Strażnik nadziei
fot. rojan maharjan j / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 opinie
Wyczyść

W 1990 roku Andrzej przyszedł do Poznania z zamiarem pomagania mi w duszpasterstwie akademickim. Już rok później był ze mną w Hermanicach, gdzie przygotowywaliśmy liturgiczną animację VI Światowego Dnia Młodzieży w Częstochowie. I tak na dobre zaczęła się nasza współpraca. Najpierw były wspólne wyjazdy do Hermanic i organizowanie Kolokwiów Dominikańskich na hermanickiej łące pod namiotem, a potem pod wiatą. Kiedy w wyniku bierzmowania młodzieży świata przez Jana Pawła II podczas Światowych Dni Młodzieży otrzymaliśmy w darze Jamną, razem jeździliśmy tam koleją, a później darowanym przez Ministerstwo Obrony Narodowej rosyjskim UAZ-em.

Ten UAZ to cała historia. Andrzej miał prawo jazdy i lubił prowadzić, moje prawo jazdy pozostawało od lat w uśpieniu. Podróż tym dziurawym samochodem, jadącym z maksymalną szybkością 80 km/h, trwała niemalże cały dzień. Z Poznania wyjeżdżaliśmy wczesnym rankiem i gdy docieraliśmy na miejsce wieczorem, byliśmy potwornie zmęczeni i głodni. Wracaliśmy po nocach, bo chcieliśmy wydłużyć pobyt na Jamnej. W zimie przez szczeliny rozklekotanego samochodu niemiłosiernie wiało, więc nogi okrywaliśmy baranimi skórami. Andrzej świetnie radził sobie z tym samochodem, można powiedzieć, że się z nim nawet zaprzyjaźnił.

Nasze wspólne wyjazdy nabrzmiałe były troską o powiększanie zasobów ziemskich. Przecież od gminy Zakliczyn otrzymaliśmy zaledwie coś ponad trzy hektary, a resztę trzeba było dokupić, aby scalić i uatrakcyjnić ten kawałek. Nikomu z klasztoru poznańskiego na tym nie zależało, bo nikt się tym nie interesował, a nasze zaangażowanie traktowano jako niegroźne szaleństwo. Nikt nigdy się nie dowie, ile nas to kosztowało.

Dzięki Andrzejowi nie byłem sam. Łagodził wiele sytuacji, tłumaczył mnie przed innymi, a gdy w latach 1998–2001 pełnił funkcję przeora poznańskiego klasztoru, zawsze mogłem na niego liczyć.

Z czasem Andrzej wciągnął się w Jamną do tego stopnia, że kiedy budowa kościoła na jamneńskim wzgórzu była na ukończeniu, za zgodą prowincjała ojca Macieja Zięby przeprowadził się tam na stałe. Było to tuż po Wielkanocy 2001 roku, a w tym samym roku, 3 maja prymas Józef Glemp uroczyście poświęcił kościół na Jamnej.

Andrzej zamieszkał w domu św. Jacka, w pokoju duszpasterzy. Po jakimś czasie przeniósł się do kapelanii, a w końcu zakotwiczył w pięknym mieszkaniu, którego wykończenia sam dopilnował.

Przy każdej nadarzającej się okazji rozbudowywał nasze jamneńskie gospodarstwo, ulepszał je, upiększał. Trzymał się zawsze pewnej tonacji i dbał o styl swoich innowacji. Gdy przyjeżdżałem na Jamną, cieszyłem się z tego, co zrobił. Zaskoczył mnie przerobieniem mojej celi, którą inteligentnie powiększył i rozbudował. Nauczył się przy mnie pewnej chytrości gospodarskiej i koncentracji oraz dbania o powierzone dobro. Stworzył regularne duszpasterstwo, a na msze, które odprawiał w niedzielę, zjeżdżało się mnóstwo ludzi i szczelnie wypełniało kościół. Jamna z każdym tygodniem stawała się coraz sławniejsza.

Wracam tam zawsze na długi majowy weekend, na wakacje w sierpniu oraz w czasie poświątecznym na Sylwestra. Jest nas wtedy dużo, nawet kilkaset osób i zawsze mamy jakiś program intelektualny, na przykład szkicujemy zarys spotkania lednickiego na pierwszą sobotę czerwca.

Jestem głęboko wdzięczny Andrzejowi za heroiczne trwanie na Jamnej, w miejscu, w którym zostawiłem swoje serce, idąc dalej, na Pola Lednickie, prowadzony przez natchnienie i światło Jana Pawła II. Ale Jamna jest moją studnią nadziei, miejscem Bożej opieki i przygotowaniem do stacji, którą stały się dla mnie Pola Lednickie.

Andrzej wrósł w Jamną, jest o nią dzisiaj zazdrosny, chociaż powiada, że równie dobrze mógłby być gdzie indziej. Trwa tam jak żołnierz na warcie, a jest to zawsze warta nadziei. Pilnuje ognia, który tam płonie, chociaż niektórzy odpadli i nie dali rady w walce z melancholią, samotnością i pragnieniem samorealizacji. Niekiedy jakby nawet nie zdaje sobie sprawy, na jak ważnej stoi warcie, ale to tylko dodaje mu uroku. Dobrze, że to Andrzej jest na Jamnej. On przecież wie, jak to było na początku, ile zachodu kosztowało nas zbudowanie tego miejsca. On ma świadomość, komu Jamna ma służyć.

Strażnik nadziei
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze