Czesław
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
||
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Wyłowić go trudno z tłumu szkolników, bo jest jak inni. Ledwie zgodnym chórem odśpiewają na korytarzu „Kiedy ranne wstają zorze” poety Karpińskiego i zasiędą w pociętych kozikami ławach, a już im tęskno na boisko, choć przecież wykładają im tu Arystotelesa lub apologetykę, albo nawet sentencje z Talmudu i Tytusa Liwiusza, i uczą posługiwać się śrubą makrometryczną i śrubą mikrometryczną oraz szkiełkiem przedmiotowym, choć prawdę mówiąc, w tej krainie uprawiającej żyto i len bardziej ceniony był wyścig w workach albo skoki przez ogień na świętego Jana. Albo kariera robiona w armii składającej się z pułku ułanów, z pułku tatarskiej jazdy i pułku dragonów. Wierzono tu powszechnie, że ars longa, vita brevis, a także, że miło jest umierać za ojczyznę. I lud był tu właściwie niedochrzczony, bo jak inaczej wytłumaczyć wszechobecność kwiczących i popierdujących swojsko diabłów takich jak Duliban, Kostruban i Mędrela oraz przebijanie umarlaków osinowym kołkiem, kiedy zaszło podejrzenie, że „chodzą” po śmierci w randze upiorów.

Miłość była ceniona, choć należało dobrze mierzyć, żeby nie za wysoko, bo inaczej do bryczki kładziono arbuza na znak odmowy albo podawano jak w czasach Jacka Soplicy czarną polewkę. Życie było tu niemożliwe, ale było znoszone. Rozglądam się niepewny i wreszcie wyłuskuję go z gromady na krótkiej pauzie. To on – pulpet w pucołowatej zadumie podjadający pod ścianą butersznyt z papierka. To jego początek, bo forma jego trójdzielna: pulpet hodujący z zamiłowaniem w słoju trytony, potem niedźwiadek o miłym głosie, za którym przepadały kobiety, i wreszcie Bubo – Bubo naszej poezji, puchacz z pokory unikający ostrego światła – jak to w Medytacji poświęconej Miłoszowi zauważyła Julia Hartwig: „ostrzegał a nawet wyśmiewał podskakiwanie zbyt wysoko i zaglądanie bóstwu za kołnierz”.

Bubo w niebieskiej marynarce z laseczką, takim pamiętamy go z Krakowa. Przydawanie nadmiernej rangi dzieciństwu jest zapewne domeną psychologów próbujących skwapliwie uniewinnić nasze późniejsze czyny, ale przecież to sam poeta Laureatus nazywa biografię zmyśleniem – biografię, czyli to wszystko, co już poza dzieciństwem, co już zbyt samoświadome i ostrożne, uwikłane w formę, dozowane przemyślnie dla publiki – jednym słowem kreowanie świata i kreowanie siebie, by łatwiej znosić nieprzewidywalne i nie przyznać się do bezradności wobec bezwzględności tzw. świata, przemijania, cierpienia i śmierci. Za to pozorne bezpieczeństwo płaci się jednak nałogiem, czyli ucieczką, w najlepszym wypadku rozdwojeniem – zaskakujące i zróżnicowane życie tu, a my tam – z naszymi żałosnymi wyobrażeniami o życiu przybierającymi formę oklepanego frazesu.

Pucołowaty – a więc jego pierwsza forma – zyskuje u mnie pierwszeństwo przez niezwykłą intensywność przeżywania otaczającego go świata i właśnie przez tę niekłamaną zadumę nad nim. Jego dalsze zapasy z życiem, wybory słuszne i chybione były przecież wariacją na ten sam temat zakorzeniony w olśnieniach i trwogach dzieciństwa. Ale właściwie to nie jego chłonność poddająca się ekstatyczności momentów i nie zachwycenia uczuciowe czy wizjonerskie budzą moją zazdrość i podziw ogromny, ale to, co zrobił z nawiedzającą go trwogą: „Sześcioletni, czułem grozę w kamiennym porządku świata.?/ Na próżno szukałem schronienia??/ w kolorowych atlasach ptaków, pucołowaty kustosz?/ Koła Miłośników Przyrody”.

Namalowane, wyjęte śmierci te barwne okazy flory i fauny stanowiły dla Miłosza rodzaj przeciw-Natury. Odruch chłopięcego serca był więc jak najbardziej słuszny – Pucołowaty odkrył w ten sposób sztukę, czyli budowanie wraz z innymi „naszego domu z dźwięków?/ muzyki, barw na płótnie i rytmów mowy”. Ale i całą jej mizerię, bo dlaczego mówi: „na próżno szukałem”? Rozwinie to w późniejszych latach już jako jeden z elitarnej konfraterni poetów: „Od młodości starałem się uchwycić słowami rzeczywistość, taką o jakiej myślałem, chodząc ulicami miasta, i nigdy to się nie udawało, dlatego każdy mój wiersz uważam za zadatek niespełnionego dzieła.

Wcześnie odkryłem nieprzystawanie języka do tego, czym naprawdę jesteśmy, jakieś wielkie na niby podtrzymywane przez książki i stronice gazetowego druku. I każda moja próba powiedzenia czegoś rzeczywistego kończyła się tak samo, zaganianiem mnie z powrotem w opłotki formy, niby owcy odbijającej się od stada”.

Miał bardzo silne poczucie stosowności i niestosowności, które inaczej możemy nazwać po prostu powściągliwością lub respektem wobec człowieka i jego prawa do dyskrecji – nie cenił w sztuce mowy otwartej: „Istnieją ludzkie doświadczenia, o których nie należy mówić wprost. Choćby erotyzm: nie można wprost opisać, co się dzieje wtedy między mężczyzną a kobietą. Są jednak i inne względy. Dostojewski nie uznawał żadnych powściągów i najbardziej intymne sprawy pakował do swoich powieści. Zwariowana Marmieładowa w Zbrodni i karze jest portretem jego pierwszej żony.

W Idiocie pewien generał opowiada, jak urwało mu nogę podczas wojny napoleońskiej, po czym pochował tę nogę i umieścił napis na grobie. Ale ten napis Dostojewski wziął literalnie z grobu swojej matki. To jest obrzydliwe. Z podobnym obrzydzeniem reaguję na wiele zjawisk w dzisiejszej prozie i filmie”.

Mizeria sztuki tkwi również w jej „zdumiewającej podwójności” – twórczość zakłada bowiem oderwanie się od siebie, ale jest też nasyceniem egoistycznych ambicji. No i „wprowadza pewne komplikacje w życiu rodzinnym”.

Sporządzony przez Miłosza portret poety wiele w tym względzie wyjaśnia: „Poeta: ten kto stale myśli o czym innym.?/ Jego roztargnienie doprowadza bliskich do rozpaczy.?/ Być może nie ma nawet ludzkich uczuć”. I żeby to już wszystko, ale jeszcze zawiść i rywalizacja z podobnymi sobie – jeden drugiego w łyżce wody by utopił.
Sprawiedliwe to czy nie – nie miał wysokiego mniemania o literaturze: nazywał ją „turniejem garbusów”. Jego bezlitosność w tym względzie brała się być może z ludzkiego wstydu, bo tak naprawdę niczego poza uprawianiem poezji nie umiał, on, płochy lutnista. Czuł się inny, oddzielony, wybredny, wygnany. Ale jak może być inaczej, skoro tworzenie dzieł sztuki jest darem – czyli czymś danym za darmo, bez zasługi. I albo się „to” ma, albo się „tego” nie ma. On wierzył, że w sferze przeciw-Natury „niektórzy z nas otrzymują dar, łaskę?/ wbrew sile ciążenia”. Nie wszyscy – niektórzy. I chyba na całe szczęście. To wyjaśnia wiele, ot, na przykład miejsce jego urodzenia. Pocieramy z zakłopotaniem skronie, bo jak w takiej antykwarnii kulturowej mógł urodzić się taki poeta, o tak uniwersalnej wizji, o takiej potędze języka?! I twórczo przetworzy to, co dla innych stanowiło powód do wstydu. Był przecież dziczką, rósł krzywo i często „nie wiedział, co zrobić z rękami”.

Jeśli sztuka jest kanałem, przez który Bóg komunikuje się z ludźmi, by zapewnić ich o dobroci stworzenia, to nie należy pochopnie odrzucać kategorii wybrania zarezerwowanej dla ofiarników i proroków ani też dziwić się „mediumiczności” Miłosza nawiedzanego w najbardziej nieodpowiednich momentach przez rytm, słowo i temat. Być może inaczej mogło spełnić się jego życie, ale on pozostał wiernym sługą polskiego słowa, żeby ocalić przynajmniej niektórych – sam mówił o „gospodarstwie języka polskiego”. A ponieważ dar zakłada współpracę, on ofiarował ze swojej strony nie tylko zatrważającą nas pracowitość i hojność w promowaniu polskich poetów na świecie, ale i rzecz dziś rzadką i nobliwą – oderwanie się autora od siebie, jako że dystans jest warunkiem piękna. To najpiękniejszy dar dla polskiego pisania.

Jeśli nas słyszy, powtórzmy raz jeszcze za Julią Hartwig i niech będzie podniośle: „Zbyt dobrze wiedział?/ że nie wie o najważniejszym/ i wiedzieć nie może?/ Chciał pokazać co rzeczywiste i uczynił to?/ A nad tą rzeczywistością unosiła się zawsze?/ jakaś nieodgadniona przestrzeń?/ jakby budowana nad szeolem kraina szczęśliwości”.

Czesław
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...