fot. pawel czerwinski

Bardzo trudno jest nam się przyznać do winy, do słabości. Uderzyć się w pierś. To jest uwarunkowane wieloma czynnikami – rodzinnymi, społecznymi, kulturowymi. Gdy starałem się o pracę w Londynie, w czasie rozmowy kwalifikacyjnej prowadząca ją pani zadała mi jedno pytanie, które uznałem za zbyt osobiste. I powiedziałem: „Przepraszam, ale uważam, że to moja prywatna sprawa, niemająca nic wspólnego z moim przyszłym zatrudnieniem”.

Panią to speszyło i wybąkała: „To ja przepraszam. Rzeczywiście, nie powinnam o to pytać”. I pracę dostałem.

Wiele lat później doszło do niemal identycznej sytuacji we Francji. Zachowałem się w ten sam sposób. Kobieta przeprowadzająca rozmowę była oburzona moją reakcją: „Jak to? To pan nie chce mi tego powiedzieć?! Mnie, która ma być pańską przełożoną? A do przełożonych trzeba mieć zaufanie! Jak pan może pracować z kimś, do kogo nie ma pan zaufania!”. I pracy nie dostałem. No cóż. Jedni lubią fish’n’chips, a inni żabie udka. I podobnie jest z przyznawaniem się do kłamstw.

Ile to dziesięcioleci minęło, zanim V Republika przyznała się do kolaboracji z czasów Vichy. Mitterrand, socjalistyczny prezydent Francji, dopiero w wywiadzie spowiedzi dla „Le Figaro” powiedział prawdę o sobie. I nie chodzi o to, że miał c

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 07, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść