fot. pro church media

Przyjechali nocą. Otoczyli wieś. Wyciągali z domostw chłopaków i mężczyzn. Kobiety krzyczały wniebogłosy, psy ujadały niemiłosiernie, a małe dziewczynki – teraz dziewięćdziesięcioletnie panie – całowały enkawudzistów po butach, błagając, by nie zabierali im ojców i braci. Wszystko na nic. Rozpaczliwe krzyki kobiet i głośne szczekanie psów tonęły w głuszy bezkresnej tajgi, a łzy dziewczynek zamarzały na kilkudziesięciostopniowym syberyjskim mrozie. Zimniejsze od tej lutowej nocy były jedynie serca i umysły enkawudzistów. Osiemdziesięciu ośmiu mieszkańców wioski pognano w nieznanym kierunku. Przerażone i zrozpaczone kobiety zostały same z zapłakanymi dziećmi. W czym zawinili? Był luty 1938 roku, „jeżowszczyzna” w pełni swego krwawego szaleństwa, więc odpowiedzi na takie pytania nikt nie szukał. Najważniejsze było terminowe realizowanie kontyngentów wyznaczanych przez Jeżowa dla każdego obwodu: tyle tysięcy aresztować, tyle tysięcy rozstrzelać. Biełastok – zamieszkany przez Polaków, czyli przez „element niepewny i wywrotowy” – doskonale się nadawał do szybkiej realizacji wyśrubowanych planów wyznaczonych dla obwodu tomskiego.

Po tym ciosie, po tej nocy z 11 na 12 lutego 1938 roku, Biełastok już nigdy nie odzyskał swego pierwotnego, wyraźnie polskiego i katolickiego charakteru. Z zabranych wtedy mężczyzn do domu powróciło zaledwie dwudziestu. Zastraszeni i milcząc

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 07, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść