Skąd mam wiedzieć, że to głos Boga?!
fot. joel overbeck / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pytanie Boga

0 votes
Wyczyść

Gdyby sumienie było kategorią wyłącznie religijną, to należałoby przyjąć, że ludzie niewierzący nie mają sumienia. Na szczęście rzeczywistość temu przeczy.

Anna Sosnowska: Katechizm Kościoła katolickiego w jednym punkcie mówi, że sumienie jest „najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem” – czyli wskazuje na jakąś rzeczywistość mistyczną, a w drugim punkcie mówi, że sumienie to po prostu „sąd rozumu”. Można się w tym pogubić.

Paweł Krupa OP: Synderesis i conscientia!

Nie ułatwia ojciec sprawy.

Wiem, zacząłem z grubej rury. Tak naprawdę ten podział ukształtował się dzięki św. Tomaszowi z Akwinu, który w pierwszej części drugiej części Sumy teologicznej zastanawia się nad tym, czym jest sumienie i jak ono działa. Podstawą rozważań Tomasza były rozróżnienia wprowadzone przez Arystotelesa i innych starożytnych filozofów. Bo przecież chrześcijaństwo odziedziczyło nie tylko Stary Testament, ale także to, co przyniosła kultura grecka, dla której pytania o moralność człowieka, o etykę były bardzo istotne.

Czyli Tomasz wyróżnił dwa poziomy sumienia?

Raczej bym powiedział: dwa sposoby rozumienia sumienia. Pierwszy z nich nazwał synderesis, czyli coś, co zostało nam dane niejako z góry, co człowiek otrzymuje wraz ze swoim istnieniem i co się wyraża w dążeniu do dobrostanu czy to fizycznego, czy duchowego. Moje dążenie do szczęścia powoduje, że ja, na takim bardzo podstawowym poziomie, potrafię rozróżnić, co jest dla mnie dobre, a co złe.

Więc tutaj podstawowym punktem odniesienia będę ja sam?

Dokładnie. W etyce sprowadza się to do prostej zasady: dobro czyń, zła unikaj. Człowiek będzie dążył do tego, co daje mu radość, spokój, przyjemność, i będzie unikał tego, co mu w tym przeszkadza.

To gdzie tu miejsce na mistyczne spotkanie z Bogiem?

Synderesis nie do końca jest tym, co Katechizm nazywa sanktuarium duszy. Owszem, Tomasz widzi w synderesis dar Boży, ale opisuje ją raczej jako pewną cechę naszej natury, rodzaj instynktu – wyższego jednak niż instynkt zachowania życia, rozmnażania czy jedzenia. Proszę zauważyć – my dość odruchowo sobie mówimy: to jest dobre, a to jest złe.

Chyba jeszcze częściej mówimy: czuję, że to jest dobre, czuję, że to jest złe.

Odruchowo nie znaczy bezrefleksyjnie. W ocenę moralną musi być zaangażowany intelekt, bo inaczej możemy bardzo się pogubić. Przypomnę tutaj baśń J. Ch. Andersena o królowej śniegu, bardzo mądrą baśń. Historia zaczyna się od tego, że diabeł zrobił lustro. „[…] wszystkie rzeczy piękne i dobre wyglądały w nim szkaradnie, […] za to złe rzeczy widać w nim było doskonale”. Kiedy lustro pękło, jego okruchy rozsypały się po całym świecie. Jeden z nich wpadł do oka Kaja. I co się stało? Kaj nadal widział świat, ale widział go odwrotnie. To, co było do tej pory dobre, teraz wydawało mu się złe: Gerda, jego serdeczna przyjaciółka, stała się nieznośną dziewuchą, ogródek, w którym się bawili, zamienił się w stertę badyli, a kochana babcia we wredną staruchę. Natomiast kiedy przyjeżdża królowa śniegu, przed którą wszyscy odruchowo uciekają, nie potrafiąc właściwie powiedzieć, dlaczego, to dla Kaja ona staje się diwą. I to jest właśnie odczucie.

Niemające nic wspólnego z obiektywną prawdą.

Dlatego nie możemy polegać tylko na naszych odczuciach, bo one – jak widać w tej bajce – mogą się z jakiegoś powodu nagle zmienić i to, co odczuwaliśmy jako dobre, zaczniemy odbierać jako złe. Dlatego do synderesis – tego naturalnego poziomu sumienia, który jest darem Bożym i w którym mogę spotkać Pana Boga, jeśli w ogóle Go wpuszczam do mojego życia – dołącza się coś, co św. Tomasz nazywa conscientia, a więc ocena rozumu moich czynów. Conscientia, bawiąc się w średniowieczną etymologię, zawiera w sobie dwa słowa.

Con – z, a scientia – wiedza.

Ale nie jakaś ogólna wiedza, tylko praktyczna, służąca do działania. Natomiast to con wskazuje na to, że ta wiedza gromadzi w sobie różne dane, które mają pomóc mojemu intelektowi rozpoznać, czy to, co ja zrobiłem bądź zamierzam zrobić, jest dobre czy złe.

Jakiego rodzaju są to dane?

Moje wychowanie, doświadczenia, przeczytane książki, autorytety, moja wiara, Pismo Święte itd. Wszystko to zbieram w ciągu życia i potem wykorzystuję do rozsądzenia moim rozumem, czy coś jest dobre, czy złe.

I to już może nie mieć nic wspólnego z naszymi odczuciami.

Św. Tomasz bardzo ciekawie pokazuje tę kwestię. Mówi: Przecież ja mogę mieć uczucia, które stoją w sprzeczności z osądem rozumu. Kiedy idę na wojnę bronić ojczyzny, narażając samego siebie na kalectwo czy śmierć, a swoich bliskich na stratę, to wszystko we mnie krzyczy: Uciekaj! Ale nie ucieknę. Bo chociaż na poziomie pierwotnej synderesis wydaje mi się, że ten czyn, jako narażający mnie na niebezpieczeństwo, jest zły, to jednak rozsądziłem w moim rozumie (conscientia), że obiektywnie jest on dobry. W ten sposób moje uczucia zostały przekroczone przez rozum.

Wróćmy jeszcze do tego gromadzenia danych dla naszego sumienia. Przecież one mogą być błędne. I co wtedy?

Św. Tomasz najpierw stawia takie pytanie: Czy jeżeli ktoś ma błędną wiedzę, błędne rozpoznanie, i zrobi wbrew temu, to czy postąpił dobrze, czy źle?

Źle, ponieważ powinniśmy działać zgodnie z naszym sumieniem.

A właśnie! Ten człowiek sprzeciwił się swojemu rozpoznaniu sytuacji. A sumienie – mówi Tomasz – choćby było błędne, zawsze obowiązuje. Jednak już w następnym artykule Tomasz rozważa inną kwestię, a mianowicie, czy błędne sumienie zawsze usprawiedliwia nasze złe działanie, i pada zdecydowana odpowiedź: Działanie zgodne z błądzącym sumieniem nie zawsze jest usprawiedliwieniem dla złych czynów. To znakomicie widać na przykładzie hitlerowców i procesów norymberskich. Oni tłumaczyli się w ten sposób: Przecież byliśmy przekonani, że robimy dobrze, że działamy w słusznej sprawie, poza tym wykonywaliśmy rozkazy naszych przełożonych. Ale to ich absolutnie nie usprawiedliwia, bo powinni wiedzieć, że zabicie kilku milionów ludzi w obozach koncentracyjnych jest złe! Kim trzeba być, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy? Św. Tomasz już w XIII wieku mówił, że mamy obowiązek kształtowania sumienia, otwierania go na różne autorytety i sprawdzania go. Bo sumienie – to bardzo ciekawy trop u Tomasza – jest oceną naszego rozumu, a nie jakimś zewnętrznym głosem, który nam podpowiada, co mamy zrobić, a czego nie.

Faktycznie ciekawe, bo przecież od duszpasterzy często słyszymy, że sumienie to głos Boga rozbrzmiewający w naszym sercu.

Dlatego ludzie się gubią i mówią: Ale ja nie słyszę żadnego głosu.

Albo się zastanawiają: Skąd mam wiedzieć, czy głos, który słyszę, jest głosem Boga, a nie moim własnym?

Dobrze te przekonania obrazuje hollywoodzka para: diabełek i aniołek, szepczący nam do ucha różne podpowiedzi, czy świerszcz z Pinokia, który jest jego sumieniem i często przestrzega: Nie rób tego, bo spotka cię to i to! Mamy, jak widać, taką tendencję, żeby sumienie stawiać gdzieś na zewnątrz. A ono jest przecież absolutnie racjonalnym spojrzeniem na to, co robimy, jest oceną naszego rozumu. To nie są żadne szepty aniołka, diabełka czy nawet samego Pana Boga.

To gdzie w tym wszystkim miejsce dla Niego?

Chociaż sumienie jest moim wewnętrznym osądem rozumu, to nie może być zamknięte na głos z zewnątrz. Nasza relacja z Bogiem opiera się na tym, że On przychodzi i mówi: Ja ci proponuję to i to. A ty rozsądź i wybieraj! Możesz powiedzieć „tak”, możesz powiedzieć „nie”. Ale dla Tomasza było oczywiste, że Boga trzeba słuchać. I wcale nie dlatego, że Bóg ma wielką moc i przygniata mnie kolanem, nie dając mi żadnego pola manewru, ale dlatego, że Bóg wie najlepiej. Ja nie mam przecież takiego rozeznania jak On.

Bo nie mam tylu danych, co On.

Właśnie. I jeśli Bóg mi mówi: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, to wie, dlaczego. Więc ja nie powinienem działać wbrew Jego wskazaniom.

Czyli tak naprawdę, zanim zaczniemy filozofować nad przykazaniami, najpierw powinniśmy się zastanowić nad samym Bogiem?

Oczywiście, to jest konkretna praca, którą mój intelekt powinien wykonać, żeby móc rozpoznać Boga jako najwyższy autorytet.

A jeśli ktoś nie wierzy w Boga?

To wstawi w Jego miejsce w najgorszym przypadku własny interes, a w lepszym – prawo czy konstytucję. Przy czym jako chrześcijanin muszę przywołać pewne zdanie ojca Innocentego Bocheńskiego, słynnego dominikanina – filozofa, które zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Pod koniec lat 80. Bocheński przyjechał z Fryburga Szwajcarskiego do Polski. Był legendarną postacią, więc nasza krakowska bazylika pękała w szwach. I wtedy, w czasie wykładu powiedział: Humanizm bez wiary w Boga nie ma absolutnie sensu, ponieważ nie znajdujemy żadnego racjonalnego argumentu, dla którego człowiek miałby być istotą wyjątkową, jak tylko ten, że został stworzony przez Boga i został ukochany przez Boga. I jeszcze dodał: Każdy humanizm, który wyrzuci Boga, zapadnie się w sobie, bo nie ma tej nadrzędnej racji, która sprawia, że człowieka warto chronić.

Kiedy się dziś rozejrzymy wokół, to trudno nie przyznać ojcu Bocheńskiemu racji. Niestety.

No właśnie.

Kształtowanie sumienia kojarzy się przede wszystkim ze sferą religijną.

Nie mogę się z tym zgodzić. Gdyby sumienie było kategorią wyłącznie religijną, to należałoby przyjąć, że ludzie niewierzący nie mają sumienia. Na szczęście rzeczywistość temu przeczy. Zresztą w sensie, w jakim go dziś używamy, sumienie nie jest pojęciem religijnym, tylko filozoficznym, ogólnoludzkim.

Ale przecież trudno sobie wyobrazić mówienie o grzechu, który jest kategorią religijną, bez mówienia o sumieniu.

Tak, w optyce chrześcijańskiej zrobienie czegoś wbrew swojemu sumieniu nazywamy grzechem, bo jest to sprzeciw zarówno wobec darowanego nam przez Boga rozsądku, jak i objawionej przez Niego prawdy. Dlatego różni cwaniacy próbują sobie na tyle „rozdziamdziać” sumienie, żeby potem ze spokojem oświadczyć: Nie czuję, żeby to było wbrew mojemu sumieniu, więc to nie jest grzech. Najczęściej dotyczy to grzechów seksualnych. Wtedy pojawia się też koronny argument: Ale ja go/ją tak kocham.

Co ojciec wtedy odpowiada?

Że tu nie chodzi o uczucia, bo nie zawsze to, co miłe i przyjemne, jest też dobre. Niestety, ludziom od razu uruchamia się wtedy takie myślenie, że Pan Bóg zabrania im radości i przyjemności.

I co z tym fantem zrobić?

Należałoby zacząć od uczenia epikurejskiej ascezy, wedle której może się okazać, że życie w zgodzie z Bożymi przykazaniami – które przecież przyjmuję, czyli umieszczam w sobie jako dane dla mojego sumienia – może być większą przyjemnością niż noc spędzona z ukochaną na seksie.

A nie od wykładni Kościoła na temat czystości przedmałżeńskiej?

Nie. Uważam, że pierwszą rzeczą jest nauczenie ludzi myślenia, czyli zdolności przechodzenia od argumentacji do konkluzji, z czym mamy dziś ogromny kłopot. Edukacja w starożytności i w średniowieczu zaczynała się od pisania i czytania, a zaraz potem przechodzono do logiki – skoro potrafisz już stworzyć zdanie, to teraz zadbajmy o to, żeby jedno wynikało w nim z drugiego.

Myślenie przyczynowo-skutkowe?

Średniowieczni nazywali je myśleniem argumentatywnym, rozumowaniem po prostu. Jeśli Kościół mówi o pewnych zakazach i nakazach, to ma ku temu jakieś powody, stoją za tym jakieś racje. Tymczasem wielu ludzi w ogóle nie zadaje sobie takiego pytania i nie szuka na nie odpowiedzi, tylko mówi: ksiądz mi każe, ksiądz mi zabrania.

A ja czuję inaczej.

Więc pomyśl, wykonaj pracę intelektualną, zastanów się, co Bóg czy ksiądz chce ci powiedzieć. Zastanów się nad doczesnymi (i wcale nie chodzi tylko o ciążę) oraz wiecznymi konsekwencjami twojego działania. Przecież nikt nie chce, żebyś był nieszczęśliwy! Ale wie pani, ja mam czasami w konfesjonale takie doświadczenie, że przychodzą ludzie, którzy spowiadają się ze współżycia, ale też z tego, że się nie modlą czy nie uczestniczą w sakramencie mszy świętej. To co ja im będę zaczynał od seksu? Zaczynam od podstawowych rzeczy.

Od pierwszego przykazania, nie szóstego?

Właśnie. Nauka o wstrzemięźliwości jest oparta na jakimś rozpoznaniu świata – zresztą nie tylko religijnym, bo przecież pewne zasady moralne rozwijają się także poza obrębem religii. I tu zupełnie nie chodzi o to, że ktoś ma być posłuszny jakiejś normie, i kropka, bo w taki sposób nigdy nie ukształtujemy prawego człowieka. Często rozpływamy się nad skandynawską uczciwością. Sam przeżyłem szok, kiedy kilkanaście lat temu jechałem przez Danię samochodem i widziałem przy drodze drewniane stoliki, na których gospodarze wykładali swoje plony, odważone w siatkach, i każdy mógł je kupić. Nikt ich nie pilnował! Poprosiłem mojego przyjaciela Duńczyka, żeby się zatrzymał, bo chciałem to zobaczyć na własne oczy. Rzeczywiście – wyłożona marchewka, buraki, wszystko opisane, podane ceny. A obok pudełko, do którego można wrzucić pieniądze. I stało! Powiedziałem wtedy do przyjaciela: Prawda jest taka, że w Polsce po 15 minutach zniknąłby nawet stolik!

To dlaczego Skandynawowie tak potrafią, a my nie?

Prawdopodobnie jest to zakorzenione we wcześniejszym stylu moralności protestanckiej, która bardzo ostro karała kradzież uznawaną za jedno z najgorszych przestępstw. Groziło za nią ucięcie ręki i społeczny ostracyzm do końca życia. Ciekawe, że choć podobnie dzieje się dzisiaj w krajach islamskich, to jednak południowców jakoś to nie zmienia… Nie mówi się w świecie o arabskiej uczciwości, a o skandynawskiej tak. Więc na Północy musiało zadziałać coś więcej niż tylko strach przed karą.

Może Skandynawowie odkryli, że uczciwość się po prostu wszystkim opłaca?

Chyba tak. Proszę zobaczyć, to się układa w pewną całość. Najpierw jest trening (ucinanie rąk), czyli kształtowanie cnoty. A potem dochodzi do głosu rozum, który mówi: Faktycznie, cnota nam wszystkim przynosi korzyść. Kiedy czytamy Pismo Święte i różnych ojców Kościoła, to tam także widać rozwój życia duchowego od niewolnika, który boi się kary, do syna, który jest posłuszny Ojcu, bo czuje się przez Niego kochany i ma do Niego zaufanie. Ale to jest proces i rozum odgrywa w nim bardzo ważną rolę.

Czyli znowu wracamy tutaj do gromadzenia odpowiednich danych i formowania swojego sumienia. Tylko że jedni będą czerpać te dane z książek księdza Halíka, a inni z wypowiedzi ojca Rydzyka. I kto ma wtedy lepiej ukształtowane sumienie?

Często wybieramy takie a nie inne autorytety tylko po to, żeby potwierdzić swój sposób myślenia, swoją tożsamość. Tymczasem św. Tomasz kiedyś powiedział: Nie jest ważne, co mówią filozofowie, ale to, jak się rzeczy mają. Dzisiaj mamy z tym duży problem, bo rzadko dążymy do wiedzy – na ile to możliwe – obiektywnej.

Słowem, warto docierać do źródeł?

No właśnie. Myśl i szukaj, a będziesz miał dużą szansę, żeby się dowiedzieć, jak sprawy naprawdę się mają. Jestem głęboko przekonany, że ludzi nie sprowadza na manowce poszukiwanie prawdy, tylko pozostawanie na poziomie półprawdy. I to nie rozum stanowi przyczynę naszego błądzenia, ale jego złe używanie albo nieużywanie w ogóle. Tymczasem my w Kościele bardzo rzadko zachęcamy ludzi do myślenia i poszukiwań, za to bardzo często im mówimy: Jest tak i tak, i kropka.

Co w takim razie powinien zrobić Kościół, żeby kształtować sumienia ludzi?

Przede wszystkim powinien wspierać wszystkie inicjatywy, które dbają o poziom edukacji w szkole, zwłaszcza o wykształcenie humanistyczno-filozoficzne. Moim zdaniem, jesteśmy już dawno po ostatnim dzwonku. Młodzi ludzie mają dziś ogromne problemy z czytaniem ze zrozumieniem, często nie są w stanie rozłożyć logicznie zdania. Więc nauczenie ich myślenia to pierwsza, podstawowa sprawa, zanim w ogóle zaczniemy mówić o katechezie, liturgii czy kazaniach.

Skąd mam wiedzieć, że to głos Boga?!
Paweł Krupa OP

urodzony 4 lipca 1965 r. w Żyrardowie – dominikanin, doktor teologii, historyk mediewista, studiował w Krakowie, Paryżu i Rzymie, charyzmatyczny kaznodzieja, rekolekcjonista, dyrektor Instytutu Tomistycznego w Warszawie (2010-2016), od 2020 roku dziekana dekanatu północnego...

Skąd mam wiedzieć, że to głos Boga?!
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze