fot. andrew buchanan

Szur, szur, szur

Pierwszym sygnałem, którego nikt z nas nie odebrał jako próby przekazania złej wiadomości, była chyba rezygnacja z samochodu. „Nie będę już prowadził – powiedział któregoś dnia. – Komunikacja w Warszawie jest taka dobra”. Pomyślałem sobie tylko, że to dobrze, wspominając, że kiedy ostatni raz przyjechał po nas na lotnisko, zahamował tuż przed rondem i wjechał bez zachowania środków ostrożności na pas z pierwszeństwem przejazdu. Gdyby ktoś akurat tędy jechał… No ale nie jechał, więc nie ma sprawy. Błąd to błąd, zdarza się najlepszym.

Zawsze lubił prowadzić, więc rezygnacja z jazdy była rodzinnym wydarzeniem. Jego żona nawet trochę narzekała, że będzie musiała jechać na cmentarz autobusem, a na cmentarz poza Warszawą to już w ogóle nie będzie mogła pojechać. Potem była operacja na przepuklinę. „W nocy pozrywał z siebie opatrunki”, opowiadała później pielęgniarka. A następny raz to już był ten pierwszy prawdziwy, bezsprzeczny. Poszedł do dentysty, którego wszyscy w rodzinie dobrze znamy, i nie wiedział, jak wrócić do domu. Albo dojść do nas, którzy mieszkamy może trzysta metrów dalej. Tak właśnie było: Dzwoni recepcjonistka i mówi, że był na leczeniu, pożegnał się, wyszedł, lecz po kwadransie wrócił i zapytał ze wstydem, jak się idzie na to skrzyżowanie, przy którym jest metro. „Proszę przyjść”, poprosiła. I poszliśmy po nieg

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 07, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść