fot. michal matlon

Łącznicy z piórem i laptopem

„Przegląd Sportowy” ma sto lat. Nawet osoby nieinteresujące się sportem słyszały o tym piśmie. Jest niemal rówieśnikiem wolnej Polski, kronikarzem sportu, inspiratorem, organizatorem i patronem wielu imprez. Jeśli „Przegląd Sportowy” napisał o kimś, to wiadomo było, że ten ktoś jest lub będzie kimś.

Znam sportowców, którzy zatrzymywali na pamiątkę wydanie gazety, w którym pierwszy raz padło ich nazwisko. Nawet jeśli pisano je z błędem, jak Dejna zamiast Deyna. To nie było istotne. Skoro dziennikarze pisali, to znaczy, że zwrócili uwagę, dali nadzieję, utwierdzili w przekonaniu, że ktoś ma talent, choć na razie pokazuje go na zawodach rangi mistrzostw szkoły, gminy czy w turnieju o puchar komendanta Ochotniczej Straży Pożarnej.

Tym, którzy talentów nie rozwinęli, pożółkły egzemplarz „Przeglądu Sportowego” mówił: „Proszę, kiedyś pisali o mnie w gazecie. Niestety, moje życie potoczyło się inaczej”. Ci, którym się powiodło i zostali znanymi mistrzami, zwykle zapominali o pierwszej prasowej wzmiance, bo po niej następowała seria poważniejszych artykułów.

Wiara w „Przegląd Sportowy” wynikała z kilku powodów. Założyli go ludzie, którzy kochali sport, znali się na nim, w jego popularyzacji widzieli drogę do rozwijania zdrowego społeczeństwa, a dopiero później do bicia rekordów. To były autorytety, osoby wywodzące się z inteligencji (redaktorem naczelnym był poeta Kazimi

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 07, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść