Nikt nie uwierzy

Nikt nie uwierzy

Szanowny Lwie,

I znów byłem w Paryżu. Nieco zdziwiony, że nic się tu nie zmieniło podczas mojej nieobecności. Ludzie zwykli zaliczać takie wrażenia do bolesnych, zwłaszcza ci, którym się wydaje, że mają do tych krajobrazów jakieś dziwaczne prawo, być może nawet uważają siebie za ich niezastąpiony element. Nie dotyczyło to mnie, oczywiście, bo ja byłem przechodniem, zresztą – nabierając coraz większej wprawy w wypróbowywaniu na sobie dość straceńczego humoru – uważałem ze wszystkich sił, aby nie paść ofiarą tej rozedrganej samozagłady. Potrzebowałem powagi jak nigdy wcześniej, wykluczyłem więc – o ile to było możliwe – wszelkie litowanie się nad sobą, zdziwienie byle czym, podobnie jak zachwyt. Pragnąłem hodować w sobie tę pustkę, którą przywiozłem z Pornic. Bo przebaczenie – jak Ci już zdążyłem o tym wspomnieć w poprzednim liście, Szanowny Lwie – było jak krótka chwila zaprawiona smakiem jodu, jak bryza morska – szło sobie przeze mnie, szło i przeszło.

Diabli wzięli całą moją pustkę

Czułem się więc jak ściśnięta pięść i wtedy w tłumie dojrzałem diabła z Nopti. Poznałbym go na końcu świata, a tu był koniec świata, no, może raczej przygotowanie do sądu ostatecznego. Handlarze starzyzną głośno zachwalali swój towar, powiewali przenicowanymi marynarkami, wypchanymi w kolanach spodniami niczym wojennymi chorągwiami, lecz to radosne podniecenie nie władało nimi tak naprawdę – w jednym momencie potrafili rzucić na stos swoje biedasztandary i ochoczo zabrać się do pałaszowania porcji cebulowej zupy troskliwie roznoszonej przez brudną służącą z niedalekiej garkuchni.

W środku tego całego bałaganu złożonego ze szmat, starych łóżek, perkalikowych parawanów stał na gazecie diabeł i przymierzał gniady garniturek. Jego dziurawe skarpetki podtrzymywane na rozciągniętych niemiłosiernie podwiązkach, niezbyt czyste kalesony dodały mi – co tu dużo mówić – odwagi, próbowałem więc przepchnąć się do niego, klucząc między straganami i przeskakując rozłożony na ziemi towar. Na próżno. Widziałem go jeszcze, jak przybijał na zgodę ze sprzedawcą, który wręczył mu obwiązany sznurkiem pokaźny pakunek. Potem znikł. Zawołałem za nim, ale głos mój ugrzązł gdzieś między kradzionymi mosiężnymi klamkami a wzgórkiem starych zamków do drzwi i ogromnych kłódek. Nie powinienem, wiem. Ale, Szanowny Lwie, on był stamtąd! Tak, chciałem go zapytać o Msabu i starego Arthura. Jedynym moim usprawiedliwieniem była tęsknota.

I tak oto, Szanowny Lwie, diabli wzięli całą moją pustkę. Potem ogarnął mnie z trudem tłumiony chichot, bo przypomniałem sobie, jak to w La Mossardiere dyskutowano pewnego popołudnia, czy słowo powinno być brane dosłownie. Obrano w końcu wyważony kompromis, który wyłożono w następujący sposób: „każde słowo winno być brane dosłownie, gdyż inaczej gnije i zamienia się w kłamstwo, ale z drugiej strony nie wolno go brać dosłownie, bo świat stałby się domem wariatów”. Gdyby oni to widzieli! – myślałem pełen satysfakcji – gdyby oni to widzieli, jak diabli wzięli tę całą moją pustkę! A jednak – dusiłem się od nerwowego śmiechu – a jednak należy opowiedzieć się za dosłownością, i to niezależnie od kosztów… gdyby oni to widzieli, te podwiązki, te wełniane skarpety w lecie…

Diabeł w gniadej marynarce

Wracałem na rue Beyeler do misjonarzy. Minąłem jakiś szeroki, lecz płytki plac i zamierzałem skręcić w stronę rzeki z mocnym zamiarem odszukania Jacques’a. Należała mi się od niego choćby całkiem mała pochwała – przecież zacząłem pisać powieść o wyspie starców. I wiernie stosowałem w niej wszystkie zdradzone mi przez niego literackie sztuczki. Tak naprawdę jednak pragnąłem, aby jeszcze raz przed wyjazdem zaprowadził mnie do konwentu świętej Urszuli. Chciałem zobaczyć jego córkę i duchowo się oczyścić. Lecz tam, gdzie plac zwężał się w ulicę obsadzoną młodziutkimi platanami, pokazał się on! Znów miałem go w zasięgu wzroku! Jego podrygujące dziwacznie ramiona, długie, jakby z przesadą stawiane kroki i to przygięcie, złamanie – jakby stale opierał się potężnej wichurze. Szerokie plecy w przyciasnej, gniadej marynarce. I ręka wstydliwie wędrująca do ust z kawałkiem bułki ułamanej w kieszeni. Niczym nie różnił się od kłębiących się tu przymierających głodem fantastów, wydrwigroszy marzących o założeniu wpływowego dziennika, którzy łapiąc za guzik swojego rozmówcę, oświadczają mu protekcjonalnie: „Nie wierzysz pan? Nie wierzysz? Przecież zaczynam z trzystoma tysiącami franków obiecanymi mi przez Girardina! Nie wierzysz pan?”.

„To on – myślałem podniecony – żeby tylko nie stracić go z oczu”. Skręcił w ulicę stykającą się z nieznanym mi z nazwy placem. Poszedłem za nim. Nagle odwrócił się i stanęliśmy twarzą w twarz.

Tiens! Vous voila… Wyobraź sobie pan lub wystaw – zaczynam z trzystoma tysiącami obiecanymi mi przez Girardina! Nie wierzysz pan?! – patrzył na mnie triumfalnie – nie wierzysz pan?!
– Wierzę – odpowiedziałem spłoszony jego perfekcyjną znajomością moich myśli. – Ty tutaj?!
– No przecież, że tutaj, skoro nie tam, choć w moim przypadku niekoniecznie podpada to pod taką logikę przestrzeni. A ty, młodzieńcze?
– Ja? – zwlekałem z odpowiedzią – ja też tutaj, bo nie tam. A Arthur?
– Nie znam – uciął krótko.
– Ty tu po raz pierwszy?
– Pierwszy? A to dobre! Młodzieńcze! Pewna zabawna historia przygnała mnie do tego słodkiego kraju już w 1826 roku. Przypadkowo znalazło się miejsce na okręcie i płynąłem z Chartumu razem z żyrafą od wicekróla Egiptu, niejakiego Mohammeda–Ali. Królik, króliczek. Z ambicjami. Ten lizus, chcąc podreperować swoją reputację u Karola X, wysłał mu w darze „zarafę” – jak śmiesznie ochrzcili to zwierzę Francuzi. – Po słowie „ochrzcili” splunął na trotuar i jak prostak wytarł sobie usta rękawem gniadej marynarki. – No, a potem ta komiczna podróż do Paryża. Dwóch żandarmów na czele pochodu, następnie niejaki Geoffroy, naturalista, potem krowy – żywicielki, ona, żyrafa prowadzona – o ile dobrze sobie przypominam – przez dwóch mameluków Hassana i Atira, i znów dwóch żandarmów na koniach. No i ja uwijający się pośród eskorty. Ach, to były czasy! Czas się rzeczywiście liczył inaczej, mój drogi. Prędkość tego egzotycznego pochodu to trzy i pół kilometra na godzinę, odpoczynek w południe, a jakże! I te tłumy ciekawskie a bojaźliwe wylegające na drogi, te delegacje, kwiaty! A ona? Rozczulające! Ona miała na sobie kapę szytą na miarę z nawoskowanej tafty i rodzaj sabotów, bo przecież kopytka się ścierają… No, o ile nie jest się diabłem! Z Marsylii ruszyliśmy 20 maja 1826 roku o świcie, no a w Paryżu mój drogi, w Paryżu stanęliśmy 30 czerwca. Ale, ale, rozmarzyłem się. Zdarza się. Wtedy to bywali u żyrafy Flaubert, Stendhal, Balzak.

Metamorfozy są w modzie

Słuchałem go z zaciekawieniem, lecz tembr jego głosu, gestykulacja i wzrok pełne były jakiejś niepokojącej kpiny, ironii, jakiegoś bezbrzeżnego błazeństwa, które spostrzegłem u niego właśnie teraz – co znaczy, że dawniej tego nie miał? Nie wiem. Nie dostrzegłem tego w Afryce.

– Dziwnie jakoś… hm… zmieniłeś się, nie sądzisz? – odchrząknąłem, starając się ukryć podpełzający pod serce strach.
– Mój drogi, metamorfozy są w modzie, od kiedy myśl zaczęła kiełkować w mózgownicach tych troglodytów, ta migotliwość, niestałość, transmutacja – że się tak wyrażę – psychiczna, są ich domorosłą próbą wyzwolenia się, hm, no może nie ode mnie, ale od tego całego bałaganu – jak On to nazywa – wzniosłego powołania, bo nie zaprzeczysz, że omamieni wielką obietnicą przez tego cieślę, jasną perspektywą, którą im tak skwapliwie przy każdej okazji wytyczał, napinają te swoje mięśnie kurczaka, by być w zgodzie z własnym sumieniem, no, może i z jakiegoś tam strachu przede mną, ale pod spodem, tak, pod spodem ani na jotę nie są przekonani, że się im to uda, stroszą jeszcze te piórka, całym ciałem przylegają do obrzędów a zarazem… cichcem, cichcem wycofują się ze wszystkiego i zwracają bilet do nieosiągalnego raju, nie zaprzeczysz, że bycie kimś całkiem innym, niż się było, a potem znów kimś całkowicie innym niweczy logikę kary? Lepsze to niż ciągłe rozdarcie między obietnicą a niemożnością. Lepsze to niż praktykowanie europejskiej moralności, o której mędrzec powiedział, że „prowadzi do takiego punktu, z którego nie ma wyjścia, tak że człowiek, zdając sobie z tego sprawę, początkowo wykonuje ruchy brodzącego w płytkiej wodzie, dopóki czuje twardy grunt pod nogami, nagle jednak, kiedy idzie kilka kroków dalej, ruchy te zmieniają się w oszalałe gesty tonącego, jakby dno życia zapadło się i nagle z płycizny stawało się niebezpieczną głębiną”. Niezłe, co?

Trzy etapy życia duchowego

– Ale ty… ty byłeś wcześniej… jak mi się zdawało, bardziej tragiczny – wydusiłem z siebie kiepsko posklejaną myśl przekonany, że on i tak doskonale już ją poznał i posklejał.

– Mój drogi, czy tylko dlatego, że jest się diabłem, należy zrezygnować z duchowego rozwoju?! Czy nie mam prawa przejść przez trzy etapy życia duchowego?! Przyznam, z powodzeniem zaliczyłem podstawówkę duchową – byłem jak ta żyrafa wzruszająca kmiotków, wystarczyły mi niewinne psikusy – co najwyżej namawianie do cudzołóstwa czy fałszywego świadectwa, ot, drobna, wesoła asystencja – to był okres prawdziwie ludyczny. Był i heroiczny czy dramatyczny, jak to ty nazywasz, ale to podnieca tylko pisarzy, poetów i młodych księży, którzy tak są poruszeni własną produkcją, erudycją i własnym cierpieniem, że przechodząc z tego życia w zaświaty, wcale tego nie zauważają! Dyskutują namiętnie na temat tego ich papierowego świata, który, owszem, nosi od czasu do czasu piętno rzadkiego kunsztu czy nawet samouwielbiającego się heroizmu. No i tak ich zostawiamy. Od niedawna dosiadam rzadkiego wierzchowca, to prawdziwy imperial, mój drogi, być może nawet będziesz tu świadkiem jego ujeżdżania. Ale zostawmy to… Bo tobie zapewne chodzi o mój niezbyt elegancki wygląd, prawda? Cóż, nie muszę cię przecież przekonywać, że w jednej sekundzie i na życzenie mogę stać się doktorem Benassis, posiąść twarz Cezarego Birotteau czy usiąść w postawie zdradzonego przez żonę pułkownika Chabert, mogę być, kim zechcę, odegram z powodzeniem całą komedię ludzką. Lecz nawet ja nie lubię żyć w kłamstwie, oczywiście w kłamstwie na temat samego siebie.

Usiądźmy, proszę – szerokim gestem wskazał granitowy krawężnik. – W rzeczy samej – jak wszyscy moi pobratymcy – padłem ofiarą własnego wyrafinowania. Ba, przerafinowania na wszystkich możliwych poziomach stworzenia. Jego skutek, mój drogi, jest zadziwiająco prosty, nikt z nas nie przypuszczał, że aż tak prosty, choć codziennie można na ulicy i podwórkach spotkać te urokliwe, dwukołowe, podzwaniające stalą i żelazem warsztaciki ostrzących noże.

– Nie bardzo cię rozumiem, nie nadążam – wyznałem szczerze.

– Nic trudnego, mój drogi, przeostrzony nóż staje się tępy, ot co. A nasze wyrafinowanie i subtelność podnoszone w nieskończoność balansuje niebezpiecznie w stronę… hm… czegoś, co przypomina wyglądem i zachowaniem przeciętnego paryskiego alfonsa, ale myślę, że ludzie lubią u mnie i u siebie ten przechył, czy jak to niektórzy mówią – „powrót do normalności”, kiedy to wreszcie można rozluźnić krawat, odrzucić widelec i przestać deliberować nad problemem, czy za wszelką cenę mamy ocalić swoje życie czy też ważny jest sposób jego ratowania, skończyć z subtelnościami pochodzenia płci u Platona i posłuchać żeńskiej orkiestry dmącej w puzon! Z utęsknieniem czekam na kogoś, kto będzie potrafił to stoczenie, ten przechył – oczywiście z dobrą porcją inteligenckiego strachu i histerii – oddać wreszcie na papierze, ująć, spiąć ostrogą własnego talentu. Oby znalazł się ktoś, komu poprowadzimy pióro, rozpoczynając oczywiście od nas, od kilku wesołych podskoków, kilku naszych metamorfoz w tanim stylu, by następnie tak ubawionemu i wydartemu wreszcie z nudy pokazać jeśli nie całe piekło, to kilka soczystych okropności w stylu wpadającego pod tramwaj faceta i jego turlającej się między szynami niczym bilardowa kula głowy – uważasz? Żeby sobie za dużo nie myślał. A potem oczywiście wystąpi On w całym tym ludzkim niedołęstwie i mozole mamroczący coś o prawdzie do Piłata. I nagle kurtyna! A zza kurtyny… a zza kurtyny tylko ręka pokazująca figę z makiem! Przecież rozochoceni i przerażeni do szpiku kości będą domagać się dalszego ciągu, wyjaśnień, podjęcia działań…W tym musi być jakiś ukryty sens! W tym tkwi jakaś zachęta! Jakaś detronizacja! Nareszcie ktoś się odważył! A potem to już tylko niewielki kroczek do zafundowania im w całej okazałości opery komicznej. Oczywiście z żołnierskim baletem na sto dwa w tle. Myślę o tym dzień i noc, ale to jest cena za osiągnięcie trzeciego etapu… etapu czynu. I mylą się ci, którzy niesprawiedliwie zarzucają mi zawiść wobec Niego. To kompletna bzdura. To prawda, że czasami jest bardziej skuteczny niż my, ale nie szkodzimy Mu, by sprowadzić Go do naszego poziomu, bo to jest po prostu niemożliwe. Motorem naszego działania jest rzecz całkowicie odmienna i o wiele skuteczniejsza. To po prostu uzurpacja, mój drogi. Uzurpacja skazuje nas na wieczny sukces, to ona szepce nam do ucha – nie udało się tym razem? Nic nie szkodzi, uda się następnym. Podniecające, nieprawdaż?

Takie były czasy

Wstał i okręcił się wokół siebie, szukając czegoś. Stał przez chwilę niezdecydowany na brzegu trotuaru, podobny do ślepca czekającego na życzliwą rękę i głos, postąpił nawet kilka kroków do przodu, ale się cofnął i znów przysiadł się do mnie. Schylony pisał coś pazurem w ulicznym kurzu.

– Ot, malutki cytacik, tyci, tyci, małe filozoficzne kurczątko, ptaszyna niewielka wysiedziana w gnieździe mimo hemoroidów przez pewnego pesymistę z Gdańska, wiesz, gdzie to jest? Nie masz pojęcia? Nad zimnym morzem. Tam, a może tam? Gdzieś, nigdzie – podniósł się i jakby zbierał się do odejścia. – Nic nie widzisz? – droczył się – nie możesz odczytać? Tu jest napisane: „Kto oczekuje – sylabizował z przesadą, akcentując każde słowo – że w świecie diabły będą nosiły rogi, a błazny dzwonki, ten zawsze stanie się ich łupem lub igraszką”. No i co ty na to? Takie sobie, prawda? Coś jak przekłuty balon. I to ma ostrzec tych ludzi. I temu podobne papierowe kaznodziejstwo adresowane do i tak już przekonanych. A wokół? A wokół cisi ludzie, jak owce niemające pasterza. Oczywiście – cmoknął – to bardzo mili ludzie, zarazem jakby wstydliwi i lekko nerwowi, gdy tylko udowodni się im, że tak naprawdę wola podporządkowania jest ich wolą. No, no, no, zaraz ich uspokajam, tylko bez rękoczynów – mówię – wulgarnych słów i ciągania po sądach, latania do proboszcza, żeby coś doradził, żartowałem przecież. Sprawy mają się o wiele prościej. Odłóżmy więc na bok wewnętrzne niepodległości i autonomie i porozmawiajmy na przykład o małych korzyściach. Płynących. Oczywiście, że macie do nich prawo. Historyczne. I spożytkujecie je bez marnotrawstwa. Do dna. Jeśli nie wy, to wasze dzieci, nie mamy to aby córek na wydaniu? Hę? Porozmawiajmy o cenach. Galopujących. Niczym suchoty. Nadstawiają uszu. Po chwili wahania przyznają mi w duchu rację, gdy jeszcze inteligentnie podpowiem im, do jakiego zbiorowego cierpienia mają się odwołać, pomniejszając cierpienie innych! Cierpienia, którego za żadne skarby nie pozwolą sobie odebrać, nawet jeśli w końcu ono niszczy i pożera ich pamięć. Gdy ich już skuszę, roztaczam przed nimi obrazy przyszłego szczęścia. Jest to dla mnie dzień prawdziwego odpoczynku. Występuję najczęściej w przebraniu starej, rumianej kobiety z pokaźnymi biodrami, która sprzedaje naiwne makatki i lniane ręczniki z uspokajającą sumienie haftowaną filozofią: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”, „Uporasz się ze wszystkim najlepiej, jak potrafisz”, „Umieć wydobyć ze wszystkiego to, co najlepsze”. Ukazuję im, na mgnienie oka, ich skromną przyszłość, kiedy już wrócą z wyprawy, siwowłosi, doświadczeni, dumni. Na cienistej werandzie bez pośpiechu rozsmarowują na grzankach powoli topniejące masło. O tak, długo go sobie odmawiali. A teraz smarują na jedno oko, na drugie oko, za dziadziusia, za babusię i wszystkich poległych za to masło. A wokół nich moje sprawne ręce dekoratora sadzą malwy, nieśmiertelną lebiodę i tymianek. Niektórzy siedzą w zasobnych bibliotekach pod gipsowym biustem Minerwy – w tym tanim klasycyzmie szukając dyscypliny ducha i spokoju sumienia, który higienicznie nazywają „uporządkowaniem faktów”. Myślą również o tym: jak to jest, że takie same warunki niekoniecznie produkują takich samych ludzi? Bywa, że pozwalam ich jasnowłosym córkom podbiec do fotela i na chwilę przytulić się do oddychającej równo pod eleganckim szlafrokiem ojcowskiej piersi. „Och, tatku, proszę zejść na kolację, bo się pogniewam”. Widzę, jak promienieją wtedy, jak daliby się pokrajać dla tego małego, grożącego im przekornie paluszka, jak ukradkiem ocierają łzę nabrzmiewającą w kąciku oka. Myślą o wnukach. Jeśli stają się choć trochę silniejsi, pozwalam przemówić ich córom nieco inaczej. Scena ta sama, ona podbiega, zakochana w tych siwych, prostych włosach jak podlotek, przytula się, siadając wdzięcznie na oparciu fotela. Lecz potem pada właśnie to jedno pytanie i to jest nowość w przedstawieniu: „Czy Tatko zabijał?”. Oczywiście nie rzucam ich ot, tak, na głębinę wewnętrznych walk i pasowania się z przeszłością, gdzieżby tam, czuwam z długim drągiem na brzegu niczym holenderski mieszczuch uczący pływać swoje pociechy. Odpowiedź mam przygotowaną zawczasu, prostą, przekonującą. Przyjmują ją z wdzięcznością jak kubek gorącego mleka podawany im rankiem przez czułą żonę. Ten gotowy moduł zapewnia im jako taką używalność systemu nerwowego, tak iż bez zbytniego skrępowania mogą zachować łup może niezbyt godny wielkich bohaterów, ot, choćby to futerko z norek, zdarte z kogoś, porcelanowe spodeczki, obrus z cudzym monogramem: „Tak, córeczko, takie były czasy. Trudne czasy. Całe szczęście, że tobie już nic nie zagraża”. Przyznasz, że genialne! Nie wiem, dlaczego lubią miesiąc maj. Wpadłem na to całkowicie przypadkowo, wyznaję. Potrafi upoić ich rozkwiecona łąka i… stado łaciatych, dorodnych krów, które namiętnie hodują. Zdziwieni, że przeżyli, zdziwieni, że zapomniano o ich winach, z lubością zanurzają dłonie w lśniącej sierści tych bydląt i wtedy rodzą się raz jeszcze, upewnieni, że ten świat istnieje rzeczywiście. Ten świat. Bo ten, który zniszczyli, był ledwie przymiarką do stworzenia, choć dla niektórych usuniętych przez nich poza nawias ludzi był całym światem.

Podciągnął wysoko swoje gniade portki, zapiął na wszystkie guziki gniadą marynarkę i odpędził od czoła natrętną muchę, choć mnie się zdawało, że zasalutował. Szedł znów przed siebie zgięty we dwoje, jakby opierając się potężnej wichurze i już miał zniknąć za zakrętem, kiedy zawołałem na niego.

– Ale dlaczego mi to wszystko powiedziałeś?! Czy nie boisz się… – Widziałem, jak zwija dłonie w śmieszną trąbkę i przykłada ją do ust.
– Bo. Tobie. I tak. Nikt. Nie uwierzy. Głupku!

Twój Karomenya

Nikt nie uwierzy
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...