Dlaczego aniołowie potrafią latać?
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 opinie
Wyczyść

Od 17 lat podglądam z bliska życie dominikanów. Od sześciu jestem świecką dominikanką. Weszłam do rodziny. I z tej perspektywy czytałam Młode wino. Wiele razy słyszałam o tym, że nie istnieje nic takiego, jak duchowość dominikańska. Z drugiej strony – uczono mnie o czterech filarach tej duchowości. Wydaje się, że Paul Murray podjął próbę uporządkowania tej kwestii, ukazując to, co w ciągu kolejnych wieków było i jest najbardziej charakterystyczne dla „dominikańskości”. Bardzo cenne jest dla mnie to, że obficie czerpie on ze źródeł i rzetelnych opracowań. Stanowią one obiektywną otoczkę dla jego niewątpliwie subiektywnych interpretacji. Każdy czytelnik sam może weryfikować ich słuszność, sięgając do wskazanych lektur.

Czytając książkę, przez cały czas miałam wrażenie, że mówi do mnie zakochany w swoim zakonie młodzieniec, który wprawdzie stara się zachować dystans i umiar w opisywaniu jego zalet, ale i tak wie, że jest to najlepsze miejsce pod słońcem, mimo że czasem trudne. Chyba taka właśnie perspektywa spowodowała, że lektura była dla mnie nie tyle „procesem czytania”, ale raczej wewnętrznym dialogiem z własnymi przemyśleniami, doświadczeniami i pytaniami związanymi z przeżywaniem swojego powołania do dominikańskiej rodziny; zachętą do weryfikacji mojej miłości.

Murray przeciwstawia się przeciętności, smutkowi i jałowości, które są dziś często obecne, pokazując, że ich przeciwwagą może być Dobra Nowina inspirująca wiele różnych duchowości. I dodaje, że droga dominikańska jest prawdziwie „szeroka i radosna”. Aspekt radości i związanej z nią spontaniczności przewija się przez całą książkę. Murray podkreśla prostotę dominikańskiej modlitwy i kontaktów z Bogiem – „podczas modlitwy kaznodzieje nie obawiają się zwracać do Boga bezpośrednio, jak do przyjaciela”. Bardzo mocno wpisuje się to spostrzeżenie w moją historię kontaktów z dominikanami – takich ich poznałam, kiedy podczas spaceru „niechcący” weszłam do budowanej właśnie kaplicy. Trwała Msza św. a ja usłyszałam księdza, który „ludzkim głosem” mówił do wiernych i do Boga. Poczułam się jak w domu. Stanowiło to taki kontrast z dotychczasowymi doświadczeniami, że już tam zostałam, nie wiedząc wcale, że od kilku tygodni tu właśnie jest moja parafia. Od tamtej pory spotykam się często z tą prostotą i bezpośredniością, traktując już jak coś zwyczajnego i normalnego to, że kazania można mówić bez napuszenia i zadęcia, że liturgia może być radosna i spontaniczna, co w niczym nie umniejsza jej powagi, a modlitwa – żywa, prawdziwa, dotykająca konkretnych problemów konkretnych ludzi; że treść jest ważniejsza od formy, choć i formę należy traktować z szacunkiem – tak jak piękne opakowanie cennego prezentu dla kochanej osoby.

Kolejne strony książki wzbudziły kolejne refleksje. Murray przypomina, że głównym zadaniem i działaniem św. Dominika była modlitwa wynikająca z miłości Boga i bliźnich. Dlatego wołał on do Boga pełnym głosem, ilekroć poruszała go jakaś bieda świata. W tym kontekście chcę ujawnić swój smutek wynikający z tego, że nieraz mogłam dostrzec odmienną postawę u duchowych synów Dominika. Wielokrotnie słyszałam, że nie po to tyle lat studiowania i formacji, żeby teraz zajmować się parafią, kłopotliwymi uczniami ze szkoły zawodowej, męczącymi nieraz ludźmi z ich banalnymi problemami itd. Czasem porażała szczerość w demonstrowaniu troski głównie o siebie – jak w sytuacji, kiedy jeden z ojców odmówił spotkania ze śmiertelnie chorą kobietą od dawna czekającą na kontakt z księdzem, tłumacząc to własnym zmęczeniem i złym samopoczuciem. A Murray cytuje o. Vincenta Mc Nabba OP: „Świat czeka na tych, którzy go kochają […]. Jeśli nie kochacie ludzi, nie głoście im kazań – głoście je samym sobie”.

Kiedy Murray pisze o tym, że „prosta otwartość na Chrystusa, bliźniego i na świat brzmią bardzo charakterystycznie dla dominikanów”, to myślę sobie, że jednak nie dla wszystkich. Często ich otwartość jest starannie selekcjonowana, racjonalizowana i matematycznie wyliczona (są „zbyt rozsądni, zbyt trzeźwi i zbyt bezpieczni”?), a punktem odniesienia jest specyficznie rozumiana użyteczność, własny interes i dbanie o to, żeby broń Boże nie stracić swojej energii na dzieła, które są „za mało dominikańskie”.

Nie twierdzę, że wszyscy muszą zajmować się wszystkim. Na pewno warto pielęgnować własny charyzmat, nie rozmieniać się na drobne poprzez „działactwo” i aktywizm, ale jednak żal czasem, kiedy duch św. Dominika (tak jak ja go rozumiem i jak chyba rozumie go Murray) ginie gdzieś, kiedy w ferworze troski o abstrakcyjne idee pomija się konkretną osobę. Pamiętam burzliwą dyskusję z jednym z ojców, który z całym przekonaniem twierdził, że nie powinien chodzić po kolędzie, bo to może robić każdy, a jego zadaniem jest rozwój i trafianie do elit. Zapomniał tylko, że jest członkiem wspólnoty, której powierzono kilkanaście tysięcy „zwykłych” parafian. I że i do nich został posłany. Być może lepiej byłoby, gdyby dominikanie nie musieli opiekować się parafiami. Na razie jednak muszą, a mnie – jako dominikańskiej parafiance – wydaje się, że to dobrze. Przecież wykształcenie i głęboka duchowość nie muszą przeszkadzać w byciu z ludźmi – kimkolwiek i gdziekolwiek oni są. I nie muszą być rzucaniem „pereł przed wieprze”.

Mam wrażenie, że zwłaszcza w ostatnich latach, w polskiej prowincji dominikanów przeakcentowano wartość intelektualizmu ze szkodą dla innych ścieżek (Murray przypomina, że nauka jest ważnym, ale nie jedynym aspektem ducha Zakonu). Niemal każdy z nowo wyświęconych chciałby trafiać do elitarnego klasztoru, zajmować się własnym rozwojem, pracą naukową lub prowadzić duszpasterstwo akademickie albo inne – ambitne, a największym nieszczęściem i wręcz „zesłaniem” wydaje się katecheza i praca parafialna. Słyszałam o ojcu, który twierdził, że jego kapłańskie ręce nie są od tego, by przygotowywać herbatę dla dzieci. Z pewnością nie potrzeba święceń do robienia herbaty. Czy jednak takie dzielenie z góry różnych zadań na mniej lub bardziej godne kapłana w białym habicie ma jakiś związek ze wspomnianą wyżej otwartością? Aż chciałoby się tu przytoczyć za Murrayem słowa Chestertona: „Aniołowie potrafią latać, gdyż nie przywiązują wielkiej wagi do swojej osoby”. Pisząc te słowa, mam świadomość, że dominikanie – dawni i współcześni – są dziećmi nie tylko Dominika, ale także swoich czasów i swojej osobistej historii, i po prostu ludźmi, z różnymi słabościami. Żal mi jednak, że za mało może jest wśród nich wzajemnego zarażania się radością z powołania. Kiedy czytam Murraya, nawet wtedy, gdy pisze on o rzeczach trudnych, wychwytuję tam entuzjazm i miłość do Zakonu. W rozmowach z ojcami, braćmi często na plan pierwszy wysuwa się narzekanie, pesymizm, krytykanctwo. Brakuje mi tego zachwytu (nie bezkrytycznego), który potwierdza sens wybranej drogi także dla mnie i innych świeckich dominikanów. Tęsknię za atmosferą, którą można spotkać wśród rodziców – kiedy mimo świadomości wad swoich dzieci, przede wszystkim są oni z nich dumni i cieszą się nimi. Mam wrażenie, że do takiej postawy zachęca Murray i wydaje mi się to bardzo słuszne. Ze zdziwieniem słuchałam kiedyś dominikanina mówiącego publicznie, że dopiero we wspólnocie neokatechumenalnej odnalazł swoją drogę do Boga. I zastanawiam się, czy na pewno czerpał on rzetelnie ze źródeł i owoców dominikańskiej duchowości.

Trochę zabrakło mi w książce ujęcia Zakonu jako całości – ze wszystkimi jego gałęziami – braćmi, siostrami i świeckimi. Niedawno wraz z członkami mojej wspólnoty odwiedziłam siostry dominikanki w Świętej Annie. Mieliśmy tam okazję ucieszyć się sobą, wymienić doświadczenia. Poczuliśmy, jak bardzo takie spotkania pomagają w potwierdzaniu własnej tożsamości, jak ubogacają.

Lektura Młodego wina mobilizuje mnie do gorliwej modlitwy za cały Zakon – żeby był taki, jakim wymyślił go Dominik, zawierając w sobie wszystkie cechy przypomniane przez Murraya: zamiłowanie do nauki i prawdy, miłość do bliźnich i dostrzeganie ich potrzeb, surowość i piękno, krótkość i zwięzłość liturgii, mądrość, demokrację, dynamizm w odkrywaniu potrzeb chwili i odpowiadaniu na nie, nieprzewidywalność, szczęście i radość – przeżywane jako uczestnictwo w radości Boga, lekkość, żywiołowość, żartobliwość, ekspansję i zdziwienie. Poczułam się też zachęcona do konkretnego działania – bo wymienione wyżej określenia dotyczą i nas, świeckich, utożsamiających się z dominikańską duchowością. My również jesteśmy wezwani do odkurzania duchowych źródeł i wcielania ich w życie. Żebyśmy mogli być i „trzeźwi”, i „upojeni”, z pożytkiem dla nas i ludzi, wśród których żyjemy.

Jestem wdzięczna Murrayowi za jego książkę. Dla mnie i dla wielu osób, z którymi rozmawiałam, jest ona szansą na przypominanie i odświeżanie wiedzy o zakonie oraz powodów wybrania drogi Dominika jako swojej.

Dlaczego aniołowie potrafią latać?
Małgorzata Mazur

(ur. 1959 r. – zm. 02 listopada 2020 r.) – pedagog, absolwentka teologii na UKSW w Warszawie, trenerka „Szkoły dla rodziców i wychowawców”, przełożona prowincjalna Fraterni Świeckich Zakonu Kaznodziejskiego.Mieszkała w Sz...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze