fot. eddy klaus

To, czy będziemy, czy nie będziemy samotni, zależy w dużej mierze od nas. Im bardziej samotnie idziemy przez życie, tym bardziej prawdopodobne, że umrzemy w pełnej samotności.

Rozmawiają Barbara Smolińska i Katarzyna Kolska

Jest taki wiersz Leopolda Staffa, który zaczyna się od słów: „Wieczór przyjść musi…”. Bardzo go lubię. Pamiętam, jak czytaliśmy go w liceum na lekcji języka polskiego. Mieliśmy po kilkanaście lat, a przed nami było całe życie…

Ładny początek naszej rozmowy. Ja też bardzo lubię ten wiersz. A wieczór…? Musi przyjść.

Czy możemy się na to jakoś przygotować?

Nie tylko możemy, ale nawet powinniśmy. Niestety, czasy, w których żyjemy, i obecny przekaz kulturowy nie sprzyjają temu przygotowaniu i tej prawdzie, że wieczór przyjść musi. Dziś ciągle słyszymy, że trzeba być pięknym, młodym i bogatym. Udajemy, że starości nie ma, mamy tak dbać o swoje zdrowie, ciało i urodę, żeby wyglądać ciągle młodo, mieć dużo siły i być w dobrej kondycji.

Skąd ten kult młodości, skoro wokół nas coraz więcej starych ludzi?

Powodów jest wiele. Ale ten najważniejszy bierze się z lęku. Boimy się tego, co związane jest ze starością, starzeniem się, chorowaniem, traceniem sił, a potem ze śmiercią. Na różnych etapach życia różnie do tego podchodzimy. Dla dzieci czy nastolatków starość jest czymś bardzo odległym, choć oczywiście pytają o sens życia, o śmierć i o to, co jest po niej. Tylko że te pytania mają raczej charakter ogólny, a nie osobisty. Im mamy więcej lat, tym częściej tracimy kogoś bliskiego, umierają nam rodzice. I to nas bardzo konfrontuje z pytaniem o własną śmierć. A jednocześnie przeraża. Nie żyjemy już w rodzinach wielopokoleniowych, osoby starsze często są schorowane, nie wychodzą z domu, więc ich nie widzimy. Choć teraz to się na szczęście trochę zmienia.

Powiedziała pani, że na starość powinniśmy się przygotować. Kiedy te przygotowania powinniśmy zacząć?

One na szczęście się toczą bez względu na to, czy o tym myślimy, czy nie. I to jest pocieszające. Choć oczywiście nie powinno nas to zwalniać ze świadomego przygotowania się na to, że nie zawsze będziemy młodzi i sprawni. I to jest pewne wyzwanie, przed którym stajemy. Człowiek powinien ciągle iść do przodu w swoim rozwoju psychologicznym i duchowym, czyli inaczej mówiąc, powinien być coraz bardziej świadomy siebie.

A gdybyśmy mogły to przełożyć na konkrety?

Cofnijmy się na chwilę do dzieciństwa, kiedy to każdy z nas w jakiś sposób został zraniony, ponieważ nikt nie ma idealnych rodziców. Te zranienia są czasem niewielkie, bo wychowywaliśmy się w szczęśliwej i kochającej się rodzinie, a rodzice byli uważni i dojrzali. Ale czasami są to zranienia ekstremalne, związane z porzuceniem, z przemocą fizyczną i psychiczną, z manipulacją. Jeśli ktoś czegoś takiego doświadcza, szybko się uczy mechanizmów obronnych, żeby tego zranienia nie czuć. W ten sposób odcina się od kontaktu z jakąś częścią siebie. A to po latach daje o sobie znać. Pacjenci przychodzą do gabinetu psychoterapeuty i skarżą się na różne dolegliwości. Mówią na przykład: Nie mogę spać, tracę apetyt, mam kłopoty z sercem, lekarz mnie przebadał i mówi, że wszystko jest OK. Ja nie jestem lekarzem, ale kiedy słyszę o takich dolegliwości

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 07, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść