fot. pawel szvmanski

A może pomidory

Śmiejemy się, oboje zdziwieni tym, co sobie mówimy. Do tej pory byliśmy znajomymi od dwóch spraw – gadania o książkach i gadania o podróżach. A teraz, nad jego guacamole, nad moim falafelem z marynowanymi burakami rozmawiamy o tym, jak nauczyliśmy się obywać bez wielkiego świata i że już nie wierzymy w obietnicę jego bezproblemowej otwartości. Ja mam w wakacyjnych planach Tatry raz, Tatry dwa, kilka dni na Dolnym Śląsku, Bieszczady, Mierzeję Wiślaną i weekend na Podlasiu, w domu przyjaciółki, na takiej prawdziwej wsi, gdzie krowy wciąż są dojone, pola uprawiane, a sklep przyjeżdża na kółkach i wtedy biegnę do niego z dziećmi i kupuję nam lizaki. Liżemy je na ławeczce przed płotem.

On mówi, że może wyskoczy do Kostaryki i Panamy, ale oboje wiemy, że nie wybrałby ich, gdyby miał swobodny wybór. Wolałby Afrykę, któryś z tych trudnych krajów, które muszę odnaleźć na pospiesznie rozwiniętej w umyśle mapie, gdy wymienia ich nazwy. Ja mówię wprost – czekam tylko, aż otworzą się Indie. Tam mam powody: tęsknotę, wspomnienia, bliskich, którzy przetrwali piekło. Nie ciągnie mnie gdzieś indziej, nie płonę ciekawością. I jest mi z tego powodu smutno, uwiera mnie to puste miejsce. Może płomień wróci. A może jest jak młodość. Czas pokaże.

Przełykamy egzotyczne smaki, wokół pełnia miejskiego lata. W kawiarnianych ogródkach znowu tłum, na nasz stolik czai się jakaś głodna para. Pies wtula pysk w moje udo, jem jedną ręką, d

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 07, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść