fot. avinash kumar

Sztuka tracenia

Nie ma jednej definicji prostoty, nie ma też jednego sposobu na jej osiągnięcie. Myślę, że dla każdego człowieka wiąże się ona z czymś innym i dla każdego będzie się wyrażać w inny sposób.

Nie jestem w stanie określić konkretnego momentu, kiedy pojawiło się we mnie pragnienie prostoty. Ludzie lubią, kiedy w ich życiu jest jakiś punkt zwrotny, który wszystko zmienia i następuje po nim nowy początek. U mnie tak nie było. Myśl o tym, że można by żyć prościej, co jakiś czas powracała, coś mnie w moim życiu uwierało, czegoś było za dużo, za bardzo, za mocno. I z tą myślą stopniowo zaczęłam się pozbywać z naszego domu rzeczy niepotrzebnych: dodatkowych foteli, na których nikt nie siadał, firanek zbierających kurz, dywanów, których nie mieliśmy czasu odkurzać, półeczek zastawionych bibelotami, w końcu samych bibelotów. Męczył mnie wieczny bałagan, nagromadzenie sprzętów przez nikogo nieużywanych. Powoli z szaf zaczęły znikać dziesiątki nienoszonych ubrań, trzymanych tylko z sentymentu, sprzętów wyciąganych raz do roku, bo poziom skomplikowania ich obsługi nas przerastał. Te porządki i znikające sprzęty ani razu nie wywołały we mnie smutku, nie czułam żalu, że się ich pozbywamy. W mieszkaniu zrobiła się przestrzeń, było jaśniej i przyjemniej się mieszkało, mimo że, jeśli dobrze pamiętam, już wtedy na naszych 47 metrach była nas czwórka.

Samochód i samochodziki

Chyba wtedy, po tych porządkach, myśl o prostocie przerodziła się w tęsknotę. Tęsknotę za prostotą, nie tylko w domu i w szafach, ale przede wszystkim w życiu. Ogromnie zaczęło mi przeszkadzać, że staliśmy się mistrzami komplikowania życia, sprawiania, że nawet najprostsze rzeczy stają się trudne – nie było we mnie na to zgody. Wiadomo, żyjemy w takich czasach, że każdy chce mieć więcej pieniędzy, większy dom, nowszy model samochodu, telefonu, komputera. Ludzie zapętlają się w swoich dążeniach, ciągle czują niedosyt, nic na dłużej nie jest w stanie sprawić im radości. Trafiła kiedyś w moje ręce książka dla dzieci zatytułowana Top Car Davide’a Calego. Była to opowieść o panu, który marzył o nowym, pięknym samochodzie. Żeby na niego zarobić, podjął dodatkową pracę i całymi nocami składał modele małych samochodzików. Kiedy w końcu uzbierał właściwą sumę i kupił auto, o którym tak marzył, wracając z salonu, zobaczył reklamę nowego samochodu, jeszcze lepszego i piękniejszego, i ten, który już miał, przestał go cieszyć. Ostatni obrazek tej książki to smutny pan po raz kolejny składający górę nowych modeli. Choć to opowieść dla dzieci, doskonale oddaje to, jak wygląda nas

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 07, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść