Kapłan bez świątyni
fot. daniel olah / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 votes
Wyczyść

Każdy przywódca musiał mieć genealogię. Mojżesz tymczasem nie ma żadnego rodowodu. Ramzes to był syn boga Ra, Tutmoses – syn Tota, a Moses to po prostu syn, człowiek znikąd.

Dominik Jarczewski OP: Kim jest Mojżesz – drugi po Bogu bohater Pięcioksięgu?

ks. prof. Bartosz Adamczewski: Na jego obraz składa się wiele elementów, które nie są do końca ze sobą spójne. Z jednej strony jest to kapłan, ale z drugiej strony – bez świątyni. Całe życie spędza na wygnaniu, poza ziemią Izraela. Rodzi się w Egipcie, dorasta tam, potem czterdzieści lat spędza na pustyni z Madianitami, wraca do Egiptu, aby stanąć przed faraonem, i znowu przez czterdzieści lat prowadzi lud przez pustynię, a w końcu umiera przed granicą Kanaanu. Człowiek, który jest nierozerwalnie związany z Izraelem, nigdy w tym Izraelu nie był. To napięcie w postaci Mojżesza odpowiada pewnemu szczególnemu doświadczeniu duchowemu Izraela na wygnaniu w Babilonie i w każdej kolejnej diasporze: jak radzić sobie w sytuacji, gdy jako lud wiary nie mamy ziemi, w której Bóg na nas czeka?

Trochę mnie ksiądz zdziwił. Pierwszy raz słyszę, żeby traktowano Mojżesza jako kapłana. Czy to nie funkcja jego brata Aarona?

Owszem, Aaron jest pierwszym oficjalnie namaszczonym kapłanem, ale wiele elementów w biografii Mojżesza wskazuje również na jego powołanie kapłańskie. Po pierwsze, jest to przynależność do kapłańskiego pokolenia Lewiego. Po drugie – jego modlitwa wstawiennicza za Izraela, modlitwa stanowiąca sedno powołania kapłańskiego. Po trzecie – stanie w obliczu Boga. Poza tym można by wskazać wiele momentów w Księdze Wyjścia, kiedy to właśnie Mojżesz dokonuje czynności kultycznych: zawiera przymierze, konsekruje przybytek.

Zadziwiająco mało wiemy o pochodzeniu tak ważnej postaci.

To jest człowiek trochę z zewnątrz. Niby rodzi się jako Izraelita, ale tak naprawdę ma z Izraelem niewiele wspólnego. Wiemy, że jego rodzice byli z pokolenia Lewiego. I tyle! Nie znamy ich imion. Normalnie każdy, zwłaszcza przywódca, musiał mieć genealogię. Tymczasem on nie ma żadnego rodowodu. Również jego imię wskazuje, że jest człowiekiem znikąd. Moses znaczy po prostu „zrodzony”, czyli syn. Nie wiemy, czyj. Ramzes to był syn boga Ra, Tutmoses – syn Tota, a Moses to po prostu syn, człowiek znikąd, trochę tak, jak Ezechielowy „syn człowieczy”. Przez większość życia nie ma nic wspólnego z ludem – najpierw czterdzieści lat na dworze faraona, a potem drugie tyle u Madianitów.

W tym kontekście już nie tak dziwne wydaje się odrzucenie Mojżesza przez rodaków, gdy chcąc im pomóc, słyszy bolesne słowa: „Któż cię ustanowił naszym przełożonym i rozjemcą?” (Wj 2,14).

Zabójstwo Egipcjanina, które wypominają mu rodacy i przez które musi uciekać z kraju, to ewidentnie grzech pierworodny Mojżesza. Całkiem świadomie używam tu pojęcia, które odnosimy do wydarzenia w ogrodzie Eden. To jest ta sama sytuacja. Oto przyszły prawodawca łamie prawo. Zabija człowieka tylko dlatego, że ten bije „naszych”. W konsekwencji musi opuścić raj – pałac faraona i zostaje wygnany na pustynię.

Na tej pustyni Mojżesz pozna przyszłą żonę Seforę i założy rodzinę. Jednym słowem ułoży sobie jakoś życie.

Można zapytać: czego więcej chcesz, człowieku? Jednak w gruncie rzeczy to jest człowiek przegrany. Widać wyraźnie, że na tym wygnaniu nie ma żadnej perspektywy, żadnej przyszłości. Życie rodzinne ma teoretycznie udane, ale to nie jest to, o co mu naprawdę chodzi. W ten sposób dożywa do osiemdziesiątki. Ma świadomość, że w zasadzie całe swoje życie przeżył na niczym.

Ale właśnie w tym momencie, gdy właściwie wszystko się już kończy, zaczyna się wielka przygoda Mojżesza.

Przychodzi do niego Bóg. I to przychodzi znów w sposób kapłański.

Nie rozumiem.

Znaki, które towarzyszą objawieniu Boga, jednoznacznie wskazują na kontekst świątyni. Krzew, który płonie, a się nie spala, tak naprawdę jest ogniem ołtarza, nieustannie płonącym dla Boga. Również ziemia, na której stoi Mojżesz, jest nazwana ziemią świętą – podobnie jak w świątyni Izraela. W końcu Bóg umieszcza nad tym skrawkiem góry Synaj swoje Imię. To może być dla nas niejasne, ale Księga Powtórzonego Prawa i idąca za nią tradycja (tzw. tradycja deuteronomistyczna) określa świątynię właśnie jako miejsce, które Bóg wybrał, aby w nim umieścić swoje Imię.

Bóg objawia swoje Imię, ale to Imię chyba więcej zasłania, niż odkrywa. Na dobrą sprawę nie wiemy nawet, jak je wymawiać.

Problem z wymową polega na tym, że w pisanym języku hebrajskim początkowo nie zaznaczano samogłosek. Później natomiast specjalnie przekłamano samogłoski, żeby zapobiec świętokradczemu wymawianiu Imienia. Pewną pomocą może być dla nas jego grecka transkrypcja w różnych źródłach. Zresztą to niejedyny problem. Nie wiemy także, skąd się ono wzięło. Krążą oczywiście różne teorie na ten temat – że jest to imię jakiegoś bóstwa z regionu synajskiego, być może bóstwa wiatru lub burzy. Do końca jednak nie znamy jego etymologii.

Zakaz wymawiania Imienia Jahwe, o którym ksiądz wspomniał, jest trochę dziwny z naszej perspektywy. Ostatecznie mógł je wymówić tylko arcykapłan i tylko raz w roku.

To jest już późniejsza idea. Przecież Mojżesz, kiedy staje w obliczu Boga, przywołuje to Imię. Co więcej, w świetle Księgi Wyjścia należy Je przywoływać. Natomiast później staje się ono Imieniem, którego przeciętny Izraelita nie powinien wymawiać. Dlaczego? Żeby go nie sprofanować. Chociaż z drugiej strony, jeśli wczytać się w psalmy, to bardzo często Bóg jest przywoływany właśnie tym Imieniem.

Bóg objawia się Mojżeszowi w płonącym krzewie. Czy to znaczy, że przez pierwsze 80 lat swojego życia Mojżesz był poganinem?

Nie. Podobnie jak Abraham był człowiekiem, który wierzył w Boga, ale nie uzewnętrzniał swojej wiary. Pod tym względem przypomina też Józefa Egipskiego, który ma jedynie dar mądrości. Ta mądrość oczywiście pochodzi od Boga, ale w Księdze Rodzaju nie znajdziemy ani słowa o religijności Józefa – o tym, że się modlił czy że składał jakieś ofiary. Zarówno młody Mojżesz, jak i Abraham nie mają wiary jako sformalizowanego korpusu doktryny i praktyki. Mają intuicję religijną. I Biblia pokazuje, jak ważna jest ta intuicja.

Bóg powierza Mojżeszowi misję do wykonania. Ma wyzwolić Jego Lud. Ciekawe, że inicjatywa wyzwolenia pochodzi od Boga. Ani sam Mojżesz, ani Izraelici nie zrobili wcześniej niczego, żeby się wyzwolić.

Pierwszy rozdział Księgi Wyjścia opowiada, że Izraelici tak się rozmnażają, że faraon zaczyna się ich bać. I co? Nic się nie dzieje. Faraon ustanawia nad nimi przełożonych robót publicznych, zmusza ich do prac przy wyrabianiu cegieł i na polu, a oni jak potulne baranki idą i robią to, co im każą. Siła mężczyzn do niczego nie prowadzi. Dlaczego? Bo nie ma w nich wiary. Tchórzą i to jest ich wina. Podobną sytuację mamy w Księdze Sędziów w opowieści o Baraku i Deborze. Barak (dosł. „błyskawica”) mówi, że nie przystąpi do walki, jeśli nie pójdzie z nim Debora („pszczółka”). Ona się na to zgadza, ale chce, żeby zwycięstwo zostało przypisane kobiecie. I tak się dzieje. Tutaj podobnie bohaterami nie są mężczyźni, ale wymienione z imienia dwie kobiety, położne: Szifra i Pua, które ratują życie izraelskim dzieciom. Dwie kobiety – z natury słabe – znajdują odwagę, której brakuje bezimiennej masie mężczyzn. Widać tu logikę Boga, który wybiera to, co niemocne, aby pokazać, że to wiara, a nie ludzka siła, jest w stanie zdziałać cuda.

Skoro już o cudach mowa, całkiem sporo ich w tej księdze. Nie ma też chyba takiego cudu, którego nie próbowano wyjaśnić naukowo i w większości to się udało. To w końcu były cuda czy nie?

To były przede wszystkim znaki. Faraon nie był głupi. Wiedział, że musi jakoś sobie poradzić z tymi mnożącymi się na potęgę Izraelitami. Opisane w Biblii znaki miały przekonać go, żeby wypuścił Izraelitów z Egiptu. Znak nie musi być od razu nadprzyrodzony. Czasem jest jedynie sygnałem dla kogoś. Proszę zauważyć też, że znaki przybierają dramatyczne rozmiary tylko dlatego, że faraon pozostaje oporny.

Znaki stają się karą…

Bardzo ważne: karą Bożą. Biblia pokazuje w ten sposób, że chociaż faraon jest zły, to nie Izraelici mają go karać. Pod tym względem Księga Wyjścia okazuje się niezwykle pacyfistyczna. Nie ma w niej mowy o żadnej świętej wojnie. Taka idea pojawia się dopiero w Księdze Jozuego. Tutaj natomiast Izraelici są uczeni, aby nie dokonywali samosądu. Gdyż nawet walcząc ze złem, można samemu stać się złym. Proszę zobaczyć, że w tych wszystkich cudach Bóg nie dotyka bezpośrednio złych ludzi. Posługuje się siłami natury – na odległość. I również w tradycyjnej karze śmierci, jaką było ukamienowanie, obecny jest zamysł, żeby dokonywać jej na odległość, żeby się nie zarazić złem.

Jak na pacyfistyczną księgę całkiem sporo przestępstw karanych jest śmiercią.

Prawo Mojżeszowe nie było bardziej restrykcyjnie niż inne bliskowschodnie prawa tamtego okresu. To po pierwsze. Po drugie, wymierzenie kary traktowano jako wprowadzenie sprawiedliwości i ładu. I jako takie było ono bardzo ściśle zdefiniowane. Po to właśnie, żeby zapobiec samosądom, niekończącym się rachunkom między rodami. Kara kończy pretensje do dalszej zemsty.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że to Bóg, a nie człowiek, określa sankcję karną. I niejako również On jest jej wykonawcą. Co ciekawe, kara śmierci jest określana w Biblii zwrotem mot jumat – „śmiercią zginie”. Czy to znaczy, że to ty masz go do tej śmierci doprowadzić? Domyślnie tak, wcale to nie jest takie oczywiste. Weźmy na przykład takie sformułowanie: „Nie pozwolisz żyć czarownicy” (Wj 22,17). Czy to znaczy, że masz ją zabić? A może po prostu każesz jej odejść ze swojego kraju? Być może ona przeżyje u kogoś innego, ale nie u ciebie.

Ponadto w teologii biblijnej wspomniana idea bardzo często spotykana jest w sytuacjach, w których człowiek sam doprowadza się do zguby. To jest jeden z ulubionych wątków starotestamentalnych: do złego człowieka zło powróci. Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada. Jego własna złość doprowadza go do zguby.

Faraon jest zły, ale w noc wyjścia giną niewinne dzieci. Czym sobie zasłużyły na taki los?

Zahaczamy o złożony problem pochodzenia zła i tego, jak Bóg na nie reaguje. Najkrócej można powiedzieć, choć wciąż będzie to dla nas niezrozumiałe, że jest to zbiorowa kara za to, że są Egipcjanami.

Rzeczywiście trudno pogodzić się z takim wytłumaczeniem. Zwłaszcza że nic nie wskazuje na to, żeby Egipcjanie w relacjach sąsiedzkich byli tacy źli. W końcu pożyczyli Izraelitom przed wyjściem drogie naczynia. Tak się nie zachowują wrogowie.

Powinni pożyczyć, bo takie było prawo. W Księdze Powtórzonego Prawa jest napisane, że jeśli się wypuszcza na wolność niewolnika, to trzeba mu dać coś na drogę, żeby nie odchodził z pustymi rękami (por. Pwt 15,12–15). Egipcjanie spełniają prawo Izraela.

Zanim to prawo w ogóle zostanie ogłoszone.

Podobnie jak w przypadku grzechu pierworodnego Mojżesza pojawia się tu myśl, że prawo nie obowiązuje tylko jako prawo objawione, ale też jest w nas obecne intuicyjnie. To się po prostu wie.

Wróćmy jednak do tych nieszczęsnych pierworodnych w Egipcie.

Myślę, że musimy wziąć pod uwagę coś, co dla nas nie jest oczywiste: chodzi o przekonanie, że wszyscy pierworodni są poświęceni Bogu. Stąd w Prawie zapis o ofierze wykupu pierworodnych. Wszyscy pierworodni są własnością Boga i może On z nimi zrobić, co zechce – zwłaszcza jeśli ich naturalna pozycja miałaby pobudzać ich do pychy przeciw Bogu. Może On wówczas pozbawić ich przywileju pierworództwa, wygnać na pustynię, a nawet zabić, jakkolwiek wydaje nam się to okrutne.

Podając motyw wyjścia, Mojżesz mówi faraonowi, że muszą „złożyć Bogu ofiarę” (Wj 5,3). Oszustwo czy rzeczywisty cel?

Cel. Zwróćmy zresztą uwagę na samą konstrukcję Pięcioksięgu. Co jest w jego centrum?

Księga Kapłańska.

No właśnie. Celem wyjścia, szerzej: powołania narodu wybranego jest sprawowanie kultu przed Bogiem. Oczywiście na pustyni to wszystko będzie prowizoryczne. Nie ma jeszcze świątyni – jest namiot: raz opisywany jako namiot spotkania, miejsce modlitwy, a raz jako przybytek, miejsce składania ofiar. Tych ofiar Izraelici też będą się musieli nauczyć – jak i kiedy je składać.

Księga Wyjścia, a po niej Księga Kapłańska, bardzo precyzyjnie opisują, w jaki sposób mają być składane ofiary, z jakich zwierząt, jak często. Czy Pan Bóg aż tak jest zainteresowanym tym, czy będzie to koza czy wół, noga czy łopatka? Przecież prorocy nawoływali, że prawdziwą ofiarą jest ofiara miłosierdzia, a Jezus powie, że „prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie” (J 4,23).

Z tymi prorokami to duże uproszczenie. Przecież prawie połowę Księgi Ezechiela zajmuje opis tego, jak powinien wyglądać kult po powrocie z niewoli babilońskiej. Trzeba pamiętać, że w starożytnym świecie Bóg kojarzy się zawsze ze świątynią. I dla tamtych ludzi jest czymś oczywistym, że jeśli myślą o Bogu, to myślą o jakiejś konkretnej świątyni. Skoro zaś Bóg jest doskonały, to i świątynia musi być doskonała. I sprawowany w niej kult też powinien być doskonały. Stąd właśnie ten nacisk na wymiary, dokładnie opisane materiały, z których ma być zbudowany przybytek.

Czym ten kult opisany w Księdze Kapłańskiej wyróżniał się na tle ówczesnych religii?

System składania ofiar z pokarmów był powszechny w całym ówczesnym świecie. Za kult odpowiadali kapłani oraz król. Tutaj zaś do uczestnictwa w nim zachęcany jest cały Izrael. Oczywiście nie każdy jest kapłanem, ale Księga Wyjścia nazywa Izraela „królestwem kapłanów” (Wj 19,6). Co ważne, większość z opisanych ofiar jest dobrowolna. Pięcioksiąg zachęca do udziału w kulcie, ale raczej nie nakazuje go. Jeśli jednak ktoś składa ofiarę, to ona ma być piękna. Zwierzęta mają być czyste, bez skazy, najlepsze, jakie są. Bóg uczy w ten sposób Izraelitów, że nie daje Mu się byle czego. To również ważne dla nas, że Bóg nie wymaga może od człowieka złożenia Mu w ofierze wszystkiego, ale uczy oddawania Mu najlepszej części.

Wspomniał już ksiądz jedno z najważniejszych pojęć Prawa Mojżeszowego – pojęcie czystości, które szczególnie w kontekście kontro- wersji Jezusa z faryzeuszami nie budzi zbyt dobrych skojarzeń. Od razu pojawia się myśl, że ta dbałość o czystość kogoś wyłącza, stygmatyzuje.

Cały problem z pojęciem czystości bierze się stąd, że jest to dość abstrakcyjna idea. Czystość nie ma tu charakteru ani moralnego, ani tak naprawdę materialnego, przedmiotowego. Jest to pewien podział zwierząt, ale też pewnych zachowań, przedmiotów, czynności życia codziennego, wywodzący się w dużej mierze z archaicznych tabu. Niezrozumiały dla nas, ale w dużej mierze niezrozumiały już dla samych autorów biblijnych.

Z naszej perspektywy dziwne może być też to, że prawo dotyczy nie tylko spraw kultycznych czy moralnych, ale również całego mnóstwa prozaicznych czynności, jak choćby załatwiania potrzeb fizjologicznych na pustyni (Pwt 23,10–15).

Niektóre z przepisów próbujemy wyjaśnić, powołując się na pewne zasady fizjologii, higieny, natomiast inne są na tyle abstrakcyjne, że dziś nie jesteśmy w stanie odtworzyć ich genezy. Co na przykład oznacza przepis: „Nie będziesz gotował koźlęcia w mleku jego matki” (Pwt 14,21)?

Jezus powiedział, że ani jedna kreska, ani jedna jota nie zostanie skreś- lona z tego, co zostało zapisane w Prawie, a z drugiej strony przecież jako chrześcijanie nie przestrzegamy tego Prawa.

Jest to jeden z głównych problemów teologii Nowego Testamentu: Co z tym Prawem? Z jednej strony jest objawione, a z drugiej strony nas nie dotyczy. Najprostsze rozwiązanie jest takie, że ono nie dotyczy nas, którzy pochodzimy z pogaństwa, natomiast dotyczy Izraela, nawet jeżeli się nawróci do Chrystusa. Choć mam poważne wątpliwości, czy św. Paweł zgodziłyby się z takim tłumaczeniem.

Dlaczego?

Bo mówi, że skoro Bóg pozwolił na to, by Jego Syn został ukrzyżowany, co jest ewidentnie klątwą z punktu widzenia Prawa, to znaczy, że to Prawo jako całościowy system już nie obowiązuje. Ale można sobie z tym problemem poradzić i tak, że Jezus ten zakaz naruszania przepisów Prawa odnosi tylko do tych przykazań, które wymienia w Kazaniu na Górze. Jakie to przykazania? To zasadniczo Dekalog, a w jego obrębie przede wszystkim druga tablica – czyli przykazania dotyczące bliźniego, kulminujące w zobrazowanym na końcu przykazaniu miłości. I to jest podstawowa odpowiedź Nowego Testamentu. Prawo nie traci swojej ważności. Jest objawione przez Boga, ale jego sens objawia się w przykazaniu miłości.

Zanim Mojżesz otrzymał Prawo, już zdążył je złamać. Izraelici, czekając na Mojżesza, też łamią prawo. Historia wędrówki po pustyni jest historią ciągłych zdrad Boga.

Ale dzięki temu otrzymujemy odpowiedź na pytanie, co w takich sytuacjach robić. Po pierwsze, Biblia pokazuje, że chociaż cały lud złamał prawo, Bóg pozostaje wierny. Po drugie, określa w ten sposób rolę kapłanów. Mają oni, jak Mojżesz, wstawiać się za swoim ludem. Modlić się jak Abraham za Sodomę i Gomorę. A kiedy pojawi się kult – składać ofiary przebłagalne. To jest zadanie kapłana. Pierwsze i podstawowe.

A na czym tak właściwie polegał grzech pierworodny Izraela? Bo przecież nie było to zwykłe bałwochwalstwo. Ulali cielca, ale czcili w nim Boga Jahwe.

I w ten sposób złamali pierwsze przykazanie. Nie w tym sensie, że wzięli sobie jakiegoś nowego boga, jak się nieraz to tłumaczy, ale że sprowadzili prawdziwą potęgę Boga do wymiarów ziemskich: do wartości złota i siły byka. Zakaz czynienia obrazów Boga, z którym się w Biblii spotykamy, stoi na straży Jego niematerialności i niewyobrażalności. Bóg pokazuje się pod postacią płomienia i obłoku – w pewnym sensie rzeczy niematerialnych. Nie da się ich wziąć do ręki. Nie da się ich wyrzeźbić. Podobnie jak tęczy w historii o potopie.

Pan Bóg może wiele wybaczyć, ale jest w Księdze Wyjścia opisana jedna zdrada, w której konsekwencji nikt z tych, którzy opuścili Egipt, nie wejdzie do Ziemi Obiecanej – poza Jozuem i Kalebem. Co było w tej zdradzie tak szczególnego?

Kiedy powracają wysłannicy z Kanaanu, Izraelici odmawiają wejścia do Ziemi Obiecanej. Gardzą największym darem Boga dla nich. I negują w ten sposób sens swojego życia, sens wędrówki z Egiptu. Celem ich życia było dojście do Kanaanu, zajęcie go, zrodzenie tam dzieci, wybudowanie świątyni i życie w nim na chwałę Boga. I oni tym Kanaanem gardzą. Czyli w gruncie rzeczy gardzą wszystkim, co Bóg im zechciał dać. To nie jest zatem grzech byle jaki, który im się po drodze przydarzył, tylko grzech podstawowy. Trochę tak jak z grzechem pierwszych ludzi, którzy zostali umieszczeni w raju. Mieli tam wszystko – tylko jednej rzeczy nie wolno im był zrobić. A jednak dla owocu z drzewa dobra i zła gardzą tym wszystkim i za karę zostają wygnani z rajskiej ziemi.

Drugą bardzo ważną rzeczą w tym grzechu Izraelitów jest brak zaufania do Boga, że rzeczywiście z Jego pomocą mogą zająć ziemię Kanaan. Bo ziemia, choć błogosławiona, jest trudna. Tam mieszkają potężni ludzie, którzy budują potężne miasta, i nie jest łatwo taką ziemię zająć. Bóg mówi im jednak, że są w stanie to zrobić. Natomiast oni nie wierzą. Czyli nie wierzą też w Bożą obecność z nimi, w to, że Bóg daje im siły, że pomoże, że będzie z nimi.

Ostatnie strony Pięcioksięgu mogą rozczarować. Ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Nawet Mojżesz, który miał tak wielkie zasługi, nie wchodzi do Ziemi Obiecanej. Umiera u jej granic. Pozostaje niedosyt…

A dla mnie jest w tym zakończeniu coś niezwykle pięknego. Izraelici zatrzymują się nad brzegiem Jordanu, granicznej rzeki, i nie wejdą do Kanaanu, zanim ich Mojżesz nie pouczy o Prawie. Muszą się jeszcze nauczyć, jak żyć, żeby nie skalać tej ziemi brakiem mądrości – również religijnej. Stare pokolenie nie wejdzie tam, bo jest skażone grzechem, który popełniło na pustyni. Musi wymrzeć, żeby mogło wejść następne pokolenie – niewinne, które okazało wiarę Bogu, zaufało Mu. Podobnie jest z Mojżeszem. On jest przedstawicielem tego starego pokolenia i dlatego też umiera na pustyni.

A nie można było dla jednego człowieka zrobić wyjątku?

Ale właśnie Bóg robi wyjątek. Jest przecież Jozue i Kaleb. To są następcy, którzy poprowadzą nowe pokolenie. Z naszego punktu widzenia ta cezura pomiędzy pokoleniami i konieczność śmierci mogą wydać się dziwne, ale to jest coś niesłychanie ważnego. I to pokaże św. Paweł, mówiąc o śmierci starego człowieka w nas. On musi umrzeć podczas chrztu, żeby mógł się narodzić nowy człowiek. Chrzest – zanurzenie – to jest realna śmierć. Musimy tego doświadczyć, tak jak Mojżesz musiał doświadczyć swojej śmierci. I wtedy dopiero rodzi się w nas – w Chrystusie – nowy człowiek. Jeśli tego nie zrozumiemy, to zredukujemy chrześcijaństwo do zbioru przepisów moralnych i aptekarskiego rozliczania się z pobożności.

Kapłan bez świątyni
ks. Bartosz Adamczewski

urodzony w 1967 r. – ksiądz, teolog biblista, prof. Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, autor m.in. komentarza List do Filemona. List do Kolosan (Częstochowa 2006), występował w roli eksperta w emitowanym przez Religia.tv programie Biblijna lekcja relig...

Kapłan bez świątyni
Dominik Jarczewski OP

urodzony w 1986 r. w Warszawie – dominikanin, duszpasterz, rekolekcjonista, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, stały współpracownik miesięcznika „W drodze”....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze