małe dziecko na rękach podczas sakramentu chrztu świętego
fot. Anna Hecker / Unsplash

Moja chrzcielnica

Wiosną 2002 roku – byłem już wtedy od kilku lat księdzem – postanowiłem sprawdzić datę mojego chrztu. Wcześniej przez myśl mi nie przeszło, żeby się tym interesować. Nie było to trudne, wystarczyło zajrzeć do metryki chrztu. Data okazała się łatwa: uroczystość Apostołów Piotra i Pawła, 29 czerwca.

Skąd się wzięła ta ciekawość? W naszym kościele w Gdańsku, rokrocznie jakiś starszy pan zamawiał mszę dziękczynną w rocznicę chrztu. Dziwiło mnie to i zarazem imponowało mi, że ktoś tak konsekwentnie świętuje ten dzień, jak inni urodziny lub imieniny. Drugi motyw, to gest Jana Pawła II z jego pierwszej pielgrzymki do Polski. Wchodząc do swojego parafialnego kościoła w Wadowicach, ucałował chrzcielnicę, a potem powiedział: „Kiedy patrzę wstecz, widzę, jak droga mojego życia prowadzi mnie do jednego miejsca, do chrzcielnicy w wadowickim kościele parafialnym. Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Kościoła”. Ten pocałunek był i jest dla mnie przejmujący i ważny.

Nazajutrz po ustaleniu daty chrztu wsiadłem na rower i pojechałem do kościoła, w którym zostałem ochrzczony. Było we mnie przekonanie, że muszę zobaczyć to miejsce, dotknąć go. Nie wiem, czego się spodziewałem, ale pchała mnie tam jakaś nadzieja.

Jechałem przez ponad 70 kilometrów, dziwiąc się temu, co robię, ale jeszcze bardziej zdumiewając się, że zostałem ochrzczony, że jestem chrześcijaninem. Po drodze przypominały mi się obrazki z dzieciństwa, kiedy w niedzielne poranki ojciec woził mnie do kościoła z sąsiedniej wioski, w której mieszkaliśmy. Woził na rowerze, sadzając w wiklinowym foteliku zamocowanym na kierownicy. Czasami też nosił „na barana”, a zimą on albo ktoś ze starszego rodzeństwa woził mnie na sankach.

To było dawno, trzydzieści lat temu. Teraz kościół wydał mi się zupełnie obcy, nieznajomy. Ostatni raz byłem w nim, gdy miałem cztery, może pięć lat. Podszedłem do chrzcielnicy, ale nie pocałowałem jej, bo wydało mi się to zbyt patetyczne. Dotknąłem jej tylko, pogłaskałem ją, a i tak było to dla mnie bardzo przejmujące. Odprawiłem tam mszę dziękczynną za chrzest i za moich rodziców.

Miałem jedenaście dni, kiedy zostałem ochrzczony. Oni, rodzice i chrzestni, przynieśli mnie, wyznali wiarę i zobowiązali się tej wiary mnie nauczyć. Od nich (czy też przez nich od Boga) otrzymałem coś tak ważnego dla mojego życia. Coś, co przez długi czas ceniłem sobie zbyt mało. Dopiero ta „pielgrzymka do chrzcielnicy” mi to uświadomiła. Żałuję, że nie zdążyłem świadomie i wyraźnie podziękować rodzicom za chrzest i wiarę. 

Moja chrzcielnica
Cyprian Klahs OP

urodzony w 1969 r. na Kaszubach – dominikanin, magister braci studentów w Krakowie. W zakonie pełnił liczne funkcje: duszpasterza akademickiego w Gdańsku i Prudniku, redaktora Katolickiej Agencji Informacyjnej w Warszawie,...