Randka z Vaticaną
Oferta specjalna -25%

Ziarna Słowa. Odnajdywanie Boga w kulturze

1 opinie
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Anglikanie dostali od Ojca Świętego Benedykta XVI największą w swej historii szansę na powrót do Kościoła katolickiego. Czy z niej skorzystają?

Współczesna Anglia w miniaturze – tak można opisać Oxford Road w Reading, mieście wielkości Bydgoszczy położonym w połowie drogi między Londynem a Oxfordem. Na Oxford Road mieszają się kultury, kolory skóry i języki. Samych polskich delikatesów jest pięć, do tego egzotyczne bary, tylko typowego angielskiego sklepu z rybą i frytkami tutaj się nie uświadczy. Mieszają się też religie. Meczet w budowie; okazałą bryłą, wysoką wieżą i samą nowością świadczy o rozwoju islamu na Wyspach. Wygląd chrześcijańskich kościołów nie jest już tak imponujący. Znajdziemy tu metodystów, kapliczkę Armii Zbawienia, kilka kościołów protestanckich denominacji o mniej znanych nazwach.

Do niektórych z tych świątyń chodzą w niedzielne ranki elegancko ubrani czarnoskórzy wierni. Są jak wyrzut sumienia, bo niedziela na Wyspach zdesakralizowała się niemal zupełnie. Przeciętny Anglik, jeśli w ogóle wychodzi z domu w niedzielę rano, to na jogging albo po opasłą niedzielną gazetę, którą przeczyta, wskoczywszy z powrotem do łóżka. Nieliczni tylko wybiorą się na mszę do kościoła Najświętszej Trójcy. Na Oxford Road to on jest – by tak rzec – najbardziej katolicki, przynajmniej z wyglądu. Ołtarz ma przedsoborowy, a w bocznych nawach figury Matki Bożej i świętych. Liturgia wygląda znajomo, prawie jak katolicki Novus Ordo, tyle że kapłan zwraca się w stronę ołtarza, tyłem do wiernych. Miesza się zapach kadzidła, drewna i wilgoci, blask licznych świec w półmroku, kapłan w bogato ornamentowanym ornacie kazanie głosi z ambony – miłośnik katolickiej liturgii w tradycyjnej oprawie poczuje się tu jak w domu.

Co wymodlił kardynał Newman

Co innego parafianie z Najświętszej Trójcy. Oni mają coraz większy problem z określeniem, gdzie jest ich dom. Są anglikanami, ale to jeszcze niewiele o nich mówi. Być anglikaninem może dziś oznaczać być kobietą proboszczem, odprawiać w niedzielę „Rodzinne uwielbienie” (Family Worship) i reklamować je na tablicy ogłoszeń jako „przyjazne i szybkie, krótkie i proste”. Można błogosławić przed ołtarzem związki homoseksualistów i osób rozwiedzionych. Ale można też nosić sutannę i biret, odprawiać mszę świętą, odmawiać Anioł Pański, prowadzić życie według zasad Katechizmu Kościoła Katolickiego i mieć poglądy teologiczne zbliżone do lefebrystów.
Parafia Najświętszej Trójcy w Reading jest anglokatolicka. A ściślej – należy do tradycyjnego skrzydła anglokatolicyzmu, do ruchu Forward in Faith, który powstał w 1992 roku. Stworzyli go ci anglikanie, którzy nie zaakceptowali decyzji Synodu Generalnego o wyświęcaniu kobiet na kapłanów. I to oni, obok organizacji Traditional Anglican Communion, są głównymi adresatami ogłoszonej w listopadzie 2009 r. przez watykańską Kongregację Doktryny Wiary Konstytucji Apostolskiej Anglicanorum Coetibus. Otwiera ona drzwi dla anglikanów, którzy chcą żyć w jedności z Kościołem katolickim. Oczywiście każdy może stać się katolikiem prywatnie, wyznając wiarę Kościoła, jednak konstytucja daje coś więcej: możliwość utworzenia anglikańskich ordynariatów, czyli rodzaju diecezji nieobejmującej określonego terytorium, ale wiernych, którzy do ordynariatu zechcą należeć. Podobnie jest z ordynariatem polowym, którego biskup i kapłani służą żołnierzom zarówno w Warszawie, jak i w Iraku. Nasuwa się też porównanie z grekokatolikami oraz z prałaturą personalną Opus Dei.

Bardzo hojny gest – tak o Anglicanorum… pisze się w wielu publikacjach anglokatolickich. Hojny, bo Rzym nie chce wchłonąć anglikańskiego żywiołu i go rozmyć, ale zachować w nim „wszystko, co szlachetne”. Nie chce też rozbijać istniejących wspólnot, parafii, które będą mogły stać się częścią ordynariatu. Jak mówił kardynał William Levada, prefekt Kongregacji Dokrytyny Wiary: „Jak pokazuje historia Kościoła, jego jedność nie oznacza uniformizacji ignorującej różnorodność kulturową. Co więcej, wielość tradycji obecnych dziś w Kościele katolickim jest zakorzenionych w zasadzie wyrażonej przez św. Pawła w Liście do Efezjan: »Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest«”.

Znak opatrznościowy – mówi się także o Anglicanorum. Bo jak inaczej interpretować to, że we wrześniu br. w czasie pielgrzymki Benedykta XVI na Wyspy Brytyjskie zostanie beatyfikowany kardynał John Henry Newman? Przyszły błogosławiony był u początków anglokatolicyzmu, który w I połowie XIX w. rozkwitał w Ruchu Oksfordzkim. Docenić to, co we wspólnocie anglikańskiej łączy ją z odwieczną tradycją chrześcijańską (m.in. z Ojcami Kościoła), podkreślać znaczenie sukcesji apostolskiej, tradycyjnej liturgii, zakonów – takie cele stawiał sobie ruch. Newmana zaprowadził on do Kościoła katolickiego, za co spotkało go niezrozumienie i ostracyzm. To nic dziwnego w kraju, w którym być katolikiem oznaczało wówczas tyle, co być nieokrzesanym chłopem z Irlandii. Ale obumarłe ziarno wydaje owoce. Wielu jest przekonanych, że to kardynał Newman wymodlił swoim anglikańskim braciom, którym w rodzinnym domu robi się ciasno i niewygodnie, szansę powrotu do jedności z Rzymem.

Gorzkie pigułki

O tym, że niewygoda zaczyna anglokatolikom mocno dokuczać, świadczy choćby atmosfera dorocznego Zgromadzenia Narodowego Forward in Faith, które miało miejsce niedługo po ogłoszeniu Anglicanorum Coetibus w 2009 r. W głosach jego uczestników jest dużo wdzięczności i entuzjazmu dla papieża Benedykta XVI za jego hojność i wyobraźnię. Jednak tyle samo jest goryczy i rozczarowania wspólnotą anglikańską. Szykuje się w niej bowiem kolejna zmiana: możliwość wyświęcania kobiet na biskupów. Wtedy sytuacja członków Forward in Faith znacznie się skomplikuje. Żeby pozwolić im żyć zgodnie z własnym sumieniem, Synod Generalny zapewnił anglokatolickim parafiom tzw. „latających biskupów”, którzy uważają wyświęcanie kobiet za nieważne i kultywują tradycyjną wersję anglikanizmu.

W jednej z katedr wierni mogli nawet wybierać między komunikantami konsekrowanymi przez kobietę a tymi, nad którymi słowa przeistoczenia wypowiadał mężczyzna. Ale co zrobią „latający biskupi” i ich wierni, kiedy w kolegium biskupów znajdą się kobiety? Jak w ogóle może działać kolegium, w którym zasiadają kobiety oraz mężczyźni uważający, że te kobiety biskupami być nie mogą? Członkowie Forward in Faith liczą jeszcze na to, że Synod utworzy bezpieczną dla ich sumień prawno-organizacyjną niszę, w której mogliby się rozwijać. Jednak im bliżej posiedzenia Synodu, tym większe przekonanie, że ta nisza będzie raczej kącikiem muzealnym, a o rozwoju nowej diecezji nie ma mowy.

Jakby nie dość było gorzkich pigułek, anglokatolicy dostali do przełknięcia jeszcze jedną: na początku czerwca br. anglikańscy biskupi doszli do wniosku, że można dopuszczać do konsekracji biskupiej księży rozwiedzionych i żyjących w związkach z rozwiedzionymi (ta decyzja przechodzi jeszcze przez sito konsultacji prawnych).
Trudno się więc dziwić emocjom anglokatolików. Emocjom, które powodują erupcję właściwego Anglikom sarkazmu i ironii. Podczas wspomnianego zgromadzenia Forward in Faith, „latający biskup” John Broadhurst mówił o eksperymencie z żabą, która, wrzucona do wrzątku, wyskoczy z niego natychmiast, ale powoli podgrzewana – da się ugotować. Dzisiejszy Kościół Anglikański jest właśnie jak powoli podgrzewany garnek. Ponieważ anglokatolikom było w nim za gorąco, miłościwie zdecydowano przesunąć ich na brzeg palnika i nawet wrzucić kilka kostek lodu. Ale wiadomo, że to rozwiązanie tylko na chwilę, bo wszystko zmierza ku ugotowaniu anglikanizmu na śmierć.

Ks. Edward Tomlinson, jeden z najbardziej znanych kapłanów Forward in Faith i poczytny bloger, posunął się w swoim sarkazmie jeszcze dalej. Według niego anglikanie mają wybór między randkami z dwiema kobietami: Vaticaną i Synodiką. Vaticana jest „najładniejsza w mieście” i obiecuje wierne, piękne wspólne życie, podczas gdy Synodica „to prostaczka”, która umawia się na randki z innymi i „niejeden raz wykopała nas z łóżka”.

Opuścić to, co znane

Czas więc – kontynuuje Tomlinson – iść na pierwszą randkę z Vaticaną. Bo mimo „motyli w brzuchu”, obaw i niepewności spróbować trzeba. Więcej: coraz wyraźniej widać, że odpowiedź na zaproszenie Ojca Świętego to jedyna droga do zachowania tego, co kluczowe dla tożsamości anglokatolików. Jednak nie jest to takie proste.
Wróćmy na Oxford Road, do kościoła Najświętszej Trójcy. Msza święta, odprawiona tam 30 maja w święto patronalne kościoła, miała bardzo uroczystą oprawę, z chorałem gregoriańskim, dawną muzyką polifoniczną w wykonaniu chóru. Po niej wierni udali się do salki, by spotkać się na herbacie. Entuzjazmu nie czuć w ich głosie, raczej pewne napięcie. – Ordynariat to dobry pomysł, bo Kościoły anglikański i katolicki są tak do siebie podobne, że nie powinny być rozdzielone – mówi Emily, prawniczka z Londynu, która dla swojego męża przeszła z katolicyzmu na anglikanizm i nie widzi w tym problemu. – Podział nastąpił, bo Anglikom nie mieści się w głowie, że może nimi rządzić cudzoziemiec, czyli papież – dodaje i odsyła do znajomego kleryka, który zamierza przejść na katolicyzm, do ewentualnie utworzonego ordynariatu. Kleryk jednak uprzejmie, ale zdecydowanie wzbrania się przed rozmowami z prasą, „bo jest jeszcze przed święceniami”. Dwie starsze panie z sąsiedniej parafii Wszystkich Świętych, również anglokatolickiej, uważają że dobrze im tam, gdzie są. Anna, żona proboszcza od Wszystkich Świętych – młodego mężczyzny z kitką, mówi, że nie zastanawiała się za wiele nad propozycją Watykanu. Osobiście zdecydowanie bliżej jej do protestanckiej frakcji anglikanizmu. Robi wrażenie, jakby temat nie był wart większych emocji.

Bardzo pozytywnie do idei ordynariatu nastawiony jest proboszcz od Najświętszej Trójcy ks. David Elliott. Przyznaje, że wśród jego parafian panuje podekscytowanie i obawa przed zmianą. – Ale mówię im, że to może być dobre: wyjście z wygodnej, pewnej sytuacji w nieznane. To bardzo chrześcijańskie – opowiada ksiądz.
Mimo że dla anglokatolików z Forward in Faith macierzysta wspólnota może być już za ciasna, jednak pozostaje własna i przewidywalna. A ordynariat na razie jest pustą ramą prawną, choć o jego szczegółach systematycznie rozmawiają z Watykanem „latający biskupi” z Forward in Faith i inni anglokatolicy. Pojawiło się też już kilka oficjalnych próśb o utworzenie ordynariatów.

Atrakcyjna medialnie sprawa celibatu dla księży należących do ordynariatu jest właściwie jasna: żonaci mają wszelkie szanse na bycie katolickimi kapłanami. O seminarzystach będzie się decydować indywidualnie, choć normą ma być celibat dla nowo wyświęcanych kapłanów. Biskup kierujący ordynariatem musi być celibatariuszem, bo taka jest tradycja zarówno chrześcijańskiego Zachodu, jak i Wschodu. Ale funkcję ordynariusza może też sprawować prezbiter. Jednak dla duchownych anglikańskich wejście w środowisko zdominowane przez księży celibatariuszy jest dużym wyzwaniem. W tym kontekście poruszająco brzmi głos seminarzysty z Forward in Faith Jamesa Bradleya o tym, że aspirujący do ordynariatu klerycy – jeszcze nie żonaci, ale już w związkach – będą, być może, musieli podejmować dramatyczne dla tych związków decyzje. – Ale to nie o mnie tu chodzi, tylko o Chrystusa i Jego Kościół – konkluduje heroicznie seminarzysta.

Rodzą się też pytania przyziemne, ale istotne. Co z budynkami kościelnymi? Co z uposażeniem i emeryturą duchownych, pracowników kościelnych utrzymywanych przez Church of England? Ks. David Elliott z parafii Najświętszej Trójcy liczy na hojność i wspaniałomyślność obecnych pracodawców, ale przyznaje, że perspektywa włączenia się w ordynariat na pewno zachwieje finansowym poczuciem bezpieczeństwa duchownych. Tym bardziej, że ordynariat ma być materialnie samowystarczalny, a brytyjskie parafie Forward in Faith nie uchodzą za bogate.

Ekumenizm czy rzymskie czołgi?

Czy ogłoszenie Konstytucji Apostolskiej ma coś wspólnego z ekumenicznym dialogiem katolicko-anglikańskim? Tu opinie są rozbieżne. Oficjalnie ukazanie się Anglicanorum… zapowiedziano na symultanicznych konferencjach prasowych w Rzymie i w Londynie, w których brali udział wysocy dostojnicy obu wyznań: kardynał Levada, katolicki arcybiskup Westminsteru Vincent Nichols i anglikański arcybiskup Canterbury Rowan Williams. Wspólnie dali wyraz przekonaniu, że konstytucja jest owocem dialogu ekumenicznego i że obie strony z zadowoleniem przyjmują takie rozwiązanie. Ale jednocześnie podnoszą się głosy krytyki wobec zwierzchnika anglikanów, że tak łatwo „oddaje” swoich wiernych, zamiast się o nich zatroszczyć. Trawestując tytuł z „The Times”: „Rzymskie czołgi zaparkowały na trawniku arcybiskupa Canterbury”, a on nawet się nie broni.

Dla rzymskokatolickich biskupów z Wysp Brytyjskich watykańska konstytucja jest również wyzwaniem. Hierarchowie ci uchodzą w dużej części za liberalnych – przynajmniej według kryteriów tradycjonalistów. Perspektywa przyjęcia pod swój dach „obcych” tradycjonalistów, którzy być może są gotowi krytykować „modernizm” angielskich biskupów, nie jest komfortowa. Nieprzypadkowo parafia Najświętszej Trójcy w Reading znajduje wspólny język nie tyle z sąsiednimi parafiami rzymskokatolickimi, ile z tradycjonalistycznym, wiernym Rzymowi Bractwem Świętego Piotra. Może więc część anglikanów powtórzy historię Bractwa: najpierw schizma, a potem powrót do jedności z Ojcem Świętym, z zachowaniem przywileju przedsoborowego sprawowania
sakramentów.

Przed anglikanami jeszcze długa droga modlitwy, rozeznawania, dialogu – a może i niezrozumienia doświadczanego „z obu stron Tybru”. Pewne jednak jest, że każdy, kto w Kościele anglikańskim używa wobec siebie przymiotnika „katolicki”, musi teraz na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie: kim jestem i gdzie jest mój dom?

Randka z Vaticaną
Jolanta Brózda-Wiśniewska

urodzona w 1974 r. – dziennikarka, publicystka, krytyk muzyczny, absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu. W latach 2000-2008 dziennikarka działu kultury "Gazety Wyborczej" w Poznaniu. Publikowała także w "Uważam Rze", "...