątrz pieca krematoryjnego: jeden na górze, drugi na dole.

Bólu oczywiście się nie czuje; niefizyczny ból może czuć rodzina. Jeśli zdąży. Bo – jak powiedział ks. Piotrowi Morciniakowi jeden z kapłanów uczestniczących w obrzędzie kremacji – to „pudełko na buty”, czyli urna na prochy, w które potem się przesypuje spalone zwłoki, strasznie emocjonalnie rozwala. Tak, że może nawet nie poczuje się nic. Bywa.

Przepracować żałobę

Ks. prof. Piotr Morciniec, bioetyk, autor książki Bioetyka personalistyczna wobec zwłok ludzkich, mówi, że jak tak dalej pójdzie, to dojdziemy do poziomu Szwecji. – Tam kremuje się zdecydowanie więcej ludzi niż u nas. No ale powstaje problem, że po 60 procent skremowanych ciał nikt się nie zgłasza. Rodziny nie są zainteresowane urnami z prochami. Więc ktoś wpadł na pomysł, że można by zrobić ciepłownię, wykorzystującą energię z palonych zwłok. Czy pan to sobie wyobraża? Utylizacja i totalne odhumanizowanie. Dlatego właśnie ksiądz Morciniec uważa, że Kościół powinien uczyć ludzi, iż ekonomia to nie wszystko. – Mówi się często, coraz częściej, niestety, że kremacja jest dobra, bo jest szybka, tańsza, a skremowany człowiek zajmuje dużo mniej miejsca. Z takim właśnie podejściem do zwłok Kościół musi się zmierzyć. Tłumaczyć trzeba, że szybko, tanio, oszczędnie – to nie wszystko. Liczy się perspektywa wiary, a także to, jak potem przeżyć żałobę. Doświadczenie pokazuje, że z urną przepracowuje się stratę dużo trudniej, a nieraz pozostaje żałoba patologiczna – uważa ks. Morciniec.

Co właściwie mamy na myśli, mówiąc o „przepracowaniu żałoby”? Otóż chodzi po prostu o porządne, uczciwe przejście wszystkich jej etapów. Może ich być pięć albo siedem – zależnie od koncepcji psychologicznej. Pierwsza zakłada pięcioetapową drogę: poprzez myślenie głównie o osobie, która odeszła (1), złość na nieżyjącego bliskiego oraz innych ludzi (2), pragnienie pomocy ze strony innych (3), rozpacz, apatię, wycofywanie się (4). I wreszcie etap piąty: reorganizacja i skupienie się na nowym obiekcie zainteresowania.

Inni psychologowie wyróżniają siedem etapów żałoby: szok, dezorganizacja, gwałtowne emocje, poczucie winy, samotność i poczucie straty, ulga i powrót do równowagi.

Zresztą nieważne, jak się je liczy. – Ważne, żeby przejść wszystkie etapy żałoby, aż do pełnego „powrotu do życia”. A coraz częściej ludzie zatrzymują się na jakimś etapie żałoby, na trwałe izolują się od środowiska albo – na przykład – przez lata utrzymują pokój zmarłego w takim stanie, w jakim on go zostawił. To jest szkodliwe – przekonuje ks. Piotr Morciniec.

A córek było siedem

Gdy już Maria ze Zbyszkiem wrócili z Niemiec do Polski w czterdziestym siódmym, zaczęło się najnormalniejsze życie. Czyli: trzeba było pójść do pracy. – Tak dokładniej to do pracy musiał pójść mąż, Zbigniew. Bo ja nie miałam żadnych szans na zajęcie poza domem. Poza tym kobiety wtedy rzadko pracowały. Owszem, były takie pomysły, żeby sadzać je za kierownice traktorów, ale ja broniłam się przed tym ze wszystkich sił.

No i przecież z czasem na świecie pojawiły się dzieci – siódemka. Więc Zbigniew musiał zmienić pracę, żeby rodzinę jakoś utrzymać. Już nie był kasjerem w małym, spółdzielczym banku. Poszedł na zaoczne studia, został najpierw zootechnikiem, a z czasem kierownikiem w pegeerze pod Skierniewicami. – Finansowo wytrzymywaliśmy. Zresztą pan się pyta o pieniądze, a na wsi jest tak, że pole żywi, obora żywi, kurnik żywi. Ja zajmowałam się dziećmi, ale także kurami, świniami. Mąż doglądał roboty w pegeerze, a wieczorami pomagał mi „na naszym”. Cięższe roboty brał na siebie: obornik wyrzucił i tak dalej. Zgodnie sobie żyliśmy, nie powiem. Zresztą kiedy się ma siedem dziewuch dorastających w domu i gospodarkę, to nie ma czasu na kłótnie – śmieje się pani Maria.

Zbigniew pracował w gospodarstwie rolnym do emerytury.

Trumna z drewna liściastego

Żeby skremować człowieka w świetle prawa, trzeba mieć jego pisemny akt woli. Alina Przybył: – Czyli odręczny, podpisany dokument, w którym zmarły, oczywiście jeszcze przed śmiercią, deklaruje, że w taki właśnie sposób chciałby zostać pochowany.

Ale jeśli nie ma takiego dokumentu, wystarczy oświadczenie spisane przez rodzinę, z którego jasno ma wynikać, że zmarły przed śmiercią życzył sobie być spalonym.

Gdy już od strony formalnej wszystko jest załatwione, można przystąpić do kremacji.

W oznaczonym dniu i o oznaczonej godzinie w zakładzie krematoryjnym stawia się rodzina zmarłego. Sam nieboszczyk spoczywa w trumnie nielakierowanej, z drewna liściastego. – Bo najlepiej się pali. Najpopularniejsze są olcha i buk – objaśnia Przybył. Lakieru nie można stosować, żeby trumna paliła się równomiernie, bez gwałtownego ognia.

Kiedyś ludzi kremowano w trumnach z tektury, w papierowym ubraniu, w butach z najtańszego tworzywa – byle nie plastik, bo śmierdzi przy spalaniu. Ale teraz tego już się nie robi: klient sobie nie życzy. Ma być wszystko porządnie, jak podczas „normalnego” pogrzebu. No, chyba że kremuje się kogoś znalezionego pod przysłowiowym mostem – wtedy za pieniądze gminy rzeczywiście robi się to po kosztach.

Po ceremonii, w której może uczestniczyć ksiądz (jeśli rodzina ma takie życzenie; pracownicy zakładów kremacyjnych nie mają nic przeciwko temu), trumna wjeżdża do pieca.

– Ksiądz jest nawet mile widziany podczas takich ceremonii, ponieważ Kościół katolicki w pełni aprobuje taką formę pochówku – przekonuje wiceprezes Alina Przybył.

Rodzina może czekać na spalenie zwłok w pomieszczeniu obok. Ale popiołów swojego zmarłego nie mogą zabrać do domu – prawo na to nie zezwala.

Ziarno musi obumrzeć

– Kościół zaledwie toleruje kremacje – prostuje ks. Morciniec. – Proszę to podkreślić: toleruje. Przez dziewiętnaście i pół wieku kremacja była zdecydowanie odrzucana. Dopiero w 1963 roku ogłoszono dokument dopuszczający jej stosowanie bez popadania w kary kościelne. Ale podkreślający jednocześnie, że trzeba usilnie zachęcać bliskich zmarłego do tradycyjnego pochówku.

Od strony formalnej wygląda to tak: 8 maja 1963 roku Kongregacja Świętego Oficjum pozwoliła na chrześcijański pogrzeb tym, którzy wybrali spalenie swoich zwłok. Jednak musi być zupełnie jasne, że nie podjęli tej decyzji z motywów przeciwnych wierze. Obrzędy pogrzebowe odprawia się wówczas według zwyczaju danego kraju. Kongregacja podkreśla jednak, że w Kościele wyżej ceni się grzebanie zwłok, „ponieważ sam Chrystus chciał być pogrzebany”. Liturgia pogrzebowa może się odbyć przed spopieleniem zwłok lub po nim, nawet w budynku krematorium. Należy jednak w takim przypadku unikać niebezpieczeństwa indyferentyzmu, zgorszenia lub zdziwienia ze strony wiernych (Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 1176 § 3).

– Kremacja była odrzucana z kilku względów. Po pierwsze: podnoszono kwestię biblijną – powoływano się na naukę Chrystusa o ziarnie, które „musi wpaść w ziemię i obumrzeć, żeby wydać plon”. Po drugie – w różnych okresach palenie ciał było traktowane jako przejaw walki z Kościołem. Starożytne akta Męczenników z Lyonu przytaczają informację, że ciała męczenników zostały spopielone i rozrzucone nad rzeką, aby uniemożliwić im zmartwychwstanie. Ponadto masoneria wykorzystywała palenie zwłok, aby walczyć z wiarą katolicką i Kościołem.

Dopiero gdy masoneria straciła siłę, a palenie ciał przestało kojarzyć się z walką, można było zaaprobować popielenie ciał. Ale i dzisiaj, jeśli ksiądz podejrzewa, że zmarły chciał poddać się kremacji tylko po to, żeby okazać pogardę dla wiary albo zademonstrować walczący ateizm, odmówi katolickiego pochówku.

Pachnący i opiekuńczy

No więc Maria ze Zbigniewem odchowali te siedem córek. Bo same córki im się rodziły. – Jak już przyszła tak zwana jesień życia, córy poszły w świat, Zbyszko stał się zupełnie nowym człowiekiem. Codziennie kropił się wodą kolońską, chyba żeby zatrzeć to wrażenie po oborniku. Że tak pachniał całymi latami nieprzyjemnie… Strasznie mi się to podobało, powiem panu, że on się taki czuły i opiekuńczy zrobił. Rano szedł po bułeczki, robił mi śniadanie. Potem trochę krzyżówek rozwiązywaliśmy, gotowałam jakiś obiadek, po południu szliśmy na spacerek. W niedzielę wpadała któraś z córek. Jakoś nam spokojnie to życie przeszło, nie ma o czym opowiadać.

We wrześniu tego roku Zbigniew zmarł. I teraz Maria ma problem, bo córki mówią, żeby tatę spalić. – Że tak jest lepiej, taniej i bardziej nowocześnie. No i powiem panu, że nie wiem, co mam zrobić.

Uwolnić duszę z ciała

Dobry piec to podstawa. Musi być markowy, najlepiej amerykański albo szwedzki. W Poznaniu używa się pieców szwedzkich: są pojemniejsze. Są także piece z innych krajów, np. z Czech, ale czołówka krematoryjna, jeśli tak można powiedzieć, to Ameryka i Szwecja.

W Polsce wciąż jeszcze niewiele jest krematoriów. Zresztą: nazwa źle się kojarzy, lepiej mówić o zakładzie spopielania zwłok. W Poznaniu pracują dwa piece, i to pracują na najwyższych obrotach. – Mamy około 200 kremacji miesięcznie – mówi Alicja Przybył. W Warszawie pracują trzy piece. W Gdańsku dwa, w Szczecinie jeden, we Wrocławiu dwa, w Rudzie Śląskiej jeden i w Łodzi cztery. W sumie piętnaście pieców. Jeśli – licząc lekko – każdy ma ok. 200 kremacji w miesiącu, wychodzi jakieś trzy tysiące miesięcznie. To wciąż mało, jak mówią ludzie z branży. Ale i tak lepiej niż na przykład dziesięć lat temu, gdy kremacja kojarzyła się wyłącznie niemal z Oświęcimiem i hitlerowską okupacją. Dlatego też trzeba było zmienić nazwę krematoriów. Po zmianie nazwy poszło już w miarę gładko.

Koszt? W Poznaniu za kremację zapłacić trzeba około 650 złotych. Do tego dochodzi urna – od 150 złotych w górę. No i trumna – około 500 złotych.

Urn nie można trzymać w domach – więc chowa się je w ziemi, w grobie. Albo trzyma w tzw. parku pamięci – specjalnym miejscu składowania urn z prochami spopielonych ludzi. Prawdopodobnie jednak niebawem każdy chętny będzie mógł zabrać urnę z prochami drogiego zmarłego do domu i postawić na komódce. Albo rozsypać na polu. Trwają bowiem prace nad modernizacją ustawy o pochówku. Nowe propozycje zgłosił Główny Inspektorat Sanitarny. Zakładają one tzw. alternatywne formy pochówku: możliwość trzymania prochów zmarłej osoby w domu, pozwolenie na rozsypanie jej prochów poza cmentarzem. Przeciwko takim formom zdecydowanie opowiada się środowisko Radia Maryja. 30 września „Nasz Dziennik” napisał, że w ten sposób „określonym środowiskom” chodzi o zmarginalizowanie faktu nieuchronności śmierci. Ks. Paweł Siedlanowski bije na alarm: „Według założeń religii Wschodu to właśnie spalenie zwłok wyzwala uwięzioną dotąd w ciele duszę, zarazem oczyszcza ją i przygotowuje, zgodnie z zasadami reinkarnacji, do wcielenia się w nową formę organiczną. Już dziś wielu »chrześcijan« nie widzi sprzeczności pomiędzy prawdą o powszechnym zmartwychwstaniu a ideą wędrówki dusz. (…) Już Sobór Nicejski II uznał, iż relikwie świętych, czy w ogóle ciało ludzkie jest nośnikiem Bożej łaski. Proces kremacji może – choć nie musi – zaciemnić tę prawdę”.

Diament w pierścionku

W Japonii spopiela się ponad 90 proc. zmarłych. W Czechach – ponad 70 proc. Ale już w Stanach Zjednoczonych – 50 proc. Polacy nadal nie mogą się przekonać do takiej formy pochówku: dane za 2008 rok mówią o tym, że zaledwie 5 proc. zmarłych poddawanych jest spopieleniu. Dlaczego? Starszym ludziom kremacja kojarzy się z Oświęcimiem: od tego się nie ucieknie. Wielu też nie wie, że Kościół dopuszcza taką formę chowania zwłok. Ludzie sądzą, że po spaleniu nie zmartwychwstaną, szczególnie ludzie starsi, pamiętający czasy przedsoborowe, gdy Święte Oficjum zdecydowanie potępiało takie praktyki (dokument z 1926 roku). Dlatego wolą być pochowani tradycyjnie – w trumnie. Młodym jest to zupełnie obojętne: czy po śmierci ich ciało trafi do urny, czy do trumny. Z czasem więc – można przypuszczać – proporcje będą się zmieniać. Coraz więcej ludzi będzie chciało poddawać swe ciała spopieleniu.

Urzędy miast przychylnym okiem patrzą na kremowanie zwłok. Bo to duża oszczędność miejsca: parki pamięci bądź wręcz rozsypywanie prochów na polach pamięci (jeśli zezwoli na to kształtujące się właśnie prawo) pozwolą zaoszczędzić sporo miejsca. Na taki argument jednak przeciwnicy kremacji odpowiadają zdecydowanie: oszczędności to nie wszystko. Poszukajmy ich gdzie indziej, jeśli trzeba. Ks. Piotr Morciniec: – Jeśli wojsko oddałoby tylko dziesięć procent gruntów, które są w jego posiadaniu, miasta miałyby aż nadto miejsca.

Ks. Morciniec jest pesymistą. Uważa, że wszystko będzie zmierzało ku temu, żeby ludzi palić i umieszczać w rozmaitych miejscach – na przykład jako diament w pierścionku. I że Kościół będzie musiał prędzej czy później się z tym zmierzyć. Owszem, trzeba głośno mówić, że kremacja nie zamyka drogi do zbawienia. Ale Kościół wciąż i nieustannie zachęca do pochówków tradycyjnych.

Nie wszyscy księża są sceptycznie nastawieni do kremacji: – Ta forma pochówku ma wielką przyszłość. Myślę, że dla Pana Boga, z punktu widzenia zbawienia, nie ma znaczenia, czy ludzkie ciało obróci się w proch w ciągu 20 lat, czy w ciągu 20 minut. A miejsc na cmentarzach jest naprawdę coraz mniej – mówi ksiądz kanonik Ryszard Pruczkowski, proboszcz bydgoskiej parafii Bożego Ciała. – Nigdy nie uczestniczyłem w samym obrzędzie kremacji. Ale wielokrotnie przewodniczyłem obrzędom grzebania urny z prochami. Ba, znałem kilku księży, którzy poddali się kremacji, znam takich, którzy chcą być skremowani po śmierci.

Ksiądz Pruczkowski od 12 lat jest wolontariuszem w bydgoskim Hospicjum im. ks. Jerzego Popiełuszki. – Tam obcuję ze śmiercią na co dzień i coraz częściej ludzie pytają mnie: „Proszę księdza, czy to grzech, że chcę być skremowany? Czy ja potem zmartwychwstanę?”. Tłumaczę im z cierpliwością, że naprawdę nie ma nic złego w kremacji. Pan Bóg za nią się nie obraża.

Kościół nie przewiduje innego obrządku przy pogrzebach z urną: stosuje się takie same formuły, jak podczas chowania ciała. – Wygląda to tak, że rodzina przywozi urnę bardzo często w trumnie. Więc niektórzy zebrani na cmentarzu często niczego się nie domyślają. Na początku trochę dziwnie się czułem, wypowiadając nad taką trumną ze spopielonym ciałem słowa „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Ale ostatecznie wytłumaczyłem sobie, że tak czy owak w tej urnie już jest proch, więc proces nastąpił, tylko gwałtowniej – mówi proboszcz z dużej inowrocławskiej parafii.

Alina Przybył jest optymistką: wierzy, że ludzie zrozumieją, że ekonomiczniej i ekologiczniej jest popielić zwłoki i umieszczać – na przykład po kilka, kilkanaście w jednym rodzinnym grobowcu. I że nie da rady: świat się zmienia, zmieniają się i formy chowania zmarłych. Na szczęście.

Maria Zaborowska pod naciskiem córek zdecydowała się na skremowanie zwłok męża. Chociaż gdyby miała sama decydować, to raczej by pochowała go tradycyjnie.

Źle się kojarzy
Jacek Kowalski

urodzony w 1972 r. – absolwent polonistyki na UAM w Poznaniu, dziennikarz „Gazety Wyborczej” w Bydgoszczy.Mieszka w Kruszwicy. Jest żonaty, ma trzech synów....