fot. vlad zaytsev

Marzenia nie dla wszystkich

Ludzie często się wstydzą. Widać, że bieda piszczy, a oni się uśmiechają i zapewniają, że sobie radzą. Potrzeba kilku spotkań, żeby nabrali zaufania i poczuli się bezpiecznie. I jak dobrze podrążymy, to lista potrzeb robi się coraz dłuższa.

Rozmawiają Joanna Sadzik i Dorota Ronge-Juszczyk

„Pewnego dnia nasze wnuki będą chodziły do muzeów, aby się dowiedzieć, czym była bieda” – powiedział Muhammad Yunus, bangladeski ekonomista, twórca pojęcia mikrokredytu, odbierając Nagrodę Nobla. Nie miał racji. Nie musimy iść do muzeum, wystarczy przejść się ulicą, gdzie często spotykamy żebrzących biedaków.

Albo zgarbione staruszki, próbujące sprzedać bukieciki kwiatków, bo wtedy mogłyby sobie kupić bułkę. A jeśli jeszcze zajrzymy do różnych domów, zwłaszcza osób starszych, to dopiero zobaczymy biedę. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego ponad półtora miliona Polaków żyje w nędzy, w warunkach stanowiących zagrożenie dla psychofizycznego rozwoju człowieka.

Co to konkretnie oznacza?

To oznacza, że są w Polsce ludzie, którzy chodzą głodni, którym jest zimno, którzy nie mogą się umyć, bo już brak im sił, aby przynieść wodę ze studni, a nawet jeśli ją sobie przyniosą, to i tak nie mają jej gdzie zagrzać, czasami nie mają gdzie spać i z braku pieniędzy nie kupują leków. O takich wymysłach jak książka, teatr czy kino, które też są człowiekowi potrzebne do życia, nie warto nawet wspominać. A krem do twarzy to już czysta fanaberia. Właściwie, dlaczego? Przecież oni też go potrzebują. Ludzie biedni też by chcieli mieć krem do twarzy i balsam do ciała. Nie zawsze są leniami, obibokami czy pijakami, jak często postrzegają ich inni. Nie są gorsi, tylko zwyczajnie biedni!

A dlaczego są biedni?

Z różnych powodów. Starość, choroba, niepełnosprawność, niemożność podjęcia pracy, czasami nałogi – to główne przyczyny. Wystarczy, że z dwojga starszych ludzi na emeryturze, którzy do tej pory z trudem wiązali koniec z końcem – ale wiązali – jedno zacznie chorować. Wtedy to drugie dosłownie odejmuje sobie od ust, żeby móc najpierw zapłacić za wizyty u lekarzy, potem wykupić leki. Bo niby one są bezpłatne, ale te, których potrzeba, akurat – nie. Wśród naszych rodzin paczkowych są chorzy, których nie stać na kupno insuliny. Przecież konsekwencje tego mogą być tragiczne. W mojej aptece ciągle spotykam osoby, które się zastanawiają, jakie wybrać leki. Pani farmaceutka stoi z kalkulatorem, dodaje i odejmuje, aż się wszystko zgodzi z sumą, którą ta osoba może wydać. Moja sąsiadka cierpiała na trudno gojące się rany na nodze. Z powodu braku pieniędzy, zamiast zmieniać opatrunki trzy razy dziennie, robiła to raz na trzy dni. Lekarz się dziwił, że nie ma efektu terapii, i zapisywał coraz nowsze leki. A prościej byłoby zapytać: Jak pani zmienia te opatrunki? I wszystko by się wyjaśniło. Kupiłam jej całą siatę tych płynów i maści. Nie kosztowało to nawet stu złotych. Tyle wydajemy czasami na kawę z przyjaciółką. To jest skala biedy w Polsce. Więc ludzie w chorobie muszą z czegoś rezygnować, kupują coraz mniej jedzenia, ciągle liczą, nieraz odsuwają w czasie opłatę za czynsz, prąd, bo pilniejsze są lekarstwa, i powoli popadają w zadłużenie, a w końcu dotyka ich bieda. Znam kobietę, która kilkadziesiąt lat pracowała jako salowa. Dopóki żył mąż i mieli dwie emerytury, jakoś sobie radzili. Po śmierci męża zaczęło jej brakować na wszystko. A już re

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 07, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść