Kumanowie

Święty Dominik Guzman, bardzo pragnął, żeby jego bracia ponieśli słowo Boże Komanom, żeby wśród nich głosili Ewangelię.

Latem 2003 roku po rekolekcjach w karagandyjskim Karmelu dotarł do nas ojciec Marcin. Czekaliśmy na niego prawie trzy lata. Marcinowi nie tylko obowiązki, lecz i stan zdrowia nie zawsze pozwalały ruszyć w jego ukochane kazachstańskie stepy. Kiedyś jako chłopiec wysiadł w tych nieobjętych stepach z bydlęcego wagonu. Mały zesłaniec z Krasnej Polany, który niemałą część swojego serca pozostawił na tej jakże tragicznej ziemi. Do nas w kazachstańskie góry trafił pierwszy raz. Urzekły go, tak jak nas trzy lata wcześniej.

Któregoś wieczoru siedzieliśmy, biesiadując przy dzbanie doskonałego, issykskiego wina. Region issykskiego pogórza jest jedynym w Kazachstanie, w którym zachowała się obecna tu od wieków tradycja uprawy winnej latorośli. Mieszkający tam Ujgurzy, najstarszy i najbardziej doświadczony z turskich narodów, od blisko półtora tysiąca lat nie są koczownikami. Żyją z ziemi. To skarby ich kuchni serwują nam dziś jako własne Włosi. Przed wiekami i lazanie, i spaghettii przywiózł na Półwysep Apeniński z odległej krainy Ujgurów Marco Polo, a i tak — wierzcie mi — ujgurski, domowy lagman do dziś lepiej smakuje niż najbardziej wykwintne włoskie makarony.

Jest więc gorący, lipcowy wieczór, popijamy ujgurskie wino, biesiadujemy…

— Słuchaj, Zdzich, muszę cię o coś zapytać i jest to pytanie, które dręczy mnie od lat…
— Proszę, Marcinie. Pytaj.
— Czy ty wiesz, kto to są Kumanowie, albo — jak czasem się pisze — Komanowie?
— Słyszałem to określenie. Wiem, że to historyczna nazwa ludu związanego z tą ziemią. Ale nie chcę i nie mogę wprowadzić cię w błąd. Jeśli mi powiesz jeszcze coś więcej, będę mógł ci obiecać, że sprawę rozwikłam.
— Jak to zrobisz?
— Nie odpowiem ci jednym słowem, to niełatwa historia. Muszę ci przynajmniej parę zdań opowiedzieć o bardzo skromnym, niepozornym człowieku, który od lat mieszka tu, w Ałmaty.
— To znaczy on jest tutejszy?
— Jest tutejszy z wyboru. Ma już troszkę lat, mimo że nie nazwałbym go jeszcze starym. No, jakieś dziesięć lat starszy ode mnie i dziesięć lat młodszy od ciebie. Pochodzi ze Lwowa. Z rodziny żydowskiej zakorzenionej w kulturze tamtego miasta, kulturze polskiej i ukraińskiej. Kulturze Rzeczypospolitej, która odeszła, a jeśli jeszcze tu i ówdzie żyje, to właśnie dzięki szaleńcom pokroju Oleksandra.
— No, dobrze. Wiem już, że ma na imię Oleksander, mieszka w Ałmaty, pochodzi z żydowskiej rodziny, ze Lwowa. Kontynuuj.
— Oleksander jest genialnym, szalonym turkologiem. Z głębokim zacięciem kulturologiczno–historycznym. Żyjąc i mieszkając tu — ożenił się z rodowitą Kazaszką, córką znanego i wybitnego, nieżyjącego już dziś profesora — ani na chwilę nie opuścił duchem swojego ukochanego Lwowa, swojej Rzeczypospolitej.
— Jak to możliwe?
— Możliwe. Dzięki kulturowemu bogactwu tej historycznej Rzeczypospolitej, którego nie znamy, którego nawet sobie nie uświadamiamy, a może i w naszych zagonionych czasach bezwzględnej dominacji materii i pieniądza — znać nie chcemy…
— Wiesz, nasza rozmowa zaczyna przypominać kryminał. Wciągasz mnie w akcję głębiej i głębiej. Mów więc, mów…
— Dobrze, tylko i Ty pamiętaj: obiecałeś wyjaśnić mi, skąd ten Twój problem.
— Zgoda, ale najpierw dokończ historię Oleksandra.
— Widzisz, on od lat zajmuje się pomnikami języka kipczackiego. Współczesny kazachski, tak jak i wiele innych, współczesnych turskich języków pochodzi w prostej linii od tego historycznego kipczackiego.
— A cóż to ma wspólnego z Rzeczypospolitą i Lwowem?
— Ma. Otóż w drugiej połowie XV wieku we Lwowie i jego okolicach osiedli tak zwani Ormiano–Kipczacy. Kim naprawdę byli? Na ten temat spory wiodą i naukowcy, i — zwłaszcza ostatnimi czasy — politycy, a raczej politykierzy. Ormianie bardzo jednoznacznie stwierdzają, że byli to ich sturczeni starsi bracia. Za to współcześni Kazachowie chcieliby w nich widzieć swoich przodków. Jakieś swoje zagubione pokolenie. Argumentują to następująco: w XV wieku na terenie Wielkiego Stepu rozpoczął się okres bezwzględnej dominacji islamu. Chrześcijaństwo na tych ogromnych przestrzeniach zawsze utożsamiano z Ormianami, ale chrześcijanami byli przecież i przedstawiciele innych etnosów zamieszkujących Wielki Step, zwłaszcza tak zwane Siedmiorzecze. Chrześcijaninem był nawet jeden z wnuków Czingis–chana.

— No, dobrze… Co dalej?
— Uzasadniają, że Ormianie i miejscowi chrześcijanie zlali się w jedną grupę, którą dziś określamy mianem Ormiano–Kipczaków. Czy to możliwe? W tej kwestii do dziś nie ma jednego poglądu. Nie ma tym bardziej, że korzenie ormiano–kipczackich nazwisk są również turskie, nie ormiańskie.
— To ciekawe…
— Dla nas co innego jest ciekawsze: otóż ci Ormiano–Kipczacy odnaleźli w Rzeczypospolitej swój dom. Otrzymali na jej terytorium pełnię praw. Opracowywali kodeksy, które królowie i senat Rzeczypospolitej zatwierdzali dla nich. W swojej społeczności na podstawie wspomnianych praw sprawowali władzę sądowniczą. Zobacz, Marcinie, jaki niepojęty zakres demokracji lokalnej…
— Rzeczywiście, niepojęte…

— Kiedy na początku lat 90. ubiegłego już stulecia powstał niepodległy Kazachstan, natychmiast pojawił się w nim problem języka — narodowego i urzędowego jednocześnie. Kazachowie po wiekach stali się u siebie gospodarzami. I wówczas zaczęły się problemy, których wcześniej nikt nie był sobie w stanie nawet wyobrazić. Jednym z najpoważniejszych okazał się kazachski język prawniczy. Tak jak faktycznie nigdy nie było nowożytnego, suwerennego państwa Kazachstan, tak nie było kazachskiego języka nauki, kazachskiego języka prawa stanowionego. Wtedy to Oleksander, który został deputowanym do kazachstańskiego parlamentu, nie– –Kazach, mógł powiedzieć głośno: nie, to nieprawda. Jest historyczny, prawniczy język kipczacki. Jest naturalna baza dla kazachskiego języka prawniczego. Trzeba tylko pojechać do Lwowa, trzeba pojechać do Polski, do polskich archiwów i muzeów. I pojechał. Rezultatem jego podróży stał się wydany zaledwie przed miesiącem Armian Tore BitigininKipczacko– –Polska Wersja Ormiańskiego Zbioru Kodeksów Sądowych i Ormiano–Kipczacki Kodeks Procesualny — Lwów, Kamieniec Podolski 1519–1594. Nie pierwszym i nie jedynym rezultatem.

— No, właśnie… A te inne?

— Najpierw był wydany w 2001 roku Armenian–Qypchaq Psalter — Psałterz Dawidowy w przekładzie na język ormiano–kipczacki 1575– –1580. Tak, Ormiano–Kipczacy na terenie Rzeczypospolitej tłumaczyli na swój język Pismo Święte — nie tylko Psałterz, ale całe Pismo Święte. Oleksander chce je wydać w całości. Tam są bardzo istotne ciekawostki dla polskich językoznawców, zresztą nie tylko tam — we wspomnianych Zbiorach Kodeksów również.

— A cóż to za ciekawostki?
— Otóż kiedy autorom tłumaczeń brakowało oryginalnych, turskich terminów — a mogło brakować, wszak pracowali na obczyźnie — posiłkowali się językiem polskim. W przypadku Pisma Świętego, zdaniem Oleksandra, bazą tłumaczenia był pierwotny polski przekład Jana Leopolity, praktycznie dziś zapomniany.
— No tak, nawet nie wiem, czy zachował się w całości. W jakim stopniu ten historyczny język kipczacki jest zrozumiały dla współczesnych Kazachów?
— Zapytam o to Oleksandra. Opowiedzieć Ci zdarzenie, które miało miejsce dokładnie w tym samym pokoju i na tych samych fotelach, na których właśnie siedzimy, przed niespełna dwoma laty?
— Opowiedz, proszę…

— Byliśmy w radosnym okresie Bożego Narodzenia. Na kilka dni do domu wpadł wraz z rodziną mój przyjaciel, kazachstański ambasador wówczas jeszcze w Arabii Saudyjskiej, Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Bagdad Amrejew. Bagdad, wybitny arabista, wywodzący się z ałmatyńskiego Uniwersytetu im. Al–Farabi, solidnie zakorzeniony Kazach ze starszego żuzu 1 doskonale znający swój język ojczysty, wychowany w wierze muzułmanin. Któregoś wieczoru Bagdad wraz żoną, siostrą i swoim dziesięcioletnim synkiem zrobił nam niespodzianie najście na naszą rezydencję, która… mieściła się w jego własnym domu. Po kolacji postanowiliśmy wraz z Mircią zrobić im bożonarodzeniowy podarek. W końcu taka jest polska tradycja…
— I pozwól mi się domyślić: podarowaliście mu Psałterz Kipczacki. Czy nie tak?
— Tak. To była dla niego wspaniała niespodzianka. Po czym on jeszcze piękniej zrewanżował się nam.
— Jak?
— Dał Psałterz do rąk swojemu synkowi. A musisz wiedzieć, że język kazachski do dziś posługuje się cyrylicą. To anomalia, ale tak właśnie jest. Chłopiec jednak uczył się w Arabii Saudyjskiej, w szkole anglojęzycznej, znał również doskonale arabski, w domu zaś używał języka kazachskiego. Przeczytanie Psalmu wydrukowanego alfabetem łacińskim nie sprawiło mu żadnego kłopotu. Przeczytał go głośno. Wzruszony ojciec poprosił, żeby to, co przeczytał, przetłumaczył na rosyjski. Chłopiec dokonał doskonałego przekładu. W oczach jego rodziców były łzy. Tak, łzy dumy. Oczywiście nie zrobiłby tego jego pierwszy lepszy kazachski rówieśnik. On wciąż jeszcze ma kłopoty z alfabetem łacińskim.

— To niezwykłe…

— Najbardziej niezwykła jest spuścizna naszej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Tak rzadko chcemy i umiemy z Niej być dumni. Ona była otwartym, prawdziwym, głęboko chrześcijańskim w duchu, domem. Dobrze, teraz już wiesz, z kim chcę rozmawiać, powiedz mi więc: dlaczego?
— Porozmawiaj, poznasz odpowiedź i wszystko ci wyjaśnię.
— Niech tak będzie.

Następnego dnia rozpocząłem telefoniczne poszukiwania Oleksandra. Chciałem go prosić o pilne spotkanie. Bezskutecznie. Oleksander był na Krymie. Nie uzyskawszy odpowiedzi na swoje pytanie, ojciec Marcin dwa dni później wyjechał na Północ, a stamtąd do Polski. Czekałem, niezbyt cierpliwie, blisko dwa tygodnie na powrót Oleksandra i kiedy tylko pojawił się w Ałmaty, zaprosiłem go do siebie. Na drugi dzień po powrocie był w naszej okolicy — wpadł do mnie na białą, poznańską kawę z markizami.

Pijemy więc kawę i Oleksander pyta:

— Słuchaj, Zdzisław, cóż to takiego nakazało ci tak szwydko mene szukać?

Takie to były te nasze polsko–ukraińskie rozmowy, trzy słowa w jednym języku, cztery w drugim, potem na odwrót…

— Widzisz, miałem gościa. To był niemłody już mnich.
— Katolicki mnich. Z Polski?
— Tak, dominikanin.
— I co, chciał się ze mną spotkać? To turkolog?
— Nie, nie turkolog, ale zapewne z radością spotkałby się z Tobą.
— Czego więc chciał?
— Widzisz, chciał się koniecznie dowiedzieć, któż to taki ci historyczni Kumanowie czy inaczej Komanowie?
— Jak to kto? To my…
— Jacy my? Ty? Przecież Ty jesteś lwowski Żyd. A ja?
— Nie, nie. Komanowie to Kazachi. No, Kazachowie. Tak historycznie określano mieszkańców Wielkiego Stepu.
— A Kipczacy?
— To nieco szersze określenie, z odniesieniem bardziej dotyczącym języka.
— Przepraszam, powtórz raz jeszcze.
— Tak, Komanowie to przodkowie w prostej linii współczesnych Kazachów. Właśnie tak i nie może być inaczej.
— Dzięki. A coś Ty tam robił?
— Gdzie?
— Na Krymie.
— Oj, Zdzisław. Tam pod Bachczysarajem jest doskonale zachowany cmentarz karaimski. Ten cmentarz trzeba pilnie udokumentować i sprawić, żeby ktoś się poważnie zajął jego ochroną. Przypadkiem nie wiesz, kto może dać na to pieniądze?
— Jak to kto? Sasza Maszkiewicz 2 On ze strony matki jest Żydem. Jego ojciec — polski Karaim, z podwileńskich Trok. Twardy Karaim. I żyje.
— Dobrze, spróbuję. Warto i trzeba, to unikalny zabytek kultury.

Relację z naszej rozmowy z profesorem Oleksandrem Harkawcem mogłem zdać ojcu Marcinowi dopiero jesienią 2004 roku, w Poznaniu. Kiedy już ją zdałem, zamyślił się i wreszcie wydusił z siebie.

— Tak. Domyślałem się tego.
— Dlaczego chciałeś to wiedzieć?
— Zerknij w Legendy dominikańskie. Nasz ojciec, święty Dominik Guzman, bardzo pragnął, żeby jego bracia ponieśli słowo Boże Komanom, żeby wśród nich głosili Ewangelię.

Powiadają „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Zamilkłem i ja… Dominikanów wciąż nie ma w Kazachstanie. Bolesna to nieobecność. Są ich bracia mniejsi — polscy franciszkanie. Pamięć o Benedykcie Polaku okazała się wśród nich bardziej żywa. W tym miejscu, czytając niniejszy szkic, moja młodsza córka doskonale znająca Kazachstan głośno zapytała:

— A któż to taki ten Benedykt Polak?
— No cóż, Oluniu: zdaje się, że Tobie jestem teraz winien następną opowieść…

1 Żuz, czyli orda. Tworzący się dziś, na naszych oczach, naród kazachski, składa się z trzech żuzów–ord: starszego, średniego i młodszego. Każdy z nich różni się nawet antropologicznie od drugiego, inne jest też pośród nich poczucie więzi społecznej i korzenie kulturowe.
2 Aleksander Maszkiewicz — jeden z najbogatszych obywateli współczesnego Kazachstanu. Przewodniczący Kongresu Żydów Eurazji.

Kumanowie
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...