Na krawędzi

Wielu Izraelczyków żyje mitami na temat chrześcijan i ich udziału w Holokauście, podobnie jak wielu Polaków żyje mitem na temat Żydów, którzy rządzą światem.

W École biblique et archéologique française de Jérusalem znajduje się mapoteka składająca się z około 1000 starych map. Są to egzemplarze unikatowe w skali świata, a często jedyne, jakie się zachowały. Mój współbrat a jednocześnie opiekun biblioteki Paweł Trzopek zwraca mi uwagę na mapę autorstwa brytyjskiego inżyniera z przełomu lat 20. i 30. XX wieku, która jest propozycją rozwoju urbanistycznego Jerozolimy. W swoim projekcie zachował istniejącą za jego czasów zabudowę poprzecinaną ówczesnymi ulicami. Teren niezabudowany natomiast został pocięty siatką ulic dzielącą go na regularne kwadraty. Wykreślone ulice biegną ze wschodu na zachód i z północy na południe, prostopadle do widocznych na mapie poziomic. Nie trzeba być wybitnym kartografem, by zauważyć, że zaprojektowane przez Anglika drogi musiałyby biec czasami w poprzek stromego zbocza, a czasami niemal pionowo po urwisku. Po powstaniu państwa Izrael teren rzeczywiście został zabudowany przez współczesną Jerozolimę, ale układ urbanistyczny jest zupełnie inny. Kiedy zbierałem materiały do tekstu o szkole biblijnej w Jerozolimie, miałem wrażenie, że decydując się na pisanie o tej skomplikowanej rzeczywistości, jestem narażony na podobne błędy. Wyobrażenia mogą nijak pasować do realnych problemów.

Nie jestem jednak w tej obawie odosobniony. Paweł, który już od kilku lat mieszka w Jerozolimie, opowiada, że po przybyciu do Izraela był zaskoczony, iż sytuacja na miejscu wygląda inaczej, niż przedstawiają to media. Po roku był pewien, że już wszystko rozumie i ma recepty na rozwiązanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Wiedział na przykład, że trzeba inwestować w wykształcenie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Autonomii Palestyńskiej. Po kilku następnych latach ma poczucie, że wie mniej niż na początku i dziś nie podjąłby się dokonania syntezy opisującej sytuację etniczną czy religijną w Izraelu i Autonomii Palestyńskiej. – Mogę przedstawiać mnóstwo obrazów czy historii, ale nie ośmielę się nikomu udzielać żadnych rad – mówi.

Spór o metry

Klasztor dominikanów w Jerozolimie powstał w 1880 roku. Założycielami byli bracia z prowincji tuluskiej z ojcem Matthieu Lecomte na czele. Miała to być mała wspólnota zajmująca się opieką nad francuskimi pielgrzymami przybywającymi do Ziemi Świętej. Jednak franciszkanie, którzy zmonopolizowali obsługę pielgrzymów, patrzyli na dominikańską inicjatywę niezbyt przychylnym okiem i trzeba było pomyśleć o zmianie profilu. W 1890 roku generał zakonu wysłał do Jerozolimy ojca Marie-Josepha Lagrange’a z misją założenia szkoły, która miałaby badać Biblię w jej kontekście geograficznym, archeologicznym i lingwistycznym. Jak na tamte czasy było to przedsięwzięcie nowatorskie. Gdy 15 listopada 1890 roku rozpoczynał się pierwszy rok akademicki, na otwarciu obecnych było zaledwie kilku dominikanów, konsul Francji, delegat apostolski, łaciński patriarcha Jerozolimy, franciszkański kustosz Ziemi Świętej i dwóch studentów.

Od początku dominikanie musieli brać pod uwagę skomplikowaną sytuację polityczną i religijną, w których przyszło im funkcjonować. Gdy kupili teren i zaczęli budować kościół, okazało się, że jest to miejsce, na którym w V wieku stał kościół św. Szczepana męczennika, konsekrowany w 431 roku przez Cyryla Aleksandryjskiego, a ufundowany przez cesarzową Eudoksję. W następnych wiekach kościół i przylegający do niego klasztor zostały zniszczone i zapomniane. Gdy bracia zabrali się do budowy, odkryli fundamenty starego kościoła bizantyjskiego. Postanowili zatem odtworzyć go w formie możliwie najbardziej przypominającej ten oryginalny. W tamtych czasach Jerozolima była pod władzą turecką, która wprowadziła prawo stanowiące, że kościół chrześcijański nie może powstać w odległości mniejszej niż 200 m od meczetu. Gdy zatem muzułmanie dowiedzieli się o budowie kościoła, naprędce wznieśli mały meczet z minaretem 10 m od dominikańskiej posiadłości, a 50 m od lokalizacji kościoła i stwierdzili, że dominikanom nie wolno budować świątyni. Na nic zdały się tłumaczenia, że ten kościół istniał 200 lat przed Prorokiem. Nie było innego sposobu, jak przekupić geodetę. Wymierzył on odległość od meczetu do kościoła wzdłuż ulic okalających dominikańską posiadłość, wzdłuż murów starego miasta i od murów starego miasta do bramy klasztoru. W ten sposób okazało się, że kościół od meczetu dzieli 2,5 km!

Nie spadła z nieba

Praktyczna szkoła studiów biblijnych – bo tak początkowo się nazywała – pod koniec XIX wieku była pionierską placówką. Cokolwiek dominikanie tknęli, wszystko było nowe. Kościół katolicki zaczął w tym czasie naukowo pytać o Biblię. Odkrywano bowiem na Bliskim Wschodzie biblioteki tabliczek klinowych, które zaczęto odczytywać. Podobnie było z egipskimi hieroglifami. Okazało się wtedy, że kultury pogańskie zawierają motywy podobne do biblijnych. Stwierdzono zatem, że Biblia nie spadła z nieba, nie została przez gołębicę Ducha Świętego podyktowana biblijnym autorom. Doprowadziło to na przełomie XIX i XX wieku do kryzysu modernistycznego. Komisja papieska do cenzurowania katolickiej nauki biblijnej w 1912 roku odniosła się do tej sprawy. Ostrzegła m.in., że wszyscy, którzy twierdzą, iż Pięcioksiąg (łącznie z opisem śmierci Mojżesza) nie wyszedł spod ręki Mojżesza, mają być wyłączeni z Kościoła. Było to orzeczenie skierowane przeciwko tym, którzy zajmowali się historyczną metodą czytania Biblii, a szkoła w tym okresie główny nacisk kładła właśnie na archeologię i filologię języków semickich. Lagrange miał kłopoty ze Świętym Oficjum i w końcu zawieszono mu prawo do nauczania. By przetrwać, szkoła na pewien czas zamieniła się w seminarium duchowne Prowincji Tuluskiej. Było to tym bardziej konieczne, że na mocy prawa antykościelnego, wprowadzonego we Francji w 1905 roku, nie można było przyjmować do zakonu nowych ludzi. Wysyłano więc kandydatów do nowicjatu w Hiszpanii, a następnie na studia do Jerozolimy. Po ich zakończeniu wracali do Francji jako uformowani kapłani.

Nowym impulsem dla École biblique, ożywiającym jej działalność, była encyklika Piusa XII Divino afflante Spiritu z 1943 roku, która zachęcała do tłumaczenia Biblii z języków oryginalnych na języki narodowe, do tej bowiem pory przekładano Biblię tylko z łacińskiej Wulgaty. Projekt, który wtedy powstał, zaowocował w 1956 roku wydaniem Biblii Jerozolimskiej. Drugim ożywczym dla szkoły impulsem były odkrycia nad Morzem Martwym, które później nazwano odkryciami z Qumran. Pierwszymi badaniami i odczytywaniem manuskryptów zajęli się dominikanie z École biblique, pod przewodem ojca Rolanda de Vaux.

Pod względem dorobku École biblique nie może się dziś co prawda porównywać z potężnymi instytucjami naukowymi, takimi jak wielki Uniwersytet Hebrajski, który należy do 100 najlepszych uniwersytetów na świecie, ale na tle małych, chrześcijańskich instytutów badawczych ma imponujący dorobek i znakomitą bibliotekę, która dziś jest sercem szkoły i stwarza znakomite warunki do pracy naukowej. Na półkach można znaleźć ponad 140 tys. woluminów i 400 tytułów regularnie zamawianych czasopism. Jest to biblioteka o otwartych półkach. Między nimi stoi 58 stolików, czyli stanowisk pracy. Codziennie pracują tu wykładowcy i studenci szkoły oraz 14–15 osób z zewnątrz – łącznie około 60 osób. Biblioteka szczyci się również niezwykłą fototeką, którą stanowi 18 tys. szklanych negatywów oraz dziesiątki tysięcy negatywów i slajdów celuloidowych. Jest to największa kolekcja starych fotografii na Bliskim Wschodzie zrobionych przez dominikanów, którzy w pierwszych dziesięcioleciach istnienia szkoły podróżowali od Turcji do południowego Egiptu i od Libii do Iranu. Fotografowali miejsca, budynki, inskrypcje…

Chrześcijańska wyspa

Klasztor ulokowany jest na granicy dwóch światów. Topograficznie znajduje się w arabskiej części Jerozolimy, która do 1967 roku była częścią Jordanii, a po wojnie sześciodniowej zyskała międzynarodowy status terytorium okupowanego przez państwo Izrael. – Jesteśmy wyspą w niechrześcijańskim świecie – mówią bracia. Wokół nich mieszkają w większości muzułmanie, ale 50 m od ulicy, przy której znajduje się klasztor, biegła zielona linia, czyli pas ziemi niczyjej oddzielającej kiedyś państwo Izrael od Jordanii. Dziś jest to ruchliwa, dwupasmowa droga, za którą leży Mea Szarim – dzielnica ultraortodoksów żydowskich. Klasztor funkcjonuje zatem na granicy światów, między którymi nie ma interakcji. Przez dawny pas ziemi niczyjej przechodzą dziś tylko turyści.

Muzułmanie w Jerozolimie radykalizują się religijnie. Proces ten narasta od mniej więcej 20 lat. Coraz więcej widzi się brodatych mężczyzn oraz kobiet z zasłoniętymi twarzami, a sklepy zamykane są w piątek, mimo że w islamie nie ma obowiązku wstrzymania się od pracy w dzień modlitwy. Jeszcze 15 lat temu wszystkie sklepy były w piątek otwarte, ale pod wpływem zwyczajów żydowskiego szabatu i chrześcijańskiej niedzieli muzułmanie wprowadzają nowy zwyczaj. Ta tendencja nie owocuje jednak aktami religijnej niechęci wobec chrześcijan. Jeśli któryś z dominikanów pojawi się w habicie w dzielnicy muzułmańskiej, to sklepikarze się kłaniają, wołają „Hello Abuna” [Abuna – nasz ojcze, arabski tytuł chrześcijańskich duchownych – przyp. PK], czasem zaproszą na herbatę, czasem poproszą, by przyjść z pielgrzymami. Gdyby jednak któryś z braci poszedł w habicie do dzielnicy Żydów ortodoksyjnych, to już po kilkudziesięciu metrach zostałby opluty. Taka sytuacja przydarzyła się poprzedniemu dyrektorowi École biblique, gdy wracał do klasztoru od franciszkanów. Podeszło do niego dwóch ultraortodoksyjnych nastolatków i napluło mu w twarz.

By być sprawiedliwym, trzeba jednak przyznać, że w Izraelu podejście Żydów do chrześcijan jest bardzo różnorodne, zależnie od tego, czy będą to ludzie wierzący czy niewierzący. Wielu Izraelczyków żyje, co prawda, mitami na temat chrześcijan i ich udziału w Holokauście, podobnie jak wielu Polaków żyje mitem na temat Żydów, którzy rządzą światem, ale nie musi mieć to bezpośredniego wpływu na ich podejście do uczniów Chrystusa.

Patriarcha ma żal

W czasie pobytu w Jerozolimie spotkałem się z moją znajomą, panią Izabelą, i jej mężem Israelem. Jest on emerytowanym oficerem armii izraelskiej, a jednocześnie naukowcem pracującym na Uniwersytecie Hebrajskim. Ma żal, że dominikanie tworzący École biblique nie utrzymują kontaktów ze światem akademickim Izraela. Zapytałem o to ojca Krzysztofa Modrasa, który w Jerozolimie przebywa od 15 lat. Przyznał, że École biblique jest kojarzona jako instytucja nieprzyjazna wobec świata hebrajskiego. Przyczyny tej sytuacji są złożone. Kiedyś każdy mieszkaniec klasztoru miał obowiązek nauczyć się jednego języka miejscowego: hebrajskiego lub arabskiego. Z czasem ta tradycja zanikła. Wyjaśniano, że arabski jest nieprzydatny w pracy naukowej, a hebrajski jest sztucznym tworem, więc szkoda czasu na naukę. Na marginesie można dodać, że współczesny hebrajski, który jest rzeczywiście językiem stworzonym w XX wieku, powstawał w bibliotece École biblique, bo to właśnie tu, otoczony słownikami pracował Eliezer ben Jehuda. – Gdy się nie zna języka, to kontakty są ograniczone – tłumaczy ojciec Krzysztof. Istnieje również przekonanie, że École biblique jest propalestyńska, ale to się zmieniało w historii. Gdy do 1967 roku dominikanie żyli pod panowaniem Jordanii, czuli się uciskani przez muzułmanów. Z radością przywitali zatem władzę państwową Izraela, którą kojarzyli z zachodnim porządkiem prawnym. Realne spotkanie z tym państwem przesunęło sympatie i wielu dominikanów żyje w poczuciu, że są nękani przez państwo Żydów. Z drugiej strony tęsknota za wzajemnymi kontaktami nie jest też powszechna po stronie Izraelczyków. Wielu z nich nosi w sobie przekonanie, że chrześcijanie nie mają prawa interpretować Starego Testamentu, bo należy on do duchowego dziedzictwa Izraela. Zdaniem ojca Krzysztofa, tutejszy konwent jest zamknięty na otaczający go świat – zarówno żydowski, jak i arabski. – My nie istniejemy ani dla tutejszego Kościoła, ani dla państwa Izrael. Gdy zacząłem odprawiać msze po arabsku na Górze Oliwnej, pojawił się pomysł, by odprawiać taką mszę i w naszym kościele, co spowodowałoby spory napływ palestyńskich katolików. Propozycja została odrzucona, konwent bowiem nie chciał przyjmować żadnych zewnętrznych zobowiązań – tłumaczy. Pretensje o taki stan rzeczy ma do dominikanów patriarcha Jerozolimy, który ilekroć nawiedza klasztor dominikanów, stwierdza, że École biblique jest instytucją znaną i szanowaną na całym świecie, po czym zadaje pytanie: „Ale co robicie dla nas?”.

Nauka przed wszystkim

Formalnie École biblique jest klasztorem dominikanów, który prowadzi szkołę biblijną. Co prawda statut określa, jak mają wyglądać relacje między klasztorem a szkołą, ale czyni to w sposób na tyle ogólny, że pozwala na szeroką interpretację. Pomimo tego powiązania klasztor dominikanów w Jerozolimie nie rodzi w biblistach żadnych skojarzeń. Jeśli jednak usłyszą oni o École biblique, wiedzą, o czym mowa.

Rozkład zajęć w klasztorze dominikańskim w Jerozolimie jest podobny do innych domów naszego zakonu. – Pobudka, jutrznia, śniadanie, studium, msza, studium, nieszpory, kolacja, dobranoc – wylicza ojciec Paweł Trzopek. Specyfiką tego konwentu jest akcent położony na studium. Bracia nie prowadzą żadnej działalności duszpasterskiej, ponieważ jest to placówka badawcza. – Żeby wnieść oryginalny wkład na poziomie światowym, każdy musi spędzić siedem, osiem godzin dziennie, oddając się pracy naukowej: czytając, pisząc, wykładając. W innych klasztorach są zajęcia duszpasterskie, które uniemożliwiają skoncentrowanie się na pracy naukowej. Jeśli w Warszawie na Służewie bracia chcą pracować naukowo w Instytucie Tomistycznym, muszą się separować od innych zaangażowań. Tu takie uniki nie są potrzebne. Można się w pełni poświęcić pracy naukowej – tłumaczy Krzysztof Sonek OP.

Do École biblique jako placówki badawczej należą nie tylko dominikanie, ale również kilka osób spoza zakonu. Wicedyrektorem jest marysta z Nowej Zelandii, pracuje tu również ksiądz diecezjalny z Francji, świecki członek Opus Dei i oblat. Prowadzą w szkole swoje projekty badawcze oraz wykładają. Każdy z wykładowców ma od trzech do sześciu studentów, a wykładów jest około 15, co sprawia, że obecnie w szkole jest 40–50 studentów z całego świata. Mniej więcej połowa z nich to osoby duchowne lub konsekrowane. Resztę stanowią świeccy. Szkoła przyznaje dyplomy: I stopnia dla studentów, którzy uczestniczą przez rok w wykładach i napiszą pracę końcową, oraz II stopnia, dla tych, którzy pozostają w szkole przez dwa lata. Jedynym stopniem naukowym przyznawanym przez École biblique jest doktorat z nauk biblijnych. Ma on status kanoniczny, to znaczy, że nie jest automatycznie uznawany na świeckich uczelniach i musi być tam nostryfikowany. Część studentów mieszka na terenie szkoły, część przychodzi, by uczestniczyć w pojedynczych wykładach, np. w studiach z języka aramejskiego.

W domu tylko po francusku

Według wielu dominikanów szkoła przeżywa kryzys. Starsi profesorowie ze znakomitym dorobkiem nie mają następców, młodzi naukowcy dopiero zaczynają drogę badawczą. Brakuje średniego pokolenia. Problemem jest również to, że niektórzy dominikanie nie mają doktoratów. Można oczywiście tłumaczyć, że kiedyś bracia też nie robili doktoratów. Byli jednak uznanymi naukowcami mającymi w dorobku po 15–20 książek. Wielu dominikanów z innych krajów czuje się tu obco. – Instytucja zakonna została zawłaszczona przez Francuzów – żalą się. Do lat 70. XX wieku było to zrozumiałe: Francuzi tę szkołę zakładali, stanowili znakomitą większość pracujących tu braci, a Francja była dominującą przestrzenią badań biblijnych. Potem jednak nastąpiło przesunięcie studiów biblijnych w kierunku Anglii i Stanów Zjednoczonych. Dziś niemal wszystkie ważne publikacje biblijne ukazują się po angielsku, cały świat akademicki używa tego języka – trwanie przy francuskim skazuje École biblique na marginalizację. Przykładem jest ojciec Marie-Emile Boismard, geniusz egzegezy, który nie dbając o to, by jego prace zostały przetłumaczone na język angielski, stał się postacią zapomnianą.

École biblique jako klasztor przeszedł już dawno pod bezpośrednią jurysdykcję generała zakonu. Staje się coraz bardziej jednostką międzynarodową, bo we Francji nie ma wystarczającej liczby młodych braci zainteresowanych orientalistyką czy studiami biblijnymi. Miniony rok był pierwszym, gdy więcej niż połowa asygnowanych to osoby spoza Francji. A mimo to nadal językiem domu pozostał francuski.

Co dalej?

Czy zatem szkoła skazana jest na upadek? Niekoniecznie. Jednym z elementów, który może zadecydować o jej przyszłości, jest pomysł, którym aktualnie szczyci się na swoich stronach internetowych. Chodzi o monumentalny projekt Biblii w jej tradycjach. Punktem wyjścia tego dzieła jest to, że nie ma jednego, pierwotnego tekstu Pisma Świętego, tylko rękopisy pochodzące z różnych tradycji. Wydanie Biblii w jej tradycjach ma pokazać tę różnorodność. Jeśli jakiś fragment Pisma Świętego ma w różnych manuskryptach różne wersje, to tłumaczenie będzie wydrukowane w dwóch kolumnach i będzie wskazywało na wszelkie istniejące różnice. Na przykład Księga Jeremiasza będzie zawierała tłumaczenie z hebrajskiego i z greckiego. Dzieje Apostolskie będą obejmowały tłumaczenie według tradycji wschodniej i zachodniej.

Wokół tłumaczeń umieszczonych centralnie na stronie znajdą się komentarze Ojców Kościoła, tradycji żydowskiej, współczesnych teologów, odniesienia do tekstu obecne w kulturze: w literaturze, sztuce, muzyce… Obecnie trwają działania zmierzające do zebrania zespołu, który na tym projektem będzie pracował. Bracia mówią, że potrzeba blisko 3000 specjalistów z różnych dziedzin: biblistów, patrologów, lingwistów, kulturoznawców, osób znających tradycję żydowską. Nie bez znaczenia jest również znalezienie akademickiego wydawnictwa, które zapewni profesjonalistów w tych dziedzinach i zagwarantuje odpowiedni poziom edytorski. Z projektem można się zapoznać po wydaniu pierwszego zeszytu ukazującego cały zamysł. Obejmuje on dwanaście perykop z różnych ksiąg biblijnych: sześć ze Starego Testamentu i sześć z Nowego, a ukazał się w wydawnictwie Peeters w Belgii wiosną bieżącego roku. – Jeśli to dzieło zostanie ukończone za 50 lat, będzie można mówić o dużym sukcesie – uważa ojciec Paweł Trzopek. A École biblique będzie miała rację bytu przynajmniej przez następne pół wieku.

* * *

Wyjeżdżam z Ziemi Świętej. Dwa tygodnie to za mało, by nawet próbować robić jakiekolwiek podsumowania. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że jest to kraj naznaczony podziałem. Nie tylko na Izraelczyków i Palestyńczyków, nie tylko na żydów, muzułmanów i chrześcijan oraz nie tylko na katolików i prawosławnych, Ormian i Koptów, ale także na dominikanów francuskich i przybyłych z innych krajów. Może się mylę, tak jak ów angielski gentelman kreślący plany nowej Jerozolimy? A może sytuacja jest zbyt skomplikowana, bym ją mógł zrozumieć.

Na krawędzi
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....