Czyste wspomnienie raju

Czyste wspomnienie raju

Festiwal doprowadza do pytania: co znaczy być człowiekiem? Nie w aspekcie kultury czy religii, ale w najprostszym ujęciu – przed sobą, przed innymi i przed Bogiem.

Festiwal to święto, a święto to czas, gdy robimy to wszystko, co na co dzień, tylko wolniej, uważniej, dłużej. Przygotowujemy lepsze jedzenie i modlimy się z większym otwarciem. Mamy czas dla siebie i innych.

Muzyka dawna to muzyka przeszłości, która jest rekonstruowana i przywracana tradycji. Wykonywana we właściwy sposób i w przynależnym jej miejscu, ożywa i ożywia czas, w którym powstała.

Jarosław leży 30 km od granicy ukraińskiej i 50 km od słowackiej, a więc jest miejscem wystarczająco odległym, by znaleźć się poza codziennym życiem. By podróż tam wprowadzała w sferę muzyki, która trwa od wieków.

Z miłości do muzyki

W Jarosławiu od 18 lat odbywa się Festiwal Muzyki Dawnej, na którym spotyka się Wschód i Zachód. Samo miasto jest ucieleśnieniem tego spotkania. Są tu kościoły, grekokatolicka cerkiew i synagoga. Przyjazd tutaj to podróż w świat dawnej muzyki, w głąb naszych korzeni.

Ale czy tylko o muzykę chodzi? Na pewno znajduje się ona w centrum wydarzenia – długo i starannie dobierany jest program koncertów, dopełniany debatami, przeplatany warsztatami śpiewu. Jakby mimochodem, staje się to czymś więcej, więcej nawet niż świętem muzyki. W najgłębszej warstwie staje się celebracją życia.
W Jarosławiu festiwal odbywa się od 18 lat, ale jego historia rozpoczęła się trzy lata wcześniej w Starym Sączu. Nienazwaną jeszcze wtedy formułę stworzyli Antoni Pilch i Marcin Bornus-Szczyciński. Pieśń Naszych Korzeni – styk Wschodu i Zachodu – to była idea na jeden festiwal. Okazało się jednak, że próba porozumienia to program na dekady, jeśli nie na wieki. W 1992 roku na Festiwal do Starego Sącza przyjechał obecny dyrektor Maciej Kaziński. Wspomina: – Interesowało mnie granie muzyki dawnej w sposób historyczny, a tam muzyka występowała w swoim środowisku naturalnym. To była wielka radość ze spotkania z ludźmi i artystami podobnie myślącymi.

Rok później powrócił tu i już pozostał. Z uczestnika stał się organizatorem, a od trzech lat – dyrektorem festiwalu. W 1993 roku Marcin Bornus-Szczyciński, założyciel festiwalu, obecny główny doradca, zaprosił po raz pierwszy grupę braci dominikanów. Wcześniej został nauczycielem chorału gregoriańskiego w ich kolegium filozoficzno-teologicznym. Obecność dominikanów wrosła na stałe w festiwal. Rok później o. Wojciech Gołaski trafił do Jarosławia jako duszpasterz i zorganizował Jarmark Muzyki Dawnej. Wkrótce okazało się, że Stary Sącz stał się za mało pojemny, Festiwal Muzyki Dawnej przeniósł się więc do Jarosławia i tu pozostał. Powstało Stowarzyszenie „Muzyka Dawna w Jarosławiu”, a wokół niego rozrastający się wolontariat, który współtworzy każdą kolejną edycję festiwalu.

 – W tradycyjnym podejściu muzyka jest wyrazicielką ludzkiego wnętrza, naszej najgłębszej istoty – mówi o. Gołaski. – Dlatego muzyka tradycyjna skutecznie sprawdza się jako język spotkania tych, którzy nie zawsze mogliby się spotkać na poziomie idei.

Celebracja tradycji

Wszystko wzięło się z miłości. Z miłości do muzyki. Na samym początku chodziło o wyprowadzenie jej z przestrzeni filharmonicznych, o sięgnięcie do dawnych instrumentów i technik wykonawczych, o próbę osadzania dawnej muzyki w jej kontekście. Muzyki dawnej: ludowej, dworskiej i kościelnej. – Z czasem liturgia stała się głównym celem festiwalu, bo tylko język tradycji okazał się teofaniczny, objawiający Boską Istotę – wyjaśnia Marcin Bornus-Szczyciński. – Teraz chodzi o naszą tożsamość, o zrozumienie, kim jesteśmy i skąd przyszliśmy. Poznając inne kultury i ich źródła, zaczynamy lepiej poznawać nasze.

Do niektórych koncertów przygotowujemy się 10 lat. Rozmawiamy z artystami, a potem przenosimy dyskusje na płaszczyznę publiczną na festiwalu. Na pytanie o korzenie zaproszeni przez nas muzycy odpowiadają swoją własną unikalną pieśnią. Niekoniecznie muzyką liturgiczną. Większość zaproszonych gości nie grywa w ogóle muzyki liturgicznej, ale jako ludzie zanurzeni w tradycji są ważnymi świadkami obecności Sacrum. Ich obecność zawsze posuwa debatę o tradycji i liturgii naprzód. Staramy się dotrzeć do tradycji naszych ojców i ją zrekonstruować oraz ożywić. Zwykle zresztą okazuje się, że ożywiać jej nie trzeba, ta muzyka żyje i umierać nie zamierza – tłumaczy Marcin Bornus-Szczyciński.

Dlaczego muzyka oderwała się od swoich korzeni? Najprostsza teoria jest taka, że zmienił się język liturgii, a zatem i liturgia. A to wiąże się z intelektualizowaniem tej przestrzeni i gubieniem podstawowej funkcji – celebracji. – Na Wschodzie należy Pana Boga chwalić i celebrować nabożeństwa w sposób właściwy, a ten sposób określa tradycja – wyjaśnia Maciej Kaziński, dyrektor festiwalu. – Dlatego ja stawiam pytanie: gdzie jest nasz Kościół źródłowy? Mam wrażenie, że obecna forma liturgii jest przetłumaczeniem narzuconej nam formy łacińskiej, zredukowanej w sferze muzyki, symboliki i gestów liturgicznych. Stąd postulat powrotu do korzeni słowiańskich, stąd inspiracja, żeby zaprosić kantorów z Rosji, Serbii czy Rumunii.

Festiwal w Jarosławiu jest jednak zjawiskiem daleko większym niż intelektualne koncepcje jednej osoby czy grupy. Program nie jest podporządkowany wymyślonej idei. Obecność osobowości muzycznych, koncerty, debaty, pytania, to wszystko doprowadza do jakiejś wspólnej myśli. Dyrektor festiwalu mówi tak: – Ważna jest tu zasada równorzędności zarówno osobowej, bo wszyscy (artyści i uczestnicy) przeżywamy wspólnie muzykę i jemy przy jednym stole, jak i wyznaniowej. Zapraszamy ludzi, którzy przeżywają Pana Boga na swój sposób i często są to ludzie bardziej od nas zaangażowani duchowo, a my możemy się od nich wiele nauczyć. Jest w tym taka głęboka myśl: Popatrzcie, Bóg jest większy, nie można zamykać Go w naszych kategoriach. Bardzo bym chciał, żeby ten festiwal dawał dostęp do takiego rozumienia i odczuwania Tajemnicy, żeby w nią wprowadzał.

Bogu służenie

Marianna Oklejak była na festiwalu osiem razy. – Wracam tu i zanurzam się jak w sadzawce. Tu wszystko cały czas trwa, na nowo i jednocześnie tak samo. Stały rytm buduje rytuał, błogosławiony powtarzalny mechanizm, który prowadzi do rzeczy nieziemskich. Nie potrafiłabym myśleć o Jarosławiu tylko w kategorii koncertu. Koncerty są elementem tak samo ważnym jak każdy inny.

Trzeba tu trochę pobyć. Na początku zalewa różnorodność muzyki i kultur, potem wszystko zaczyna się układać, łączyć i prowadzić. Takiemu dochodzeniu służy forma festiwalu, na którą składają się wieczorne koncerty, poranna jutrznia, warsztaty chorałowe, seminaria i nieszpory. – Jarosław to świąteczny czas, czas poza czasem – kontynuuje Marianna Oklejak. – Przez to, że jeżdżę tam od lat, sam wyjazd stał się dla mnie rytuałem, który obrósł innymi rytuałami. Zaczyna się od celebrowania podróży. Jadę zawsze porannym niedzielnym pociągiem. Przyjeżdżam na Dworzec Centralny w Warszawie, wchodzę na peron i widzę wiele znajomych twarzy, z których większość spotykam raz do roku w Jarosławiu. Potem trwa rytuał jazdy pociągiem. Gdy mijamy stację Przeworsk, staję w oknie i wyglądam dwóch wież klasztoru dominikanów, które zapowiadają mój cel podróży. Później jest przejście ze stacji kolejowej do opactwa, w którym mieszkamy. Potrzebuję tego czasu, żeby wsiąknąć w to miejsce. Żeby osiągnąć pewien stan ducha.

Następuje rytuał przejścia z jednego świata do drugiego. Jakby cały rok to było zataczanie jednego koła, a w Jarosławiu jakby zamykało się inne koło. Zapewne potrzebujemy tradycji i muzyki, która świadczyłaby o pewnej ciągłości, która dawałaby możliwość wejścia we wspólnotę z innymi pokoleniami. Jeżeli utracimy z nimi wspólny język, musimy historię zaczynać od nowa. – Dla mnie niezwykle ważne jest to, że istnieją formy uprawiane od wieków, które mają swój rytm, wciągają i angażują całego człowieka – stwierdza dominikanin o. Błażej Matusiak, który jeździ na festiwal od 1994 roku. – Śpiew wschodnich kantorów jest wspólnotowy, bo rodzi taki rodzaj słuchania, które jest słuchaniem aktywnym, modlitewnym. I nawet słowo w obcym języku nie jest przeszkodą, bo sama jego podniosłość i piękno na mnie działa, a to zmysłowe przeżycie prowadzi do przeżycia duchowego. Ja się śpiewem modlę – podsumowuje.

Świętowanie czasu

Na festiwal przyjeżdżają muzycy, którzy są badaczami, świadkami i depozytariuszami tradycji żywych. Wszyscy zakładają prymat nie swój własny, tylko muzyki, i tak wiernie, jak to możliwe, starają się przekazać ją w jej kontekście. Dlatego muzyka kościelna wykonywana jest w ramach liturgii, a muzyka biesiadna podczas biesiady. Dlatego festiwal to święto, które ma charakter i sakralny, i ludyczny. – Na festiwalu w pięknych formach wyraża się całe życie i w zabawie, i w modlitwie – stwierdza o. Błażej. – Gdy rozpoczynałem życie zakonne, ostro rozgraniczałem sprawy Boże i nie-Boże. Tutaj zrozumiałem, że wszystko jest jednością. Pamiętam występ bractwa z Sardynii. Zaśpiewali w naszym dominikańskim kościele, potem poszli procesją do studzienki, a na biesiadę przynieśli wino, chleb, kiełbasy i sery. Chodzili między stołami i częstowali. A tuż przed wyjazdem pożegnali się, śpiewając w kręgu ze słuchaczami. Festiwal pomagał mi dorastać do świętowania.

Tak rozwija się festiwal i tak rozwijają się wszyscy, którzy biorą w nim udział: publiczność, organizatorzy, artyści, wspólnie przeżywając muzykę i stawiając pytania o swoją tożsamość. – Bo muzyka ma nam wiele do powiedzenia na nasz temat – tłumaczy o. Wojciech Gołaski.

Śpiew to jest coś, co tkwi w człowieku i służy wydobywaniu jego istoty. Wydobywaniu piękna. – Dlatego myśląc o festiwalu, myślę o pięknym życiu – mówi o. Błażej. – Śpiew to dla mnie powrót do raju, do harmonii. Człowiek sam, bez instrumentów, jak Adam w raju, jest w stanie wydobyć z siebie coś, co tak poruszy innych. I robi to z natchnienia, dosłownie rozumianego tchnienia, oddechu, którym jest wciąż obdarowywany. Dlatego festiwal doprowadza mnie do pytania: co to znaczy być człowiekiem? I nie w aspekcie kultury czy religii, ale w najprostszym ujęciu – przed sobą, przed innymi i przed Bogiem.
Mimochodem

– Na festiwalu po raz pierwszy zaznałem życia muzyką – mówi o. Błażej. – Śpiewanie, koncerty, biesiady do świtu. Pamiętam pierwszy występ zespołu Schola Gregoriana Pragensis i wspólną z nim zabawę. Pamiętam też występ zespołu Linnamuusikud i jego biesiadne śpiewy z aktorami teatru Węgajty. Festiwal zamknął koncert chorałowy Dominique’a Vellarda, a gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki, wyszliśmy z kościoła i stanęliśmy w kręgu. Takie mam wspomnienia z festiwalu w 1994 roku. Gdy rano przed wyjazdem stanąłem w kolejce do kiosku i ktoś poprosił o program TV, pomyślałem: można przecież żyć według innego programu, można żyć pięknem.

Czyste wspomnienie raju
Magdalena Rybak

urodzona 27 maja 1977 r. w Warszawie – ukończyła Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa UW, współpracuje ze „Zwierciadłem”, „Sensem” i „Tygodnikiem Powszechnym”. Zadebiutowała książką Rozbiórka – wiersze, roz...