Słowo, które źle się kojarzy

Słowo, które źle się kojarzy

Jan Grzegorczyk: Czy zgadzasz się z poglądem, że dzisiejsze duszpasterstwa są sfeminizowane, czy — jak to się potocznie mówi — „zababione”?

Paweł Gużyński OP: Tak, ale nie jest to cecha wyłącznie obecnych czasów. Problem bowiem jest natury ogólnej, antropologicznej. Kobieta to płeć silniejsza religijnie i zwykle będzie dominować w Kościele liczebnie. W czasach mojego dzieciństwa i młodości również tak było. W zmartwychwstanie Jezusa przecież najpierw uwierzyła kobieta.

To sfeminizowanie jest skontrastowane z faktem, że w tymże Kościele rządzą mężczyźni. Kobieta jest mimo wszystko do prac służebnych.

Trzeba koniecznie wystrzegać się nieuprawnionych uproszczeń w tej kwestii. Można przecież wskazać miejsca, w których kobiety mają wyraźny wpływ na tę mniej liczną grupę mężczyzn. Zwróćmy uwagę na przykład, ile w Kościele katolickim istnieje żeńskich zgromadzeń zakonnych. One często są same w sobie bardzo autonomiczne. Tworzą jakość życia nieobojętną dla kształtu całego Kościoła i to także trzeba w tych rozważaniach uwzględnić. Sam przez trzy lata jako katecheta pracowałem w liceum, mając za przełożoną siostrę zakonną, której musiałem słuchać, bo była dyrektorką szkoły.

Jak w twoim duszpasterstwie szkół średnich wyglądają proporcje liczebne między chłopakami a dziewczynami?

Są wychylone na korzyść kobiet. Staram się to równoważyć ze wszystkich sił. Na przykład, w czasie zapisów na wyjazdy wakacyjne pilnuję, aby była rozsądna proporcja. W dwudziestoosobowych grupach wakacyjnych bywają przeważnie 3–4 dziewczyny więcej niż chłopaków.

To nieźle. Kiedy rozmawiam z księżmi diecezjalnymi, mówią, że średnio na grupę dwudziestoosobową przypada około piętnaście dziewczyn. Tworzą się kółka wzajemnej adoracji, głównie adoracji duszpasterza.

Za taki stan rzeczy w dużej mierze obarczyłbym winą duszpasterzy. Skoro wiemy o dominacji liczebnej kobiet w Kościele, to kiedy tworzymy jakiekolwiek duszpasterstwo, trzeba z góry przyjąć i konsekwentnie realizować mądrą taktykę równoważenia, preferencji na korzyść facetów. Znane jest powiedzenie, że „kobiety w Kościele zawsze mieć będziecie”.

Jakie zatem metody walki stosujesz?

Pierwsza to praca nad dziewczynami. Paradoksalnie kobiety są często pierwszą przyczyną braku mężczyzn. Nieświadomie eliminują ich same, mając jednocześnie pretensje, że chłopaków jest za mało. Trzeba wkładać wiele wysiłku w oduczenie dziewczyn traktowania każdego chłopaka jak potencjalnego wybrańca serca. Oczekuję od dziewczyn bezinteresownego koleżeństwa i przyjaźni zamiast permanentnego polowania na facetów lub klasyfikowania ich pod względem przydatności do celów towarzyskich. W duszpasterstwie szkół średnich wystarczy, że dziewczyny zrobią chłopakowi klasyczną „obcinkę” — w jakikolwiek sposób ośmieszą jego wygląd, ubiór, zachowanie, cokolwiek. Z reguły jest już po facecie. Może już się nie pojawić. Praca nad dziewczynami jest taka ważna, bo przecież one same stanowią powód, dla którego wielu chłopaków do duszpasterstwa powinno trafiać. I nie ma w tym nic zdrożnego. Duszpasterstwo nie może być zatem — przepraszam za określenie — dla dziewczyn pokręconych; miejscem, które funkcjonuje jak quasi–przytulisko dla nastolatek, które mają poważne kłopoty ze sobą. Nie mam ambicji i kompetencji, aby prowadzić grupę terapeutyczną. I bądźmy szczerzy — nie jest to też miejsce dla dziewcząt wyłącznie „nieatrakcyjnych”, które przychodzą do nas, bo nigdzie indziej się już nie załapią. To facetów zniechęca, podobnie jak wspomniane wcześniej flirciarstwo. Jeśli do duszpasterstwa mają chętnie przychodzić faceci, muszą w nim zastać dziewczyny pełne naturalnego dziewczęcego wdzięku, nie zmanierowane absurdalnymi wzorcami popkultury z gatunku Britney Spears, ale także o zdrowej pobożności i bezpruderyjne. Po prostu normalne.

Chłopakom w tym wieku z reguły brak asertywności, a chcą się pokazać.

Bardziej niż się pokazać chcą zaistnieć.

Trzeba zauważyć, że pewien procent chłopaków — choć jest to mniejszość — przyprowadzają rodzice, bo nie potrafili przyjść sami. Dopiero dzięki temu, że się nimi zaopiekuję, rozepnę nad nimi parasol ochronny, jest szansa, że oni tu zostaną. I zaczną to miejsce współtworzyć.

To jest dobry moment, aby wskazać na aspekt, który dla facetów jest szczególnie ważny: normalności. Normalność miejsca, rozmawiania z nimi, normalności dziewczyn. Duszpasterstwo wywołuje u chłopaków bardzo złe skojarzenie — to miejsce, w którym, jak sobie wyobrażają, siedzą nawiedzone, brzydkie dziewuchy i trzepią na potęgę różańce. To nie jest dla nich żadna propozycja. Staram się przesuwać skojarzenia i inaczej je budować. Chcę, aby duszpasterstwo bardziej się kojarzyło z młodzieżowym klubem, intrygującym miejscem przyjacielskich spotkań. Coś na wzór brytyjskich klubów „młodej arystokracji”. Hasło duszpasterstwo jest dziś albo nieczytelne, albo źle kojarzone. Młodym trzeba wytłumaczyć, że to jest normalne miejsce wzrastania człowieka, w którym może się spotykać z innymi ludźmi i w którym jest wystarczająca paleta propozycji, w którym każdy coś znajdzie dla siebie. Żeby faceta przyciągnąć, nie można rzucać przynęt z zakresu pobożności. Oczywiście znajdzie się jeden na dziesięciu, dwudziestu czy iluś, w którym obudziły się już pragnienia życia duchowego, ale nie mogę myśleć tylko o tej garstce.

Czy masz dużo ludzi, jak to ich nazywa o. Jan Góra, z odzysku, tych, którzy z jakichś powodów oddalili się od Kościoła?

Doświadczenie nauczyło mnie jednego. Trzeba być otwartym na ludzi pogubionych, ale oni nie mogą stanowić trzonu duszpasterstwa.

Trzeba do nich trafić ze wszystkim, co dotyczy relacji międzyludzkich w okresie dojrzewania. Oni mają z nimi duże kłopoty. Szukają, nie potrafią się porozumiewać, być ze sobą. Spędzają całe godziny w zamknięciu przed komputerem, nawiązując kontakty wirtualne. Rzeczywistość wirtualna dominuje, bo odnalezienie się w niej na krótką metę jest o wiele łatwiejsze.

Każdy, kto wyrasta ponad przeciętną, ma w swoim środowisku sporą szansę na „bycie kasowanym”. Inni dadzą mu wyraźnie odczuć, że np. bycie uczciwym nie popłaca. Rządzi jedenaste przykazanie — nie wychylaj się. „Jesteś inny” — to ich stałe powiedzonko — i następuje eliminowanie gościa. Człowiek napiętnowany za swoją inność w szkole ma tu szansę się odnaleźć. O ile spotka normalność. Grupa duszpasterska ma mu pomóc stać się nonkonformistą, mierzyć się z naciskiem społecznym. Chodzi o to, żeby ten człowiek umiał się przeciwstawić. Przypominam sobie dziewczynę, która stwierdziła: — Proszę ojca, znudziło mi się być dziewicą. To nie jest sygnał, że ta dziewczyna ma tak wybujałe potrzeby erotyczne, że musi je zaspokoić tu i teraz, tylko to są słowa wypowiedziane z powodu życia pod ogromną presją. Społeczeństwo mówi: — Co!?, ty jeszcze jesteś dziewicą? Daj spokój, pomożemy ci. Żaden problem. I wiele dziewczyn się poddaje. Chcą być „normalne”. Tak samo jest z chłopakami.

Czy istnieje zjawisko schizofrenii? To znaczy przychodzę do duszpasterstwa, ale chciałbym się zachowywać jak moi rówieśnicy, nie rezygnować z uciech życia proponowanych przez media, takich jak seks, picie, palenie, narkotyki.

W niewielkim zakresie — tak. I do pewnego stopnia nie ma w tym nic złego. Oni żyją w społeczeństwie, które do końca im nie smakuje, ale dopiero nabierają siły, aby się temu społeczeństwu przeciwstawić. Aby nauczyć się w męstwa.

Męstwo to zmaganie się z trudnościami, które niesie życie. Młodym chłopakom bardzo tego brakuje. Czasami wyczuwa się w nich nutkę zniewieścienia. Przejawia się to także w ich stylu noszenia się. Oczywiście o higienę, wygląd dbać trzeba, ale… Kobieta z natury rzeczy będzie poświęcała temu więcej uwagi, mężczyzna mniej. Dziewczyny same powiadają, że faceci mają być przystojni, a nie ładni. A oni próbują być ładni, ŕ la David Beckham. I jeszcze do potęgi. Obserwuję takich, którzy w duszpasterstwie próbują iść śladem rasowych Włochów, a we Włoszech podobno mężczyzna więcej wydaje na kosmetyki niż kobieta. I zaczynają się żele, nie żele, cuda niewidy. I to jest objaw było nie było zniewieścienia.

Inne elementy z serii promocji męstwa…

Na początku zacząłem się zastanawiać, co robił mój tata, że dwóch moich braci i ja w miarę normalnie się rozwinęliśmy pod każdym względem. Przypomniałem sobie, że ryby, grzyby i polowania to był standard. Ojciec zabierał nas do lasu, czołgaliśmy się w zagajnikach, szukając maślaków. Uświadomiłem sobie, że to jest bliskie archetypu postępowania ojca, który w pewnym momencie odłącza dziecko od matki i zabiera do szkoły życia. Mężczyzna musi nauczyć się zmagać z niebezpieczeństwem. Dziewczyny nagminnie mi się skarżą, że faceci tego nie potrafią. „Fajny facet, chodzi ze mną trzy lata, nie pali, nie pije i w ogóle, ale gdy zapytam o małżeństwo, to znika na dwa miesiące”. Chodzi tu o nieumiejętność podejmowania decyzji związanych z dużą odpowiedzialnością, których skutki są zasadniczo nieodwracalne.

Potem sobie przypomniałem, że sam 11 lat grałem w piłkę i wiem, że sport i współzawodnictwo wpływają na rozwój cnoty męstwa. Stąd pojawił się w duszpasterstwie dominikański fun club piłkarski. Chodzi o zainteresowanie piłką, ale nie na poziomie szalikowców. To nie tylko gra w turniejach. Oglądamy mecze, komentujemy. Gdy nam się uda, to pojedziemy na jeden z meczów Ligi Mistrzów. To będzie dla tych ludzi olbrzymia frajda. Ale to będzie wyjazd tylko dla chłopaków. Celowo, bo oni muszą przeżyć coś wspólnie w swojej grupie.

Rozgrywamy regularnie mecze. Na boisku staramy się grać według reguł. Uczę ich, że niekoniecznie trzeba „rzucać mięsem”. Z trudem, ale mogą się tego nauczyć. Ta zabawa w piłkę integruje grupę.

Co robisz z chłopakami, którzy kontestują taki wymiar męstwa? Nie wszystkich fascynuje piłka.

Tak, nie wszyscy uczestniczą w działaniach fun clubu piłkarskiego. Proponuję im na przykład obóz wędrowny o charakterze survivalu. Muszą się nauczyć radzić w warunkach polowych, spać w stodole itd. W ciągu roku staram się co jakiś czas organizować męskie spotkania, chociażby ze względu na tematykę. Przygotowaliśmy spotkania z cyklu akademii dobrego wychowania, czyli jak obchodzić się z kobietami. Oni są często absolutnie bezradni w tych kwestiach. Odsłaniają się z dużym trudem wobec dziewczyn, a one im wtedy często przykładają, bo wszyscy są jeszcze nieopierzeni. Trzeba z nimi sporo rozmawiać indywidualnie i w grupie.

Inną przestrzenią, w której się spotykamy, jest świat muzyki. Szczególnie tej, która jest na topie. To najczęściej okropna chała, a oni nie potrafią tego ocenić, bo nie mają żadnych punktów odniesienia. Wychowują się w tym hałasie.

Istnieje np. grupa rockowców, która gardzi wszelkimi hip–hopami. Rock ma według nich klasę, tu się odwołują do Led Zeppelin. To jest ich świat i płaszczyzna, na której trzeba zaistnieć, po to, by ich poprowadzić dalej. To jest trudne, bo trzeba ich uwrażliwić, że istnieją też inne światy muzyki i że muzyka rockowa jest typowa dla popkultury, a popkultura pewnych progów jakości nie przekroczy. Trzeba ich przekonać, że istnieją światy głębsze, ciekawsze, piękniejsze.

Próbowano mnie kilka razy przekonać, że nie zrozumie się młodego człowieka, jeśli nie zrozumie się i nie pokocha hip–hopu, a przecież istnieje grupa młodzieży, która nie cierpi tej muzyki.

Próby zjednania młodzieży polegające na tym, że duszpasterz staje się hiphopowcem, to ślepy zaułek, bo istnieją rzeczywistości uniwersalne, z którymi trzeba do każdego człowieka dotrzeć, bez względu na to, w jakiej epoce żyje. I jeśli ich człowiek nie przyswoi, to będzie chamem przez całe życie. Hip–hop przeszkadza często dotrzeć do głębszych rzeczy, z czego oni rzadko zdają sobie sprawę. Im najczęściej nikt nie mówi, że ta propozycja trąci prymitywizmem i w ten sposób wpuszcza się ich w niewąski kanał.

Grupy hiphopowe stają się bardzo hermetyczne. Podobnie na niwie kościelnej dzieje się np. z grupami Odnowy w Duchu Świętym. Gdy wejdą w te swoje pieśni, to nie są w stanie usłyszeć czegokolwiek doskonalszego i tak zatrzymują się w miejscu. To jest kazus chęci bycia przez całe życie hippisem czy nastolatkiem, co oznacza trwałą niedojrzałość.

Duszpasterz nie może więc zdominować duszpasterstwa konkretną propozycją kulturową, narzucać swoich gustów? Nie ma tworzyć duszpasterstwa hiphopowców?

Jego zadaniem jest podprowadzić do pełnego rozwoju człowieka. Powinien budzić pragnienie osobowej dojrzałości, aby również religijność mogła zafunkcjonować w sposób zdrowy.

W którym momencie następuje spotkanie z Jezusem, kiedy przestajesz czarować, że jest to klub na modłę brytyjską, i pokazujesz, że cokolwiek robicie, to chodzi o przyjaźń z Jezusem?

W preambule naszej demokratycznie przyjętej „konstytucji” duszpasterstwa jest zapisane, że spotykamy się tutaj, aby wzrastać jako ludzie, szukać Pana Boga, znajdować Go i dlatego żyć w przyjaźni z drugim człowiekiem.

Podstawą spotkań jest niedzielna Eucharystia. Jedno ze spotkań w ciągu tygodnia to tzw. akademia wiary. W zeszłym roku dominowały dwa tematy — historia i teologia ikony. Pokazuję im dziedzictwo, staram się ich zakorzenić w chrześcijaństwie. Jest to podstawowy problem naszych czasów, że chrześcijanie są wykorzenieni z własnej tradycji, a więc i kultury. Nie mają świadomości, że to jest Kościół apostolski, że to przechodzi z pokolenia na pokolenie. To jak człowiek bez przodków, rodziców, bez jakiejkolwiek przeszłości.

Drugi cykl to podstawy moralności — uczymy się rozróżniać grzech ciężki od grzechu lekkiego. Młodzi często miewają ogromną trudność w nazwaniu, dlaczego coś jest grzechem, oraz rozstrzyganiu, czy jakiś grzech jest lekki czy ciężki i jakie to niesie ze sobą konsekwencje. Zanim coś nazwą i zrozumieją, już doświadczają skutków pewnych głupot. Doskonale widać to na przykładzie eksperymentów z narkotykami, o których powtarza się im brednie, że są miękkie, więc nieszkodliwe. Myślą, że nic niedobrego się nie dzieje, gdy na imprezie poprawią sobie nastrój, wypalając skręta. Tymczasem ciężar gatunkowy tego zdarzenia uchodzi ich uwagi, bo nie poznali jeszcze podstępnej natury zła działającego w ukryciu i bezboleśnie tak długo, jak to tylko możliwe. Nie potrafią zadać fundamentalnego pytania: Po co w ogóle zażywać narkotyki? Cytuję im wciąż Simone Weil: „Przyjemność jest złudzeniem dobra, którego spodziewamy się wraz z jego istnieniem”.

Przed akademią wiary mamy wspólne nieszpory z konwentem.

Jak ostatecznie wyglądają proporcje między pożywką ogólnokulturalną a religijną, którą serwujesz swoim wychowankom?

Nasze duszpasterstwo klub nosi nazwę Quadryga. Wywodzimy ją od quadrivium, które oznaczało miejsce spotkania się czterech dróg: kultury, wiary, nauki i zabawy. Te cztery przestrzenie określiłem jako cztery najważniejsze przestrzenie rozwoju.

Oni muszą stać się ludźmi kulturalnymi, czyli dysponującymi zespołem zasad. Powinni w przyszłości potrafić się delektować, w cudzysłowie, kieliszkiem koniaku, a nie wypić go jednym haustem. Uczymy się wspólnie trawić kulturę. Świetnym pretekstem do dyskusji jest wspólne oglądanie filmów. Nieraz nawet filmy nie najwyższych lotów wywołują znakomite tematy do rozmów. Na przykład Gladiator — ze zdumieniem odkryłem, że ta hollywoodzka produkcja przenosi dobrze starożytną ideę przyjaźni, tę, która zawiera się w zawołaniu sława i honor. To jest coś, co staram się chłopakom przekazywać, bo to się zagubiło. Pokazuję im, że mężczyzna to ten, kto potrafi poświęcić wiele, aby zachować honor, jedną z najważniejszych wartości. Rozmawiamy o etosie rycerskim. Tłumaczę, że mężczyzna powinien być człowiekiem honorowym, a to oznacza, że w sytuacjach, kiedy nie mam racji, kiedy przegrałem — płacę cenę. Z tym jest problem. Wielu ludzi z tego pokolenia chciałoby uniknąć płacenia. Zasadą jest czerpanie maksimum przyjemności przy minimalnych kosztach. To myślenie jest bardzo pragmatyczne. Honor odkłada się na bok. Czytałem gdzieś, że dziś nawet złodzieje i bandyci przestali być honorowi. Przed wojną złodzieje nie kradli w wielkim poście czy w święte dni. Dzisiaj bandyta nie ma zasad, jest totalnym barbarzyńcą.

Żyjemy w czasach promocji skuteczności. W każdej dziedzinie. Ten, kto marnotrawi energię na „przegrane sprawy”, jest po prostu nieudacznikiem.

Dlatego w polityce nie ma mężów stanu. Mąż stanu nie pojawi się tam, gdzie chodzi tylko o skuteczność. Cechą człowieka szlachetnego jest zachowywanie reguł. Dzisiaj zachowania dostosowuje się do sytuacji. Wspomnę tu jeszcze jeden film, głównie dla facetów. Pluton. Jeden z najlepszych filmów o Wietnamie. Zderzone w nim zostały charaktery dwóch bardzo dobrych żołnierzy, bardzo walecznych. Jeden z nich przekracza zasady i staje się bandytą. Drugi stara się być do końca człowiekiem. Nie mścić się w sposób absurdalny na swoich wrogach. Dzięki postawie tego drugiego główny bohater filmu, gdy jego towarzysze broni gwałcą Wietnamkę, staje w jej obronie i pozwala jej odejść. Film dobrze przedstawia problem reguł, męstwa i waleczności.

Czy dla twoich wychowanków to jest rzeczywisty dylemat?

Ważna jest rozmowa o zachowaniu reguł w świecie, w którym większość żyje w przekonaniu, że wszystkiego warto spróbować, bo nic nie jest niebezpieczne i żadne zasady nie obowiązują ostatecznie. Choćby w ekonomii. Nawet gdy wszyscy kradną, to ja zachowam reguły i będę uczciwy. To samo w polityce. Dla nich polityka to tylko świat szwindli. Mają minimalne zainteresowania polityczne.

Moje pokolenie wychowało się w zderzeniu z komuną. To był wielki honor postawić się wtedy i nie dać się złamać. Tym ideałem się żyło. Wychowałem się w Toruniu, w mieście, w którym zamordowano księdza Jerzego Popiełuszkę. Miałem wtedy 17 lat. Jako uczeń kolportowałem „bibułę”. Gdy siedziałem w areszcie, cały czas się zastanawiałem, jak to wytrzyma moja mama. Musiałem się zmierzyć ze łzami w jej oczach. „Nie rób tego, bo cię zabiją, bo ci się coś stanie”. Nasze pokolenie mówiło nad wyraz dojrzale — musimy tę cenę zapłacić, bo inaczej nic się w tym kraju nie zmieni. To kształtowało. Dzisiaj takich warunków i wyzwań nie ma i mam nadzieję, że nigdy nie wrócą.

Jakie postawy dziś dominują?

Oni szukają ideałów, to chyba nigdy nie zginie, zawsze będą ludzie, którzy będą chcieli tego czegoś więcej. I ci, którzy się pojawiają w duszpasterstwie, szukają tego czegoś więcej. Odnoszę wrażenie, że to jest trochę chora próba znalezienia trzeciej drogi. Są zrażeni do świata polityki i chcieliby wyminąć budowę społeczeństwa obywatelskiego. Szukają idylli. Ulegają złudzeniu, o którym pisze Ortega y Gasset — człowiekowi współczesnemu wydaje się, że życie jest łatwe z natury. Powinno być łatwe, a jeśli nie, to się zaczynają kłopoty. Przeżywają szok, gdy widzą, że życie jest stanem ciągłego zagrożenia, walki.

Jedną z dróg Quadrygi jest nauka.

Sprawa nauki jest ważna. Pozwolili mi „monitorować” ich postępy w nauce. Jeśli widzę, że ktoś ma z czymś kłopoty, szukam korepetytora. Nie można dopuścić, żeby kulał w szkole, bo wtedy zaczyna mu iść wszystko pod górkę i jeśli do tego dojdą trudności życiowe i związane z dojrzewaniem, może go to przerosnąć. Mamy trzy stypendia, dla tych, którzy mają kłopoty finansowe.

Byłeś parę lat katechetą. Czy w szkole też „promowałeś męstwo”?

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy: zaczynałem uczyć w liceum urszulanek, gdy ta szkoła była wyłącznie żeńska, ale za moich czasów stała się koedukacyjna. Momentalnie wzrósł brak kultury, powiedziałbym chamstwa. Nagle zaczęły odpadać klamki w ubikacjach. Pojawił się smrodek, w znaczeniu nieprzenośnym. Nauczyciele nie wiedzieli, jak rozwiązać problem, że w klasie śmierdzi, bo chłopcy się nie wykąpali po wuefie, nie nauczyli się żyć higienicznie. To ja musiałem podjąć temat higieny osobistej, kultury bycia wobec kobiet. To był bardzo podstawowy poziom. Łapaliśmy nici porozumienia. Starałem się im pokazać, że ksiądz jest normalnym facetem, a nie dziwolągiem, bo dla nich ksiądz to jest takie „ono”, z którym nie wiadomo, co zrobić. Ani chłop, ani baba. Bo to „se nie podupczy”. Zdarzały się momenty, że zabrałem dwie klasy na rekolekcje i niektórzy się upili, a potem wymiotowali. Musiałem im udzielić rekolekcji, jak mądrze używać alkoholu i oni ze spuszczonymi głowami to przyjęli. Pokazałem im, że ulegają nawykom i stereotypom, że gdy się jedzie na delegację, to trzeba wziąć panienkę, a gdy z kumplami, to muszę się spić. Trzeba poszerzać ich wyobraźnię, że można spędzać czas inaczej. Nie należę do ślepych zwolenników obecności katechezy w szkole. W szkole siłą rzeczy religia jest jednym z przedmiotów. Sama zmiana miejsca dałaby być może lepszy poziom komunikacji.

Do komunikacji trzeba stworzyć jak najlepsze warunki. Nawet w duszpasterstwie najlepsze rozmowy, które mam z młodzieżą, są na wyjazdach. Tam na atmosferę dialogu pracuje się cały dzień. W tym roku byliśmy na wakacjach we Władysławowie. Rano zachęcałem towarzystwo do biegania i ćwiczeń. Okazało się, że niektórzy posmakowali, niektórzy w ogóle nie wstawali. Po dwóch dniach, kiedy im się porobiły zakwasy, musiałem ich wyciągać różnymi fortelami. Pokrzyczeć, powyciągać za nogę. Po czterech dniach, kiedy widzieli, że przekroczyli próg własnej słabości i to działa, stałem się autorytetem, a po powrocie, gdy dziewczyny zobaczyły, że schudły, były wniebowzięte.

W ciągu tygodnia uczestnictwo we mszy było dobrowolne, nie było przymusu chodzenia. Rano szedłem odprawić eucharystię, kto chciał, szedł ze mną. Po mszy jogging, śniadanie, wyjście na plażę. Graliśmy w siatkówkę, w piłkę nożną. Chodziliśmy na spacery. I to właśnie wtedy prowadziliśmy rozmowy, w czasie których pytali o mnóstwo rzeczy. Ich problemy wypływają naturalnie. Wieczorami rozmowy ciągnęły się do upadłego.

Mówiłeś na początku, że duszpasterstwo wolisz nazywać klubem, żeby się źle nie kojarzyło. Jest w tym duch wielkiej delikatności i otwartości na wrażliwość tego pokolenia. Czy ta otwartość nie jest tylko po to, aby złowić tych ludzi w klatkę radykalizmu? Podobno mówisz, że jeśli ktoś decyduje się być chrześcijaninem, powinno się to przejawiać nawet w stylu jego ubierania.

Tak, oczywiście. Styl ubierania się, który mam na myśli, nie polega na obwieszeniu się dewocjonaliami czy zakrywaniu przez dziewczyny wszystkiego, co się da. To ma być ubiór „ikoniczny”. Dziewczyny łatwo przyjmują modę ŕ la Britney Spears. Pokazuję im teledysk z tą dość wyuzdaną piosenkarką i mówię: „Porównajcie, jak się ruszacie, jak się ubieracie”. Uświadamiam im, że to nie jest styl kobiety chrześcijanki. Kobieta, która poznała Chrystusa, swoim ubiorem i sposobem bycia będzie odkrywać piękno swego wnętrza, nie zaś drugorzędowe cechy płciowe. To nie stoi w sprzeczności z elegancją i powabem.

Jesteś bezkompromisowy. Nie mówisz „kultywujcie swoje gusta estetyczne, a ja mam do was sprawę z Panem Bogiem”.

Kiedy spojrzymy na pierwszy okres chrześcijaństwa, to zobaczymy, że ci, którzy zostali chrześcijanami, zmieniali wszystko. Metanoia. Zmieniajcie swoje myślenie, osobowość w ikonę Boga.

Przypuszczam, że ojciec Guy Gilbert — ksiądz, który poszedł do bandziorów i wszedł w to środowisko, nawet poprzez strój i język, nie jest twoim punktem odniesienia.

Na początku mogę się ubrać w skórę nabitą ćwiekami, ale tylko po to, żeby im okazać, że nimi nie gardzę. Przeżyłem to kiedyś wśród braci na studentacie. Raz jeden wziąłem udział w teatrzyku i zrobiłem z siebie idiotę, i zrozumieli, że nimi nie gardzę.

Nieszczęściem dzisiejszego świata czy kultury jest to, że została z niego wypłukana idea dążenia do doskonałości. Nie ma hierarchii. Wszystko jest tak samo dobre i tak samo piękne. Tam, gdzie nie ma dystynkcji, mamy prymityw. Przypomina się tu Zbigniew Herbert z jego potęgą smaku.

Wiem, że niektórzy z ojców z uśmieszkiem patrzą na twoją fascynację futbolem. Oglądanie meczów to dla nich „prymitywna rozrywka”.

Dziwią się, że potrafię cieszyć się piłką. Sięgam do greckich idei sportu. Cieszę się sportem jako sztuką sui generis, jako sprawnością, umiejętnością, ars, której kibicuję. Kiedy przed laty Wisła grała z Lazio, kibicowałem Włochom, bo prezentowali piękno gry. Taka postawa ma odbicie w bajce Anthony’ego de Mello Chrystus na meczu piłkarskim. Otóż trwa mecz między katolikami a protestantami. Najpierw bramkę strzelają katolicy. Chrystus się cieszy, klaszcze, podrzuca kapelusz do góry. Potem bramkę strzelają protestanci i Pan Jezus cieszy się w ten sam sposób. I wówczas pada komentarz kibiców siedzących za Jezusem: — Cóż za ateista. To jest właśnie to.

Może jesteś po prostu prowokatorem?

Niekiedy zdolność do prowokacji jest przejawem męstwa. Byłem kiedyś zaproszony na przyjęcie pierwszokomunijne, podczas którego część obecnych była skonfundowana, ponieważ przed posiłkiem była modlitwa. Słyszę komentarze: „Co to za świętoszkowatość?”. Wielu ludzi sacrum krępuje. W takich sytuacjach nie chowam uszu po sobie. Jest to dla mnie wyzwanie. To może cecha mojego charakteru, staję się wtedy przewrotny, dolewam oliwy do ognia, staram się sprowokować i pokazać, że to oni są w kłopocie, a nie ja. Że to z nimi coś jest nie w porządku. I tę cechę staram się przekazywać w duszpasterstwie moim wychowankom. „Nie lękajcie się — to oni są w kłopocie”.

Słowo, które źle się kojarzy
Paweł Gużyński OP

urodzony 21 czerwca 1968 r. – dominikanin, rekolekcjonista, od lutego 2020 r. Magister Studentów i Mistrz Nowicjatu niderlandzkich kleryków-dominikanów.Pochodzi z Torunia. Z wykształcenia technik budowy dróg i mostów. W m...

Słowo, które źle się kojarzy
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...