Mistyka otwartych oczu

Mistyka otwartych oczu

Tomás Halík, Wzywany czy niewzywany. Bóg się tutaj zjawi, przeł. Andrzej Babuchowski, WAM, Kraków 2006, s. 320

Coś dzieje się z chrześcijaństwem. Pojawiają się rysy, pęknięcia, kruszeje postać. Odnoszę wrażenie, że wiara uczniów Mistrza z Nazaretu rozcieńcza się, rozmienia na drobne. Wydaje się, że obecność chrześcijan i chrześcijaństwa nie zmienia świata, jakby w ogóle nie miała znaczenia. Równie dobrze mogliby nie istnieć. Ale to przecież nam pozostawiono słowa, że Pan Jezus nas nie opuści i będzie z nami aż do skończenia świata. Mało tego, Kościół ma trwać w świecie i być wyraźnym znakiem. Jednak ten świat doskonale radzi sobie bez chrześcijaństwa. Jesteśmy zagubieni. Chrześcijaństwo nie jest już jedyną drogą, wszak coraz częściej udowadnia się, że są wyjścia alternatywne. Lepsze. Szybsze. Kultura, która miała być przeniknięta chrześcijaństwem, jest wroga wskazówkom Nazarejczyka. Sami chrześcijanie są nieco zakłopotani tą sytuacją, ale pozwalają, by wytrącono im broń z ręki. Współczesne osiągnięcia artystyczne są przesycone obrazami śmierci, jednak nie mają nic do powiedzenia na jej temat. Obecna „kultura śmierci” może jedynie pokazać śmierć, nie jest jednak w stanie niczego o niej powiedzieć. Paradoksalnie najwięcej do powiedzenia na jej temat mają chrześcijanie, ale ci uparcie milczą. Z pewnością czas, w którym żyjemy, jest niezwykły. Coraz silniejsze są napięcia eschatologiczne. Coś się dzieje z tym naszym oswojonym, ugłaskanym chrześcijaństwem, które zatraciło swój pazur.

Europa: nasza historia, nasze chrześcijaństwo

„Europa dzisiejsza nie jest ani niechrześcijańska, ani niereligijna. Jest w pewnym sensie chrześcijańska i w pewnym sensie religijna. Religią Europy nie jest dzisiaj chrześcijaństwo, a nasze europejskie chrześcijaństwo nie jest już religią”, czytamy w pierwszym z wykładów Tomáąa Halíka zamieszczonych w zbiorze Wzywany czy niewzywany. Bóg się tutaj zjawi. Pogląd ten będzie na wiele sposobów pojawiał się w większości tekstów Halíka. Jednocześnie te trzy zdania stanowią klucz do zrozumienia książki. Mogą także stać się pomocą w próbie zrozumienia tego, co się dzieje współcześnie z chrześcijaństwem.

Nasze europejskie chrześcijaństwo nie jest już religią? Brzmi to bardzo prowokacyjnie. Śledząc tok wykładu, trudno się jednak z Halíkiem nie zgodzić. Antyczne rozumienie słowa „religia” (religio) pojawia się w znaczeniu siły integrującej społeczeństwo. Nic go tak nie jednoczy, jak wspólny wróg oraz przekonania religijne. Wiedzieli o tym władcy wszelkich epok, narzucając jedną wiarę w swoim państwie. Wzorce czerpano z samego Rzymu. Gwałtownie rozszerzające się imperium podbiło ziemie z odmiennymi wierzeniami. Dając pozwolenie na tolerancję wyznaniową, mimowolnie zgadzano się na synkretyzm religijny. Nikogo specjalnie nie dziwiło, że Kleopatra była przedstawiana jako bogini Izyda, Jowisz mylił się z Zeusem, kolejni zaś cesarze za życia tworzący wokół własnej osoby splendor apoteozy, po śmierci rychło dostępowali deifikacji. Religia starożytnych Rzymian i innych mieszkańców Imperium nie miała zbyt wiele wspólnego z duchowością, poszukiwaniem sensu życia. Była to religia obywatelska, a więc polegała na spełnianiu nałożonych przez państwo obowiązków religijnych. Należało złożyć ofiarę państwowym bogom, co było wyrazem lojalności obywatela. Nie wymagano od niego wiary prawdziwej, oczekiwano stania w równym szyku. W takim właśnie znaczeniu pojawia się pierwotnie termin religia. Odmowa składania ofiar bogom uznawanym przez państwo była traktowana jako zdrada i wichrzycielstwo, wprowadzała bowiem rozłam tam, gdzie powinna istnieć jedność.

Według pierwszych chrześcijan traktowanie nauki Mistrza z Nazaretu jako religii obywatelskiej było karykaturą. Wiara jest, ich zdaniem, przede wszystkim zaufaniem, drogą. Cechuje ją relacja osobista, intymna więź z Bogiem. Mało tego: chrześcijanie twierdzą, że ich religia nie jest jedną z wielu, ale że jest właśnie religią prawdziwą, jedyną vera religio, wszystkie inne są wymysłem ludzkim.

Co pozostało współcześnie z takiego myślenia? Przede wszystkim chrześcijaństwo, po zmiennych kolejach losu, traci znaczenie religio, nie jest już siłą wiążącą, spajającą społeczeństwo. Miejsce chrześcijaństwa jako spoiwa zajmowała nauka, polityka czy wreszcie totalitaryzmy. Współcześnie funkcję tę pełnią media. „Media przejmują wiele aspektów roli tradycyjnych religii – udowadnia Halík – oferują symbole, interpretują świat, przedstawiają intrygujące opowieści, wpływają na sposób myślenia i zachowania ludzi, tworzą sieć informacji, przekazują społeczne doświadczenia i wspólne tematy”. Nie sposób się z tym nie zgodzić również w Polsce, zwłaszcza po rozwinięciu się prasy brukowej. Gwiazdy i ludzie showbiznesu obiecują nam z okładek lepsze życie. Pragniemy być tacy jak oni. Pasjonujemy się ich sukcesami, przeżywamy upadki. Nawet gdy nie chcemy się interesować życiem gwiazd i gwiazdeczek, najpoważniejsze media dostarczają nam kontrolną dawkę informacji. Michael Jackson jest wciąż biały, Britney Spears ogoliła się na łyso, Doda się rozwodzi. Ulubieńcy tłumów dają obietnicę innego, bardziej prawdziwego, bo upragnionego życia. Jednocześnie prawdziwe staje się to, co można ujrzeć na własne oczy. Już nie ziarno pszeniczne rosnące w ukryciu jest fascynujące, nie słowo, lecz szybkość, obraz.

Czy za obecny stan chrześcijaństwa nie jest odpowiednie samo… chrześcijaństwo? Przecież to właśnie chrześcijaństwo utożsamiło się z Europą do tego stopnia, że nazywano ją w średniowieczu christianitas. I wreszcie: czy sekularyzacja europejskiego chrześcijaństwa nie jest naszą winą?

Nadzieja sekularyzacji

Na postawione wyżej pytania Halík odpowiada: „Twierdzę, że sekularyzacja nie jest krachem chrześcijaństwa ani »utratą wiary«, lecz krachem »religii chrześcijańskiej«, albo ściślej: zanikiem chrześcijaństwa jako religii w znaczeniu »religio«”. Czeski ksiądz daleki jest od załamywania rąk, stroni także od łatwych pocieszeń. Do zagadnienia podchodzi, prezentując szerokie spojrzenie filozoficzne i socjologiczne. Powtarzając za Gianni Vattimo, współczesnym filozofem włoskim, że sekularyzacja jest transkrypcją krzyża Chrystusa, a także kenozą chrześcijaństwa, sam dodaje, że stajemy przed paradoksem: z jednej strony sekularyzacja może być postrzegana jako owoc i konsekwencja historii chrześcijaństwa, z drugiej to oczywiście kryzys i porażka. Ostatnie znaczenie jest dla wszystkich zrozumiałe. Zastanawia znaczenie pierwsze, gdyż Autor Wzywanego… doszukuje się w nim nadziei. Przez sekularyzację rozumie traktowanie otaczającego świata jako rzeczywistości historycznej w odróżnieniu od świata magicznego, przesyconego lękami, trwogami. Odczarowanie świata jest konsekwencją patrzenia nań przez pryzmat ewangelii. Świat sam w sobie nie jest groźny, nie ma mocy nad człowiekiem. Jest stworzeniem, i to stworzeniem oddzielnym od swego Stworzyciela. Nie jest konkurentem w walce o duszę człowieka. Odmitologizowanie rzeczywistości stworzonej sprawia, że świat pozostaje tylko światem, niczym więcej. Nie ma potrzeby go chrystianizować, bo oznaczałoby to cofnięcie do stanu wyjściowego, czyli obdarzenie go jakąś siłą czy mocą. W świeckości świata chrześcijaństwo powinno być partnerem, nie konkurentem.

Sekularyzacja staje się nieoczekiwaną nadzieją dla chrześcijaństwa, oczywiście pod warunkiem, że w partnerstwie i dialogu ze światem nie będzie samo dążyło do zeświecczenia. Świat ma pozostać światem, chrześcijaństwo ma być wierne swemu Mistrzowi. Wszelkie prognozy socjologiczne przepowiadają gwałtowne kurczenie się świata uczniów Nazarejczyka. Nie powinno nas to jednak przerażać, wszak nie w ilości jest siła.

Rozpięci między wiarą a religią

Krążyłem wokół nowej książki Halíka, byłem nieufny. Czekałem. Gdy wreszcie zasiadłem do lektury, pochłonęła mnie całkowicie. Teraz, gdy leży przede mną, nie jestem pewien swoich odczuć. Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe zachwyciło mnie, było potężnym impulsem do przewartościowania wielu zagadnień. Wzywany czy niewzywany może być postrzegane jako kontynuacja lub zupełnie oddzielna, samoistna książka. Pomysł jest podobny: o ile w poprzedniej książce mieliśmy do czynienia z rozważaniami opartymi na kanwie dziennika podróży, o tyle tym razem mamy wykłady z wyraźnie zaznaczonymi miejscami ich wygłoszenia. Znów czas i miejsce, które Autor tak skrupulatnie podkreśla, nie są bez znaczenia. Miło łechce, że na intelektualnej mapie Halíka aż dwukrotnie pojawia się Polska – wykłady w Warszawie i Lublinie. Miejsca wynotowane we Wzywanym… są jednak bardziej zawężone. W Co nie jest chwiejne mieliśmy do czynienia z niepohamowanym apetytem Autora na świat, przemierzyliśmy na kartach książki niemal całą kulę ziemską – Antarktydę, Rosję, Amerykę, Indie. Teraz mamy Europę. Tylko. I aż. Zawężenie przestrzeni nie umniejszy problemów. Jeśli mówimy o Europie, to nieuchronnie staniemy przed kwestią odniesienia do Boga w konstytucji Unii Europejskiej, zetkniemy się też z postępującą sekularyzacją i zderzymy z zanikającym chrześcijaństwem. Problemów aż nadto, a żeby je wyjaśnić, nie można posługiwać się jednym uniwersalnym wytrychem otwierającym wszelkie zamki, rozbrajającym stare i nowe bomby. Do Europy, która dumnie podkreśla swą różnorodność i pluralizm, należy mieć cały pęk kluczy. Tomáą Halík dysponuje wcale pokaźnym ich zestawem: trochę socjologii, odrobina historii, pokaźna szczypta filozofii, a do tego oczywiście teologia. Tu i ówdzie pojawiają się także klucze bardziej złożone – socjologia dziejów, historiozofia – uchylające drzwi dostojne i potężne jak bramy.

Dobrnęliśmy do punktu, w którym zaczynamy stawiać alternatywę: albo Europa, albo chrześcijaństwo. Autor pokazuje jednak inną drogę, wcale nie łatwiejszą i wcale nie taką oczywistą: zamiast alboalbo Halík zdaje się mówić: to i jeszcze tamto. Czeski ksiądz wybiera więc zarówno Europę, jak i chrześcijaństwo.

Mistyka otwartych oczu
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....