O starzejącej się wspólnocie

O starzejącej się wspólnocie

Starzenie się wspólnoty objawia się nie tyle przez zewnętrzny wygląd jej członków, ile przez sposób radzenia sobie z jej charyzmatem.

Dzieje wspólnoty przypominają dzieje ludzkiego organizmu. Niektórzy nawet mówią o biologii wspólnoty, mając zapewne na myśli jej powstanie, wzrost, osiągnięcie dojrzałości, powolne obumieranie i wreszcie śmierć, zniknięcie z powierzchni ziemi. To oczywiście niezbyt wyrafinowana, bardziej zewnętrzna jej wizja, dokonywana z pozycji życzliwego, lecz niezaangażowanego w jej wewnętrzne życie obserwatora, która jednak zawiera w sobie cząstkę prawdy. Podobnie przyrównywanie logiki losów wspólnoty do dynamiki państwa, imperium, przedsiębiorstwa nie dotyka wystarczająco jej wewnętrznych dramatów, walki o zachowanie pierwotnego charyzmatu, niewiary, zatwardziałości serc i przekonania o własnej doskonałości czy niezbędności w planach Bożej opatrzności, bo nie operuje tymi pojęciami, spoglądając na nią z perspektywy innej niż biblijna, która używa terminów takich jak powołanie, zdrada, obietnica, próba, nawrócenie, grzech czy pojednanie. W tym liście spróbujemy pochylić się nad faktem starzenia się wspólnoty i odnaleźć w nim kolejne zaadresowane do nas Boże wezwanie.

Lęk przed nowym

Opisywane przeze mnie zjawisko dotyczy wspólnoty, która od wielu lat nie rekrutuje już nowych członków, a tworzą ją ludzie po sześćdziesiątce i starsi od nich. Grupa taka z ogromnym trudem otwiera się na nowe, bo zdobyte doświadczenie życiowe, czasami gorzkie, nakazuje ostrożność i dystans wobec innych, którzy przychodząc do wspólnoty, potrafią naruszyć jej ustalony od dawna rytm życia, zachwiać wywalczoną pozycją jej poszczególnych członków i — jak się im zdaje — zepsuć lub nadwerężyć sprawdzone przecież przez lata metody działania czy pozytywny bilans dokonań. Długie doświadczenie wspólnego życia rodzi to niedobre przekonanie, że wszystko już było, wszystko zostało wymyślone, wypróbowane, wdrożone i zamknięte w cykle. Wspólnota taka może nawet modlić się o powołania do niej, ale gdy na horyzoncie pojawiają się młodzi ludzie, zwiera szeregi i odrzuca nowo przybyłych, racjonalnie motywując irracjonalne decyzje. Początkowe otwarcie się jej i wstępny, często odważny dialog przemienia się we wzajemnie oskarżenie. Nierzadko przy próbie pozyskania nowych kandydatów wiedziona instynktem poddaje się operacji plastycznej i dlatego później obwiniana jest o duchowe uwiedzenie, gdy codzienność ukazuje nieubłagane zmarszczki.

Zagubiony charyzmat

Starzenie się wspólnoty objawia się nie tyle przez zewnętrzny wygląd jej członków i tempo życia, ile przez sposób radzenia sobie z jej charyzmatem. Można więc zaobserwować dwie charakterystyczne reakcje w tym względzie: pierwsza to kultywowanie „duchowości konceptu”, która jest bezładnym zbiorem fajerwerkowych pomysłów przeradzających się w nadwerężające siły akcje, po których wyczerpana wspólnota zapada w długi letarg. Taka skrzętnie archiwizowana aktywność ma świadczyć o odradzającym się ustawicznie wspólnotowym życiu. Nie trzeba dodawać, że egzystencji takiej, przypominającej powstańcze zrywy lub rzekę tracącą wody w rozlicznych odnogach, brakuje jedności, zwartości i mocy — jednym słowem wizji. Sztandarowe hasło: „Zróbmy coś” przynosi marny odzew wśród ludzi, do których akcje są adresowane. Inny sposób przeżywania charyzmatu przez starzejącą się wspólnotę to przekonanie, że jest ona ostatnią grupą prawdziwych wybrańców Bożych, którzy zachowują jako jedyni zdrową doktrynę Kościoła i jako prawdziwi prorocy narażeni są na niezrozumienie, odrzucenie lub obojętność. W tej koncepcji prawda jest własnością wspólnoty i nie jest przeznaczona dla zmieniających i niszczących wszystko profanów — wszak sam Zbawiciel powiedział, że nie należy rzucać pereł przed świnie. Rzecz charakterystyczna — w rozmowach z poszczególnymi członkami wspólnoty odnosimy wrażenie, że doskonale zdają sobie sprawę z niewesołej kondycji grupy, zdolni są także wskazać ciekawe drogi wyjścia z patowej sytuacji, kiedy jednak znajdą się na forum wspólnoty, milkną i zdaje się, że nie pamiętają swoich wcześniejszych analiz. Doświadczenie uczy, że należy dokonywać refleksji nad przyszłością zawsze razem, i to bez tworzenia grup inicjatywnych czy wybierania lub mianowania „lokomotyw”, które miałyby pociągnąć za sobą innych.

Potrzebna pomoc

Błędne jest jednak przekonanie, że wspólnota poradzi sobie sama, bo nikt — oprócz pewnego legendarnego przypadku — jak świat światem nie wyciągnął się z błota za sznurowadła. Wspólnocie do decydującego dialogu potrzebny jest ktoś z zewnątrz, doskonale sprawdza się także zespół, specjalnie do tego celu powołana komisja, która towarzyszy przez pewien czas wspólnocie w jej poszukiwaniu zdrowych rozwiązań. Relacje tych osób zwanych popularnie na Zachodzie „ułatwiaczami”, zwracają uwagę na klasykę reakcji wspólnotowych w konfrontacji z problemem starzenia się grupy, które dają się ułożyć w sześciostopniowy schemat zwany niekiedy „drabiną ku światłu”. Pierwsze spotkania, początki dyskusji zdominowane są więc przez całkowitą ślepotę wspólnoty. Niektórzy jej członkowie są ogromnie zagubieni, nie rozumieją problemu, inni problemu nie widzą i otwarcie atakują animatora jako emisariusza ciemnych sił, skłonni są też przyznać sobie już na początku status ofiary wcześniej przygotowanych prześladowań. Na tym poziomie spotkania należy podawać rzeczowe informacje dotyczące obecnej sytuacji wspólnoty nie w formie miażdżących ją argumentów ani nawet delikatnego żartu czy historii, których koniec jest do przewidzenia — wszystko to tworzy niedobry, paternalistyczny klimat sprzyjający zamykaniu się rozmówców — informacje powinny nosić jak najwyższy stopień obiektywności i w pierwszej fazie spotkań najlepiej pozostawiać je bez komentarza. Animator nie powinien też w żaden sposób kokietować poszczególnych członków wspólnoty, przywołując ich dawne zasługi budowniczych i siewców, bo bez wielkiego wysiłku każdy z obecnych wyciągnie z tych słów przygnębiający wniosek: „Skoro było tak dobrze, dlaczego jest tak źle”. Doświadczenie pokazuje, że mimo wszystkich barier i niechęci prawdziwy i z miłością podany opis sytuacji mocno później pracuje w ludziach i zachęca do zajęcia jasnej postawy wobec problemu. Poszczególni członkowie wspólnoty analizują otrzymane informacje z innymi braćmi, rozpoczyna się powolny dialog między nimi i wspólne wyciąganie wniosków.

Kolejne kroki

Prawda o sobie jest jednak oswajana przez wspólnotę, która swoim życiem manifestuje przez pewien czas coś, co możemy nazwać dziarskością: „oczywiście — zdaje się, że powtarza wspólnota — jesteśmy starzy i słabi, ale niejednemu młokosowi potrafimy utrzeć nosa”. Moment ten charakteryzuje wzmożona aktywność wspólnoty — aktywność tak aktywna, że pierwotny podziw wszystkich jej sekundantów przechodzi w końcu w zażenowanie. Ściganie się z młodymi przynosi marne efekty, a powierzchowne próby odświeżenia języka, gestów, stroju w najlepszym wypadku jest komiczne, zresztą sami zainteresowani czują się w tym spektaklu źle i intuicyjnie odgadują, że świat oczekuje od nich całkiem innego świadectwa.

Przychodzi wreszcie czas na pokonanie trzeciego etapu, który jest liczeniem na cud. Wspólnota liczy na „coś”, modli się wytrwale, przywołuje zdarzenia z historii bardzo podobne do sytuacji, w której właśnie się znajduje. Bóg nas przecież nie opuści w potrzebie — powtarza. Próbuje nawet szantażować Boga, składając Mu najróżniejsze przyrzeczenia i dary, przypominając własne zasługi, powołując się na Jego wierność i miłość. Liczenie na cud to końcowy etap prymitywnego oporu wobec prawdy o sobie — następne etapy można już uznać za stan subtelnego odwetu na rzeczywistości i samym Stwórcy — wspólnota godzi się na rolę ofiary, przyznaje się do bezsiły i zdaje się, że powstrzymuje nierealne, fantastyczne wizje swojej świetlanej przyszłości.

Kiedy cud nie następuje, pojawia się rozpacz. Stan desperacji widoczny jest na każdym kroku. Do animatorów zgłaszają się kolejni członkowie wspólnoty, proponując im jej rozwiązanie, zamknięcie domu, rozdanie nagromadzonych książek i innych dóbr, sami zaś deklarują gotowość do życia na uboczu, w domu starców, przejście do innej wspólnoty, wielu z nich poczuwa się do odpowiedzialności za obecny jej stan i pragnie dokonać wielkiego zadośćuczynienia, wielu myśli o wyzwalającej wspólnotę własnej śmierci. Naturalnie, animatorzy pomagający przejść wspólnocie przez ten bolesny a bardzo już zaawansowany etap dokonują wraz z nią egzegezy zdarzeń, próbując odgadnąć ich sens, logikę i znaleźć w tych faktach pocieszenie. Jednak nawet największe wysiłki z ich strony, żeby uchronić wspólnotę od — że się tak wyrażę — nadinterpretacji lub, prościej mówiąc, interpretacji mocno naciąganej spełzają na niczym. Wspólnota nawet na bardzo oczyszczającym etapie rozbrajania własnych koncepcji i akceptacji jej rzeczywistego stanu zdolna jest dokonać najbardziej ryzykownej interpretacyjnej wolty. Przed kilku laty we Francji święcił triumfy w starzejących się wspólnotach termin precarite, który w nieco kokietującym wspólnoty pierwotnym zamierzeniu miał spełniać rolę opisu obecnego ich stanu, a został poddany subtelnej egzegezie i przemieniony w termin opisujący stan łaski… Jesteśmy błogosławieni, gdy słabi jesteśmy i nie mamy powołań, dotykamy rzeczywiście i głęboko Boga, gdy nie mamy już nic do zaproponowania, cieszmy się i radujmy, gdyż jest to doświadczenie nieznane silnym i prężnym Kościołom. Mocno to pachniało logiką znaną nam skądinąd: „im gorzej, tym lepiej”, ale cieszyło się powodzeniem, bo mechanicznie przypisywało łaskę niczym zasłużoną emeryturę i usprawiedliwiało wspólnotowy marazm, któż bowiem pragnąłby zrezygnować z czasu łaski tak hojnie rozlanej? Nawet jeśli egzegeza zdarzeń schodzi czasami na manowce, to sam fakt analizowania rzeczywistości przez umieszczenie jej w teologicznej wizji świata stanowi dla wspólnoty ogromny przełom. Czas pokaże, jak sobie poradziła ze słuchaniem Bożego wezwania. Jeśli po prostu starała się żyć w prawdzie, niejako naturalnie dostąpi odsłonięcia Bożego wezwania.

Otwarcie na mistykę

I okaże się, że nie jest dla niej zarezerwowane nic specjalnego, nic, co byłoby nieznane wszystkim poszukiwaczom Boga, a co nazywa się oderwaniem. Tu nie słabość i zależność od drugiego są w cenie, lecz niesłabnące wezwanie do śmiałości, odwagi spotkania Boga dla Niego samego. Spotkaniu jednak takiemu przeszkadza nasze przywiązanie do spraw zaiste świętych i cennych dla nas, jak pokój, skupienie i poczucie Bożej obecności, nie wspominając o bardziej materialnych dobrach takich, jak kaznodziejski i literacki dorobek, kolekcje rzadkich a pożądanych dzieł, jasno zarysowana i ugruntowana pozycja społeczna czy choćby bezpieczny kąt i prawo do trzech posiłków dziennie. Jeśli od starzejącej się wspólnoty wymaga się heroicznych czynów, to nie powinna ona zbyt łatwo uznawać, że chodzi o powiększenie refektarza, wyłożenie potrzebnej sumy na windę czy stałą obecność lekarza. W jej przypadku heroizm będzie dotyczył Boga. Nie będzie niczym innym jak zgodą na spoczęcie w nocy czystej i nagiej wiary, która nie ma nic wspólnego z pociechą ani z najbardziej wyrafinowaną interpretacją zdarzeń. Naga wiara nie zajmuje się przyszłością, nie mówi nam: gdy dotkniesz Boga, twoje świadectwo pociągnie innych, gdy wytrwasz bez subtelnych pociech, Bóg zapłaci za wierność licznymi i dobrymi powołaniami. Starość jest zapewne najbardziej i najmniej predestynowana do wchodzenia w ten stan. Niejako naturalnie oderwana od posiadania i stworzeń szuka zarazem intensywnie obecności i pociechy innych. Zapewne zdwojona potrzeba bezpieczeństwa i bliskości innych czyni wybór jedynego Boga prawdziwie dramatycznym i jeśli starzejąca się wspólnota może się czymś przysłużyć Kościołowi, to właśnie intensywnym życiem mistycznym, w którym całkowite wyrzeczenie się wszelkiego przywiązania do rzeczy stworzonych, zarówno materialnych, jak i duchowych, sprawia, że wspólnota taka staje się prawdziwą obietnicą dla całego ludu Bożego. Powtarza gest Abrahama, który w starości swojej opuścił swój rodzinny dom i ziemię. Właśnie dla Boga Jedynego. Wybrał, co najważniejsze. Jeśli tylko niektórym członkom uda się wejść w taki stan ogołocenia, to i tak jest to powodem ogromnej radości dla Kościoła. Ludzie bowiem tacy przez swoje ponawiane oddanie się i swoją całkowitą dyspozycyjność, chcąc nie chcąc, mówią o Bogu nie jako o abstrakcyjnym pojęciu, ale kimś żywym i wartościowym, kogo nie zdobywa się z marszu, lecz w pełnej zaparcia i cierpienia wspinaczce.

Jednak to nie wszystko. Zgoda na prawdziwe ogołocenie i — jak to mówi Merton — „wyrwanie naszych korzeni z tego świata” jest dla tego świata prawdziwą potrzebą. Zdaje się bowiem, że obecnym problemem religijnym nie jest istnienie lub nieistnienie Boga (choć można i dziś spotkać wśród młodszego a niezbyt oczytanego pokolenia ateistów heroicznych odgrzewających XVIII– i XIX–wieczne spory), Bóg zdaje się obecny w „różnej postaci” w „dziś” współczesności. Nie oznacza to jednak wcale, że współczesność umie sobie poradzić ze swoim i Jego „jutrem”. Rzeczywiście, świadomość życia wiecznego wyparowała prawie całkowicie z ludzkiego namysłu i, co za tym idzie, z ludzkich wyborów. Życiu ludzkiemu zabrakło „ciągu dalszego”, a heroizm został przez to pozbawiony fundamentów. Kiedy św. Bazyli pisał swój traktat o początkach człowieka, mógł jeszcze używać jako przestrogi dla oddających się rozpuście argumentu z przemijalności i kruchości ciała, lecz nie życia! Dziś podobny argument używany jest właśnie jako usprawiedliwienie wykorzystywania i używania drugiego. Bo „tam” nic nie ma. „Tam” nikt na nas nie czeka, wszystko kończy się „tu”. Ktoś powie, że zapewne przesadzam z wpływami grupy starszych ludzi na losy tego świata, zapewne ten ktoś, posługując się wyobraźnią, będzie chciał sobie wyobrazić świat jako wielki stadion, który wstrzymuje oddech przy wykonywaniu karnego. Nic z tych rzeczy. Świadectwo starzejącej się wspólnoty rozpłynie się w anonimowości, lecz będzie można odnieść do niej te poruszające a realistyczne słowa Tomasza Mertona o ludziach prawdziwie oderwanych, którzy

żyją w pustce, w wolności, tak jakby już nie mieli ograniczonej i wyłącznej „jaźni”, która odróżnia ich od Boga i innych ludzi. Umarli oni, zatem, wraz z Chrystusem i zmartwychwstali do nowego życia, obiecanego prawdziwym synom Bożym.

Posłuchajmy:

Zastanawiam się, czy żyje obecnie na świecie choć dwudziestu ludzi, którzy widzą rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Oznaczałoby to, że jest dwudziestu ludzi, którzy nie podlegają władzy ani nawet wpływowi jakiegokolwiek przywiązania do rzeczy stworzonej, do własnego „ja” bądź dowolnego daru Boga, nawet do najwyższej, najczystszej z Jego nadprzyrodzonych łask. Nie wierzę, że żyje dwudziestu takich ludzi na świecie. Ale musi być jeden albo dwóch. To właśnie oni utrzymują wszystko w jedności i powstrzymują wszechświat przed rozpadem.

O starzejącej się wspólnocie
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...