Z dzienników pielgrzymów
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Wyczyść

Dzień po dniu

Przeddzień. Pielgrzymka? Przecież ja nie lubię pielgrzymek. Być zależnym od pogody w ciągu dnia, od otwartości gospodarzy pod wieczór. Być obecnym wciąż obok kogoś i doświadczać czyjejś obecności. Czuć skrępowanie, wchodząc po dniu marszu do domu przygotowanego jak dla najlepszych gości. No i jeszcze, cóż to za pomysł na urlop – wczesne wstawanie, reagowanie na gwizdki. A jednak to moja decyzja, bo na pielgrzymkę nie można namawiać, jak na inny wyjazd.

Wyjście. Zazwyczaj świeci słońce. Entuzjazm na twarzach, powitania po roku, wypatrywanie znajomych i nowych twarzy. Oczekiwanie czy będzie tak samo jak zawsze. Niezabrudzone śpiewniki, czyste sandały. Rewelacja.

Pierwszy dzień pielgrzymki – grupa. Lubię obserwować strukturę i porządek grupy. Są tacy, którzy starają się iść z przodu. Torują drogę, biorą wiatr na siebie, dźwigają znaki. Mogliby iść szybciej, ale pamiętają o „przyczepce”. Są tacy, którzy wolą zostać z tyłu. Nikt nie depcze po piętach, jest nieco luźniej. Tylko od czasu do czasu ktoś podgania „ogon” do przodu. Jeszcze inni, trzymając kabelek łączący tuby, pilnują granic i zwartości grupy. Jest też grupa „brzegowa”. Tworzą ją ci, którzy chcą mieć trochę swobody – móc przyspieszyć lub zwolnić, nie depcząc po sąsiedzie. Lubią mieć „prawą wolną”, tak na wszelki wypadek. I jeszcze środek grupy – najbardziej zmienna jej część. Może wędrujący chcą się czuć bezpiecznie, a może lubią być wśród innych właśnie tam.

Drugi dzień pielgrzymki – słowo i muzyka. W grupie „Ciszy” słowo jest wzmocnione. Może bardziej na nie czekam? Gdy z oddali dochodzi głos bębenków i gitar, uśmiecham się do cudzej żywiołowości; tu przy śpiewie a capella czuję się bardziej na miejscu. O, dzięki wielkie za jedność w różnorodności i wolność także w tym.

Z konferencji staram się zapamiętać tylko coś, co będzie perełką. Lubię łapać pojedyncze zdania, choć miejsce w pamięci, jak na podium, nie jest raz na zawsze zajęte. Fantastycznie jest potem dyskutować i odkrywać zupełnie inne, zapamiętane treści. Przy lekturze się trochę gubię i wyłączam. Może dlatego, że jestem wzrokowcem? A może rozdziały są za długie? A może lektury za trudne na czas pielgrzymowania? Ale za łatwych też nie lubię, więc ten czas wykorzystuję jako naukę i już.

Trzeci dzień pielgrzymowania – zmęczenie. Podobno, gdy jest ci łatwo, idziesz dla siebie, gdy zaczyna być trudno, idziesz dla innych. Moje doświadczenie to brak zniechęcenia. Ale to też kolejna lekcja – nie wywyższaj się, że masz więcej sił, uszanuj cudze zmęczenie.

Czwarty dzień – czym jest dla mnie pielgrzymka? Odpowiedź nie była oczywista. Dziś powiem tak – jest przestrzenią i czasem, w którym czuję się jak Maria, która wybrała najlepszą cząstkę. Wszystko jest na swoim miejscu. Niczego nie ma za dużo, nic nie przeszkadza, wszystko można. Nie tylko w czasie liturgii i w świątyni czuję, co daje bycie blisko i modlitwa. A jednocześnie przez cały czas wiem, że za chwilę znów będę jak Marta. Pielgrzymka – żadnych uniesień i obietnic, że „odtąd to już na pewno…”, ale kilka dni radości, że jest śpiew, lektura, zasłuchanie i skupienie.

Piąty dzień – motywacja. Podczas jednego z noclegów gospodyni, mniej więcej w moim wieku, zadała mi pytanie – przepraszając za nie jednocześnie – czy gdybym miała własną rodzinę, chodziłabym na pielgrzymkę. Tak, chciałabym, bo pielgrzymka teraz to nie jest ersatz, to nie jest to wszystko, co można pomyśleć o osobach angażujących się bardziej.

Szósty i siódmy dzień – intencje. Gdy pod koniec pielgrzymki padają świadectwa, idę cichutko. I uśmiecham się do własnych myśli. Pewnie, że zawsze są prośby, ale naprawdę za każdym razem towarzyszy wędrowaniu jedno wielkie „dziękuję” – za wszystko co mam i czego nie mam, nie rozumiejąc, dlaczego nie mam. Gdy docieram do jasnogórskiej kaplicy, znów żadnych uniesień, czasami tylko szkoda, że to już koniec. Patrzę na moją patronkę i myślę – dobrze tu być.

Po pielgrzymce. Choć wyznaję zasadę, że do pójścia na pielgrzymkę nie należy nikogo namawiać, jak na wspólny wyjazd na urlop, opowiadam, że jest taka pielgrzymka, podczas której człowiek czuje się wolny w każdej chwili, podczas której jest słowo i cisza, choć o tę czasami trudno. Bo dobrymi rzeczami trzeba się dzielić, po prostu.

Maria Łączkowska

Kim jest pielgrzym

Któregoś dnia zadałem sobie pytanie: „kim jest pielgrzym”. Pamiętam, że przynajmniej część odpowiedzi usłyszałem wcześniej na jakiejś konferencji. Dodając do tego moje refleksje, wysnuwam wniosek, że pielgrzym to żywy świadek Jezusa, a nawet więcej, nie tylko świadek, ale także człowiek posłany przez Niego. Myślę, że w szczególności odnosi się to do czasu naszych noclegów. Korzystamy z gościnności innych ludzi. Sami niosąc nasze krzyże, a także krzyże tych, którzy nam polecili swoje sprawy, po drodze bardzo często zabieramy też intencje naszych dobrodziejów. Uważam, a w zasadzie czuję to w sercu, że wtedy mocniej dotykają nas słowa Jezusa: „Wy jesteście solą dla ziemi, wy jesteście światłem świata” (Mt 5,13–14) oraz „W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże” (Łk 10,7–9).

Oczywiście, ten drugi fragment dotyczy przede wszystkim rozsyłanych siedemdziesięciu dwóch, ale on mi coś uświadamia. Z jednej strony korzystamy z gościnności innych ludzi, ale z drugiej przynosimy im łaskę, Boże błogosławieństwo, które w ich życiu, przyjęte z wiarą, zaowocuje w sposób namacalny. Dlatego zawsze mi brakuje podczas opuszczania domu naszych gospodarzy wspólnej modlitwy – pielgrzymów i gospodarzy, o Boże błogosławieństwo dla nich. Marzy mi się, aby nasi przewodnicy powiedzieli coś na ten temat i nas do tego zachęcali, a może nawet podpowiedzieli jakąś stosowną modlitwę.

Arkadiusz Jokiel

Wschód spotkał się z Zachodem

Ile było tych moich pielgrzymek? Przestałam liczyć. Dużo. Ich świadkami są fotografie. Najpierw czarnobiałe z pielgrzymek warszawskich w latach 80. Wreszcie te wyjątkowo kolorowe z roku 1991.

Idę z dominikańską „Karawaną”. W tym roku wyróżnia nas szczególnie duża grupa gości zza wschodniej granicy. Z trudem uczą się pielgrzymki. Rozlegają się informacje, tłumaczenia konferencji po rosyjsku – cieszymy się, że tak dużo rozumiemy. Później okazuje się, że więcej niż Rosjanie – nie wystarczy dodać do polskiego słowa rosyjską końcówkę, jak to praktykował pewien starszy dominikanin.

W tym roku naszym celem jest nie tylko pielgrzymowanie przed obraz Czarnej Madonny, ale spotkanie młodych świata z Janem Pawłem II. Dlatego po kilku latach przerwy znowu wyruszyłam z Dorotą i Krzyśkiem, który na pierwszym noclegu przygarnął do swojego namiotu Edka. Co wieczór przygotowywanie tysięcy kanapek, wspólna kolacja, rozmowy, śpiewy.

Częstochowa. Za pomoc braciom ze Wschodu nasza grupa dostaje wejściówki – jesteśmy w sektorze tuż przy schodach, po których Ojciec Święty wchodzi na wały. Radość. Apel z Papieżem. Zapada zmrok. Ciepła, sierpniowa noc, rozgwieżdżone niebo; zostajemy na placu, wyciągamy śpiwory, jedzenie, jak tysiące ludzi wokół nas. Rozmawiamy, śpiewamy, modlimy się. Plac i okolice zamieniają się w międzynarodowe pole biwakowe.

Edek poznaje Davida, Kanadyjczyka, żołnierza z bazy NATO w Niemczech, który przyjechał na spotkanie w grupie wojskowych. Pogubili się. Został bez jedzenia, pomogliśmy mu. W nocy pod gwiazdami czyta nam Biblię i tekst niejakiej Valtorty, która podobno jest wizjonerką, o Wniebowzięciu Maryi, przejmujący w tych okolicznościach.

O świcie nakazują nam opuścić sektor – na Mszę z Papieżem trzeba mieć nowe wejściówki. Żałujemy bardzo. Tak nam tam było dobrze. Edek tłumaczy Davidowi, że musimy się przenieść. On sięga do plecaka i wyjmuje wachlarz zaproszeń – ile potrzebujecie?

Potem jeszcze ktoś mówi, że trzeba być na placu rano następnego dnia. Przyszliśmy. Garstka ludzi na różańcu z Janem Pawłem i my wśród nich. Dostaliśmy od harcerzy sznurki, modląc się, wiązaliśmy supły – powstał różaniec, który mam do dziś.

Ewa

Cisza chodzi wolno?

Spośród pięciu grup dominikańskiej pielgrzymki z Krakowa do Częstochowy Cisza2 idzie ostatnia. Właściwie nie idzie, a kroczy. Rozciągnięta w gigantyczną dżdżownicę, nawoływaną przez megafony do zwarcia segmentów. Załamujący ręce porządkowi dokonują cudów, aby rozkawałkowaną dżdżownicę scalić w jeden organizm. Tempo Ciszy2 jest wolne, dostojne i adekwatne do celu pielgrzymowania. Jakże odmienne od tempa Przystani, grupy szkół średnich, na tyłach której szłam gościnnie jeden odcinek, jako nadopiekuńczy dostawca drożdżówek. Przystań, z którą wędrowały moje dwie córki, gnała przed siebie na złamanie karku niczym bolid Formuły 1, drąc asfalt i połykając kilometry. To sportowe doświadczenie sprawiło, że – sarkająca wcześniej na żółwie tempo – zajęłam się porównaniem obu stylów pielgrzymowania.

Na pierwszy rzut oka różnica polega na prędkości. Na prędkość wpływa jednak technika pielgrzymowania. W Przystani jest mało zróżnicowana; przypomina galopadę, dając ruch jednostajnie przyspieszony, na który wyhamowująco działa jedynie miejsce postoju. W Ciszy2 obserwuje się natomiast bogactwo technik, modyfikujących ruch: chętnie przemieszcza się ona zarówno w ruchu zmiennym, jak i jednostajnie opóźnionym, uwzględniając przy wyborze szereg dodatkowych warunków, takich jak czynniki atmosferyczne, nasilenie ruchu drogowego czy atrakcyjność terenu pod względem obecności sklepów.

Do technik najchętniej używanych w Ciszy2 zaliczyć można: a) drobienie; b) krok medytacyjny (charakteryzujący się naprzemiennością cykli dynamicznych i statycznych, przechodzących w zastyganie); c) styl wielofunkcyjny – obejmujący jednoczesne wykonywanie innych czynności, jak porządkowanie plecaka lub manewry ze śpiewnikiem; d) technika budulcowa (stosowana w celu zabudowania wolnych przestrzeni w kolumnie – hasłem do jej użycia jest komenda porządkowych „łatać dziury”); e) hamowanie (technika ma zastosowanie przede wszystkim na czele kolumny).

Warto odnotować, że różnorodność peregrynacyjnomotoryczną Ciszy2 zwiększa dodatkowo fakt, iż techniki te mogą występować jednocześnie, z różnym natężeniem – w zależności od segmentu dżdżownicy. Drobienie jest najintensywniejsze w okolicach kabla od głośników; z techniką budulcową można spotkać się najczęściej na tyłach kolumny.

Jednoczesne stosowanie wymienionych technik jest przedsięwzięciem karkołomnym i wymaga precyzji oraz czasu. Zrozumiałe więc, że grupa przemieszczająca się wedle tak skomplikowanego wzorca trasę z punktu A do punktu B pokona w czasie dłuższym.

Ewa Kujawska

Wrzątek na twarzy

Na nocleg udajemy się do szkoły w Mrzygłodzie. Zajęliśmy jedną z klas. W naszej grupie jest starsza pani. Podziwiamy jej wytrwałość w pokonywaniu trudów maszerowania. Jest dobrze zorganizowana. Widać, pielgrzymka to dla niej nie pierwszyzna. Rzeczy spakowane w woreczki foliowe, grzałka, kubek zawieszony z boku plecaka. Zaczyna się wieczorna krzątanina. Każdy zajmuje swoje terytorium. Kolacja i marzenie o kąpieli. Po pewnym czasie pierwsze równe oddechy – sen.

Budzi mnie dziwny szelest blisko ucha. Natrętny. Komar? Nie, to za głośno. Ciężka i skrzypiąca jak stare wrota powieka unosi się do góry. Świta. To pani Basia sprawdza i przepakowuje swój bagaż. A foliowe woreczki szeleszczą, szeleszczą, szeleszczą. Żeby tak jeszcze pospać. Ponowne nagłe przebudzenie. Zalało nas? Toniemy? Tym razem powieka dźwiga się do góry szybciej, bo dźwięki coraz bardziej niepokojące, a na twarzy czuję gorące krople wody. W odległości 20 centymetrów od mojej twarzy, w kubeczku pani Basi wesoło bulgocze gotująca się woda, a właścicielka pakuje woreczki do drogi. Dalszy przebieg wydarzeń przypomina sceny z kreskówek Walta Disneya. Kaczora Donalda też prześladowały sytuacje, z którymi nie mógł dać sobie rady. Szybkim ruchem ręki wyszarpuję wtyczkę grzałki. Przysypiam. Po kilku minutach, ponownie woda na twarzy. Znowu wyciągam wtyczkę. To szeleszczące woreczki odwracają uwagę pani Basi od nastawionej wody. „Walka” pomiędzy kubkiem, workami i snem trwa jeszcze jakiś czas. Wreszcie pora wstawać. Za godzinę ruszamy.

Marzenie o kąpieli lub choćby dostępie do umywalki na odległość wyciągniętej ręki, to myśli często obecne w pielgrzymich głowach. A zdarzyło się tak – znowu nocleg w szkole, kolejka do pryszniców, umywalek i toalet u zaawansowanych wiekiem uczestników pielgrzymki budzi sentymentalne wspomnienia o czasach, które minęły. Zbieramy męską grupę, bierzemy ręczniki i mydła. Jak myśliwi, zanurzamy się w otaczającą szkołę ciemność nocy w poszukiwaniu wody. Po kilkunastu metrach staje przed nami (jeszcze o tym nie wiemy) dobroczyńca. „Czego szukacie?… Wody!” Chwila oczekiwania. W remizie, mówi, stoi nowiutki wóz bojowy. A nasz opiekun jest strażakiem. Po kilku minutach z garażu wyjeżdża, błyszczący i wielki strażacki wóz. Będzie kąpiel. Zawarczało, zasyczało. Nikt z nas nie przypuszcza, że wąż strażacki to taki kran umywalki z ciśnieniem większym o kilka zer. Efekt był tak gwałtowny, że cała ekipa kąpielowa została siłą i ilością wody pozbawiona resztek odzienia. Radosna grupa Adamów nie z własnej woli. Jak zwycięzcy wracamy potem do szkoły, mijając stojących w kolejce, spragnionych kąpieli.

Andrzej Kluczyński

Z dzienników pielgrzymów
Maria Łączkowska

dziennikarka, recenzentka książek, wieloletnia dziennikarka poznańskiego radia „Emaus”....

Z dzienników pielgrzymów
Arkadiusz Jokiel

pielgrzym....

Z dzienników pielgrzymów
Ewa

pielgrzym....

Z dzienników pielgrzymów
Ewa Kujawska

pielgrzym....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze