Czy sukcesja to sukces?

Czy sukcesja to sukces?

Kościół tylko wtedy może nazywać się apostolskim, gdy jest wierny Ewangelii głoszonej przez Jezusa Chrystusa i przez apostołów.

W każdej społeczności poszczególni jej członkowie spełniają jakieś zadania, mają określone funkcje. Nie inaczej jest w Kościele. Tak więc mamy biskupów, prezbiterów, diakonów – trzy stopnie tzw. „kapłaństwa urzędowego”, lub – co współcześnie brzmi lepiej – „kapłaństwa służebnego”. Ktoś we wspólnocie chrześcijańskiej musi służyć, czyli być szafarzem sakramentów, głosić słowo Boże, czuwać nad wiernością przekazu. Ta oczywistość komplikuje się, gdy nasza refleksja obejmie sposób, w jaki zadania te mają być powierzane i przekazywane. We wspólnotach naturalnych niektóre funkcje i przypisane do nich zawody przechodzą z ojca na syna. Syn kupca jest często kupcem, syn szewca – szewcem, syn polityka – politykiem, syn filozofa – filozofem. Podobnie w wymiarze religii i rytuałów: syn szamana zostaje szamanem. Troska o sprawowanie kultu jest w ten sposób przekazywana z pokolenia na pokolenie. Podobna praktyka jest wciąż obecna także dzisiaj w chrześcijańskich Kościołach Wschodu, gdzie syn księdza zostaje księdzem.

Jednak w Kościele katolickim samo przyznanie władzy sakramentalnej i władzy rządzenia wspólnotą ma jednoznaczne odniesienie do porządku nadprzyrodzonego. Dzieje się to zupełnie niezależnie od naturalnego dziedziczenia i wrodzonych czy nabytych kompetencji kandydata. Po skończeniu odpowiednich studiów i otrzymaniu dyplomów nie zostaje się od razu diakonem, kapłanem czy biskupem. Potrzebne są święcenia. Te natomiast odbywają się przez przekazanie władzy w nieprzerwanym łańcuchu rytualnego, sakramentalnego działania, jakim jest nakładanie rąk. Jest to tak zwana sukcesja apostolska, czyli sposób przekazywania władzy pochodzącej od samego Jezusa Chrystusa.

Na początku

Wbrew pozorom największym chyba problemem jest dla nas próba odtworzenia pierwszego etapu historii sukcesji apostolskiej. Ewangeliści wyraźnie piszą o wyborze dwunastu apostołów (Łk 6,12–16; Mt 10,1–4; Mk 3,13–19). Co jednak z aktem przekazania misji kolejnym pokoleniom? Czy i jak się to odbywało? W Nowym Testamencie nie znajdujemy jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o ryt i sposób przekazywania władzy w Kościele. Mamy natomiast świadectwa dotyczące samych aktów obejmowania urzędów. Dzieje Apostolskie poświadczają na przykład objęcie urzędu przez diakonów (Dz 6). Święty Paweł w liście do swojego bliskiego współpracownika i przełożonego Kościoła w Efezie pisze: „Nie zaniedbuj w sobie charyzmatu, który został ci dany za sprawą proroctwa i przez nałożenie rąk kolegium prezbiterów” (1 Tm 4,14). Apostoł poucza też Tymoteusza i Tytusa odnośnie do warunków, które mają spełniać przeznaczeni do posługi (1 Tm 3,1–13; Tt 1,5–9). Oznacza to, że mieli oni władzę ustanawiania kolejnych wiernych posłanych do głoszenia Ewangelii i zarządzania chrześcijańskimi wspólnotami. Warto przy tym zwrócić uwagę na kolegialny charakter władzy w pierwotnym Kościele. W Liście do Tytusa czytamy, że on sam zarządzał wspólnotami w poszczególnych miastach z pomocą prezbiterów (starszych), których miał ustanowić z polecenia św. Pawła (Tt 1,5).

Mamy zatem pewne świadectwa, ale według biblistów i dogmatyków nie mamy jasnych i niekwestionowanych dowodów na to, że gest nakładania rąk był w każdym przypadku tym, co dzisiaj nazywamy sakramentem święceń kapłańskich. Nie możemy być także pewni tego, że w przypadku święceń biskupich wspomniany gest wiązał się jednoznacznie z przekazywaniem władzy apostolskiej. Wydaje się raczej, że dochodzenie do takiej świadomości w Kościele było rozciągnięte w czasie i podlegało ewolucji.

Drugi wiek był dla Kościoła czasem zmagania się z gnozą. Jednym z podstawowych założeń tego nurtu było przyjmowanie istnienia nieoficjalnej, tajemnej wiedzy, dostępnej jedynie wybranym. Kontrowersje te miały decydujące znaczenie dla wykrystalizowania się myślenia o zasadzie sukcesji apostolskiej jako ważnym elemencie potwierdzającym wiarygodność głoszonego słowa. Sukcesja stała się gwarantem prawowiernej, oficjalnie przekazywanej nauki. Formułując zasadę, jej zwolennicy podkreślali, że idąc wstecz i wskazując na następowanie po sobie kolejnych przełożonych wspólnot, można udowodnić zakorzenienie obecnie głoszonej nauki w doktrynie apostołów. Tak argumentuje Ireneusz z Lyonu (zm. ok. 202 roku), który wskazuje na swojego mistrza Papiasza, który z kolei miał być uczniem samego Jana Apostoła. Ireneusz sporządził także listę biskupów Rzymu, poczynając od św. Piotra, a kończąc na Eleuteriuszu1.

Euzebiusz z Cezarei przekazuje nam wiadomość o Hegezypie, odbywającym podróż po chrześcijańskich gminach w połowie II wieku. W swojej relacji z wyprawy podkreśla on, że wszędzie napotyka na „prawdziwą wiarę” (wyraźnie w opozycji do tendencji gnostyckich), a będąc w Rzymie, mówi także o istnieniu „diadoche” (to grecki odpowiednik łacińskiego słowa „successio”)2. Zasada sukcesji ma więc w Kościele korzenie starożytne, sięgające pierwszych świadectw chrześcijańskiej tradycji.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że tak jak biskupi wskazują na ciąg poprzedników, aby ugruntować swoją pozycję i uprawomocnić nauczanie, podobnie dzieje się wśród starożytnych filozofów. Chętnie wskazują oni na to, kto jest czyim uczniem i gdzie jest źródło głoszonych nauk. Także w tradycji żydowskiej rabin powołuje się na innego rabina, swojego nauczyciela, by tak krok po kroku dotrzeć do najbardziej niekwestionowanego autorytetu. Owe tradycje wpływały na siebie nawzajem i są ogólnym zjawiskiem przy przekazywaniu treści uznawanych za szczególnie ważne. W Kościele od IV i V wieku uważa się w sposób ostateczny, że wszędzie tam, gdzie można wykazać następstwo na urzędzie biskupa, idąc wstecz aż do momentu założenia gminy przez apostołów i ustanowienia przez nich urzędu, tam też istnieje gwarancja apostolskości orędzia3.

Kościół zbudowany na fundamencie apostołów

Oficjalne dokumenty Kościoła zaczynają zajmować się problemem przekazywania władzy w kontekście prób kwestionowania możliwości przeniesienia prerogatyw z apostołów na biskupów4. Szczególnie drażliwą kwestią staje się pozycja papieża i jego związek z władzą daną św. Piotrowi5. W sposób najbardziej kompletny problem rozstrzyga nauka o prymacie papieża w konstytucji dogmatycznej Pastor aeternus Soboru Watykańskiego I, w której wyraźnie zostaje stwierdzona kontynuacja prymatu św. Piotra w osobach kolejnych biskupów Rzymu.

Abstrahując od konkretnego przypadku biskupa Rzymu, trzeba stwierdzić, że sukcesja apostolska ma nie tylko jednoznacznie stwierdzać pochodzenie aktualnie głoszonej przez biskupów nauki od apostołów, ale także podkreślać łączność Kościoła z samym Chrystusem. Innymi słowy: chodzi o zagwarantowanie zgodności z Chrystusem i przynależności do Chrystusa pasterzy Kościoła, poprzez wskazanie na nieprzerwany od apostołów łańcuch konkretnych ludzi obdarzanych posługą pasterską. W ścisłym sensie sukcesja apostolska dotyczy biskupów. Rozciąga się jednak także na prezbiterów i diakonów jako ich współpracowników, czyli tych, którzy mają udział w misji biskupa. Każdy kolejny biskup jest zatem nosicielem prawdy o Chrystusie oddającym się Kościołowi, prawdy o zbawieniu dokonanym w Jezusie, a uobecnionym i realizowanym w Kościele.

Sprawę sukcesji apostolskiej łączy się bezpośrednio z samą apostolskością Kościoła. Jest to w dużej mierze uprawnione, choć należy zarazem pamiętać, że apostolskość Kościoła, którą wyznajemy w Credo, jest czymś o wiele szerszym niż sukcesja apostolska. Sam łańcuch sukcesji nie daje jeszcze pełnej gwarancji trwania w prawdziwej wierze. Zrozumiano to w Kościele bardzo szybko, najbardziej boleśnie wtedy, gdy biskupi zaczęli występować przeciw sobie nawzajem w różnych teologicznych sporach. Mimo że wszyscy byli prawowitymi następcami apostołów, a prawowitość ta była legitymizowana przez niekwestionowaną sukcesję, to jednak wzajemnie kwestionowali apostolskość swojej nauki6. Nie lekceważąc sukcesji, Kościół zmuszony był w tej sytuacji do poszukiwania innych kryteriów apostolskości. Wskazywano tu na wierność Pismu Świętemu, wierność nauce soborów (położenie akcentu na kolegialność), w końcu zgodność z wiarą Kościoła w Rzymie.
Apostolskość zatem, jak się okazuje, to dużo więcej niż sama tylko sukcesja na urzędach. To, że Kościół jest apostolski, oznacza, iż jako całość ma udział w posłaniu apostołów i czerpie z ich misji. „Apostolskie” ma być życie każdego chrześcijanina. Wzorem mogą być osoby konsekrowane żyjące według „rad apostolskich”, wśród których nie wszyscy przecież mają udział w posłudze związanej z urzędem kościelnym. Zasadniczo można więc wyróżnić cztery aspekty apostolskości Kościoła:
– Aspekt doktrynalny – trwanie w wierze przekazanej przez apostołów.
– Aspekt egzystencjalny – przyjęcie stylu życia apostołów i Kościoła apostolskiego.
– Aspekt misyjny – posłanie Kościoła na wzór posłannictwa apostołów.
– Aspekt służebny – odnosi się do tych, którzy mają być widzialną gwarancją apostolskości Kościoła, czyli właśnie do biskupów wraz z ich współpracownikami (warto dodać, że „widzialna gwarancja” nie oznacza przy tym doskonałej realizacji).

Jak widać, skupienie się na sukcesji apostolskiej prowadzi do zawężenia pojmowania apostolskości Kościoła jedynie do czwartego aspektu. W związku z tendencją do obiektywizacji prawd wiary, a także z rosnącym wpływem prawa kanonicznego na sposób funkcjonowania wspólnot, Kościół zachodni zaczął rozumieć apostolskość w sposób bardzo materialny, łącząc ją jednoznacznie z rytem przekazywania władzy pasterskiej w nieprzerwanym ciągu sięgającym czasów apostołów. Reforma protestancka przypomniała ważną prawdę, że Kościół apostolski to Kościół wierny swojemu apostolskiemu wezwaniu. Tylko wtedy może nazywać się apostolskim, gdy jest wierny Ewangelii głoszonej przez Jezusa Chrystusa i przez apostołów. Im bardziej protestanci wskazywali na wagę niewidzialnego aspektu apostolskości Kościoła, tym bardziej katolicy umacniali się w przekonaniu, że to właśnie zewnętrzne, sakramentalne, obiektywne działania są gwarantem apostolskości, a Kościół bez takich elementów jak sukcesja apostolska przestałby być rzeczywistością historycznie uchwytną. To korzeń wszelkich międzywyznaniowych nieporozumień, które w dużej mierze kształtują klimat ekumenicznego dialogu w chwili obecnej.

Sukcesja a Kościół anglikański

Kościół katolicki i Kościół prawosławny są zasadniczo zgodne w kwestii sukcesji apostolskiej i nie kwestionują jej ważności u siebie nawzajem. W teologii protestanckiej natomiast nie uznaje się zbyt sformalizowanej, mechanicznej zasady przekazywania apostolskiej misji, choć najczęściej przyjmuje się jej eklezjologiczne znaczenie. Przy wielu innych kontrowersjach dotyczących sakramentów sam problem sukcesji nie jest czymś pierwszoplanowym. W każdym razie dla Kościoła rzymskokatolickiego sukcesja na urzędzie biskupim pozostaje podstawowym kryterium eklezjologicznej oceny innych społeczności kościelnych. Kościoły siostrzane to takie, które „zachowały prawomocny Episkopat”, a więc także „właściwą i całkowitą rzeczywistość eucharystycznego misterium”7.

Najbardziej nabrzmiała jest sprawa sukcesji apostolskiej w relacjach z Kościołem anglikańskim, który często niewiele różni się od Kościoła katolickiego w dziedzinie doktryny i liturgii. Problemem jest jednak powracająca nieustannie kwestia uznania ważności święceń. Początkiem sporu jest wprowadzenie podczas rządów króla Edwarda IV, w latach 1550–1552, nowego rytu święceń, który to gest był jednym z wyrazów podkreślania odrębności Kościoła w Anglii w stosunku do Kościoła rzymskiego. Nowy ryt święceń, nazywany także „rytem edwardiańskim”, wydaje się zawierać pewne elementy sprzeciwiające się katolickiej nauce o mszy świętej jako ofierze (nie ma jasnego nawiązania do pojęć takich, jak: ofiara, konsekracja, kapłaństwo, władza składania i ofiarowania ofiary). Brakuje w nim także wyraźnego wyszczególnienia funkcji, dla której wyświęcany jest kandydat. Wobec tego, w rozumieniu katolickim, „ryt edwardiański” odrzuca prawowierną naukę o kapłaństwie i urzędzie biskupa.

Watykan w różnych wypowiedziach uznawał nowy ryt święceń za nieważny (wypowiedzi Świętego Oficjum z lat 1685, 1704 i 1875), a anglikańskich duchownych chcących powrócić do Kościoła katolickiego wyświęcano powtórnie. Z perspektywy katolickiej oczywiście dopiero wtedy zostali wyświęceni w sposób ważny. Kwestię sporną rozstrzygnął autorytatywnie Leon XIII w bulli Apostolicae curae z roku 1896, w której ogłosił nieważność święceń udzielanych w Kościele anglikańskim8. Według Leona XIII święcenia są nieważne z dwóch powodów: ze względu na formalne wady formuły święceń, która choć w ciągu wieków uzupełniana, ciągle zawiera doktrynalne błędy, a także ze względu na złą intencję udzielenia święceń w roku 1559, które zostały udzielone przez czterech biskupów Matthew Parkerowi, nowemu arcybiskupowi Canterbury. Konsekratorzy, czyli wyświęcający biskupi, zdawali sobie sprawę z błędów, w których trwali, i użyli świadomie niezgodnych z nauką katolicką formuł.
Dzisiejsi badacze problemu przyznają, że kontrowersja w dużej mierze polega na nieporozumieniu, jak to często bywa w przypadku historii podziału. Reformatorzy używający nowej formuły święceń nie tyle występowali przeciwko nauce katolickiej w jej dzisiejszym rozumieniu, ile raczej przeciwko scholastycznym schematom panującym w teologii katolickiej u progu epoki nowożytnej, które zresztą wciąż obowiązywały kilkaset lat później, w czasach Leona XIII. Faktem pozostaje ogłoszenie święceń udzielanych w Kościele anglikańskim za nieważne, czyli stwierdzenie przerwania sukcesji apostolskiej. To stwierdzenie pozostaje trudnym dziedzictwem historii.

Możliwość powrotu

Dzisiaj przechodzący na katolicyzm anglikańscy duchowni przyjmują święcenia, o ile chcą nadal sprawować swoje funkcje. Ich anglikańskie święcenia są uważane w Kościele katolickim za nieważne. Zarazem jednak w katolickim podejściu można dostrzec wiele niekonsekwencji. Z jednej strony podkreśla się konkretny, widzialny znak ciągłości w postaci sukcesji apostolskiej. Z drugiej strony do jedności przyciągani są zwłaszcza ci, którzy będąc najbardziej konserwatywnym skrzydłem anglikańskiej wspólnoty, szczególnie uroczyście celebrują swoją władzę święceń. Z perspektywy Rzymskiej Kurii najwyraźniej pozytywnie postrzegane jest przywiązanie anglikańskich tradycjonalistów do liturgii, do celebracji i klasycznej terminologii. Zarazem jednak trzeba konsekwentnie przyznać, że wszystko to dzieje się nieważnie – wszak nie ma sukcesji apostolskiej, święcenia są nieważne, a więc i celebracje, chociażby najbardziej tradycyjne, także.

Okazuje się więc, że „swoich” jesteśmy w stanie rozpoznać zawsze, a kryterium nie jest mechaniczne przekazywanie sukcesji, lecz sposób myślenia: taki sam jak nasz lub zbliżony do naszego, a więc przywiązanie do tego, co w naszym przekonaniu jest Tradycją apostolską. Chodzi zatem nie tyle o widzialną sukcesję, ile o duchowe dziedzictwo. Nieprzerwany ciąg nałożeń rąk staje się mniej ważny wobec poglądów, przekonań i postaw. Warunek zgodnego z prawem wybrania i ważnego konsekrowania można, jak pokazuje praktyka, „uzdrowić”. Kapłan przechodzący ze wspólnoty anglikańskiej, choć formalnie z punktu widzenia katolików nie jest kapłanem, staje się nim w Kościele katolickim po dopełnieniu obrzędów. Podobnie musi się dziać w przypadku biskupa.

Cała sprawa nie jest więc jednoznaczna, a raczej wskazuje na uwikłanie tradycjonalistów, zarówno katolickich, jak i anglikańskich, w ustawione przez samych siebie pułapki. Chcąc nie chcąc, należy wrócić do mocno propagowanych przez posoborowych teologów stwierdzeń, że „sama sukcesja jest niczym bez sukcesji całego Kościoła w wierze pierwszych uczniów i apostołów”9. Trzeba oczywiście walczyć, aby Kościół nie stał się tylko abstrakcyjną ideą o rozmytych granicach i nieokreślonej konsystencji. Jednak nawet tak doskonałe i uświęcone Tradycją konstrukcje, jak pojęcie sukcesji apostolskiej, powinny stawać się elastyczne w zetknięciu z rzeczywistością ludzką.

Myśląc o sukcesji

Wokół tak zwanej „sukcesji apostolskiej” narosło wiele mitów, a wraz z rozwojem ekumenizmu temat zyskał jeszcze na znaczeniu. Cóż, „sukcesja” to słowo oznaczające „następowanie czegoś po sobie”. Z tego samego źródła pochodzi słowo „sukces”. Łacińskie „succedere” to zarówno „następować”, jak i „powieść się”. Trzeba jednak jednoznacznie stwierdzić, że mimo tak charakterystycznego źródłosłowu sukcesja apostolska, jej rozumienie, jej zastosowanie w dyskusjach i sporach, nie zawsze prowadzi do sukcesów na polu teologicznym czy ekumenicznym. Zwykle bywa raczej dodatkiem, którym chętnie się manipuluje, aby tylko udowodnić swoje z góry założone racje. Sukcesja przeabsolutyzowana może służyć jako oręż, ale czy na dłuższą metę będzie to oręż skuteczny w dziele głoszenia Królestwa Bożego? To sprawa bardzo wątpliwa.

1 Por. Irenusz, Adversus haereses, III 3,1–3.
2 Por. Euzebiusz z Cezarei, Historia ecclesiastica, IV 22.
3 Por. Franz Courth, Peter Neuner, Mariologia. Eklezjologia, Kraków 1999, s. 377.
4 Synod w Sens w roku 1140 potępia zdanie: „Quod potestas ligandi atque solvendi Apostolis tantum data sit, et non successoribus eorum” (DH 732).
5 Por. Bulla Exsurge Domine Leona X przeciwko nauce Marcina Lutra z 15 czerwca 1520 roku, numer 26 (DH 1476).
6 Por. Franz Courth, Peter Neuner, dz. cyt., Kraków 1999, s. 351.
7 Por. Dominus Jesus, 17.
8 Por. Leon XIII, Apostolicae curie et caritatis, 13 września 1896 (DH 3315–3319).
9 Por. Irenusz, Adversus haereses, III 3,1–3

Czy sukcesja to sukces?
Piotr Napiwodzki

urodzony 12 czerwca 1972 r. w Jeleniej Górze – były polski dominikanin, teolog, filozof, tłumacz, absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej. Do zakonu wstąpił w 1993 roku, święcenia kapłańskie otrzymał 3 czerwca 2000. W...