Święty Józef. Niedopowiedziana historia
Kiedyś podchodziłam do jasełek zupełnie bezrefleksyjnie. Kiedy jednak mój syn został wyznaczony do odegrania w nich roli diabła, przestraszyłam się. Nie wiem, czy jest to jakaś przesadna lękliwość, ale zaczęłam się zastanawiać, czy nie będzie to szkodliwe dla mojego dziecka. W końcu chodzi o diabła, czyli postać z gruntu złą.
Wątpliwość wyrażona w pytaniu może się nam się wydać przesadna, a nawet zabawna. Jasełka są przecież wystawiane w kościołach od setek lat i głęboko się zakorzeniły w naszej świadomości. Najmniejsze więc przypuszczenie, że może w nich być coś szkodliwego, należy uznać za wyraz zbytniej ostrożności. Pytania takie nie biorą się jednak znikąd. Przypuszczam, że powodem takiego myślenia są dwa rozpowszechnione dzisiaj zjawiska: coraz większe zainteresowanie demonologią, tracące niestety właściwe proporcje, oraz wybuchające co jakiś czas dyskusje nad duchowymi zagrożeniami, tkwiącymi w takich lub innych zjawiskach współczesnej kultury i popkultury. Przy okazji odpowiedzi na zadane pytanie spróbuję odnieść się także do tych dwóch kwestii.
Jasełkowy diabeł
Nie sądzę, by granie roli diabła w jasełkach było dla dzieci szkodliwe. Dlaczego?
Po pierwsze, w jasełkach diabeł ma ściśle określony status. Jest przeciwnikiem, kimś złym i złośliwym, kto ze wszystkich sił próbuje pokrzyżować plan Boga. Diabeł jest więc widziany w kontraście do wielkiej tajemnicy Bożej dobroci i miłosierdzia. Jednoznacznie reprezentuje zło, podczas gdy Dzieciątko Jezus, Maryja i Józef – oczywiste i bezdyskusyjne dobro. Jasełka są tak skonstruowane, że nie sposób się pomylić, kto jest dobry, a kto zły. Dziecko, które gra rolę diabła, ani przez moment nie może wątpić, po której stronie walki dobra ze złem znajduje się postać, w którą się wciela.
Po drugie, jasełkowy diabeł jest kimś od samego początku przegranym. Jego siła jest ograniczona, a oddziaływanie, chociaż natarczywe, nie potrafi zmienić postanowionego przez Boga biegu wydarzeń. Moc diabła nie może więc się równać z wszechmocą Boga i nie jest on dla Boga przeciwnikiem równorzędnym. Diabeł niechybnie ponosi klęskę. Dziecko, które gra rolę diabła, wie, że postać, którą przedstawia, jest skazana na porażkę, a ostatecznym zwycięzcą może być tylko Bóg.
Po trzecie, jasełka istnieją w ściśle określonym kontekście wiary i obyczajów Kościoła. Są więc częścią szerszego spojrzenia na Boga, świat i człowieka. Nie są wyrwanym z kontekstu epizodem, bez większego znaczenia dla życia, ale czymś połączonym z innymi elementami (teologią, modlitwą, mszą świętą, specyfiką okresów liturgicznych), tworząc z nimi zhierarchizowaną całość. Diabeł ma w tej uporządkowanej całości swoje miejsce, ale nie jest ono ani za wysoko, ani za nisko. Innymi słowy, diabeł w jasełkach nie jest ani za mocny, ani za słaby. Dziecko grające rolę diabła – jeśli oczywiście jest wychowywane w atmosferze szacunku dla tej uporządkowanej całości – powinno intuicyjnie wyczuwać, jakie miejsce zajmuje w niej prawda o istnieniu i działaniu złego ducha.
Wreszcie, po czwarte, dla wszystkich, którzy z wiarą oglądają jasełka lub w nich uczestniczą, jest oczywiste, że postaci w nich przedstawiane są realne, to znaczy, że nie są tylko „emanacjami ludzkiej podświadomości” czy „ważnymi dla kultury europejskiej bohaterami literackimi”, ale prawdziwymi ludźmi z krwi i kości, przez których przyszedł Bóg, aby nas odkupić. Występujący w jasełkach diabeł jest – tak jak wszystko inne w nich – realny, to znaczy jest nie tylko symbolem, mitem czy czymś w tym rodzaju, ale kimś rzeczywistym, kto może wywierać realnie szkodliwy wpływ. Jasełka nie zawierają więc najdrobniejszej sugestii, że świat duchów, aniołów i diabłów jest światem nierealnym, oddalonym od nas i niedosięgłym.
Zestawmy teraz jasełkowe spojrzenie na zło, z tym, które pojawia się w coraz popularniejszym w Polsce zwyczaju obchodzenia Halloween. Nie mam zamiaru wchodzić głębiej w ten temat, ale skontrastowanie ze sobą sposobu przedstawiania działania mocy ciemności w jasełkach i w Halloween jest bardzo pouczające.
W Halloween status mocy ciemności jest nieokreślony. Trudno jasno zawyrokować, która z postaci jest zła, a która dobra. Zło sprowadzone jest tu raczej do poziomu czegoś, co może człowieka wystraszyć, czyli widziane jest na modłę zła z horrorów, nie zaś jako osobowa siła dążąca do pokrzyżowania planu Boga, dotykająca ludzkiego ducha i zmierzająca do jego destrukcji. W Halloween nie jest też jasno przedstawione, czy ciemne moce przegrywają, czy wygrywają. One po prostu istnieją i straszą, w jaki jednak sposób odnoszą się do wszechmocy Boga i Jego planu, nie tylko nie jest dopowiedziane, ale znika zupełnie z horyzontu. Mroczne moce widziane są całkowicie poza kontekstem wiary. Świat duchów przedstawia się w Halloween bardziej jako dziedzina zabawy, bal przebierańców, film grozy, nie zaś jako coś realnego, mającego wpływ na naszą egzystencję. Halloween może więc tworzyć i utwierdzać w dzieciach przekonanie, że wszystko, co nadprzyrodzone, jest fikcyjne i niepoważne. W jasełkach diabeł jest zły, przegrany, ale poważny, w Halloween nie wiadomo, czy ciemne moce są złe, ale na pewno straszą; trudno się zorientować, czy są przegrane, ale na pewno są niepoważne. Grać diabła w jasełkach i przebrać się za diabła w Halloween to dwie kompletnie różne sprawy, które dzieli przepaść.
Kwestia wychowania
Domyślam się, że w pytaniu chodziło przede wszystkim o to, czy aktorskie utożsamienie się dziecka z jasełkowym diabłem nie otwiera go na działanie sił demonicznych. Uważam, że nie, ale dzieje się tak dlatego, że jasełka są właśnie takie, jakie są, czyli zakorzenione w tradycji Kościoła i ściśle powiązane z życiem religijnym. Chciałbym jednak spojrzeć inaczej na tę kwestię. Możemy przecież zapytać: czy odgrywanie diabła w jasełkach jest cenne wychowawczo, czy ma dobry wpływ na kształtowanie duchowości dziecka? Nie mam wątpliwości, że ma pozytywny wpływ, gdyż w sposób prosty i głęboki wskazuje najważniejsze prawdy wiary na temat dobra i zła, Bożej wszechmocy i sił Jemu przeciwnych. Zależy mi na tym, by podkreślić ten pedagogiczny wątek, gdyż pojawiające się co jakiś czas wśród chrześcijan dyskusje na temat szkodliwości różnych popkulturowych zjawisk, takich jak Halloween czy powieści o Harrym Potterze, obracają się głównie wokół pytania o udział w nich sił demonicznych. Nie chcę sugerować, że taka dyskusja jest bezprzedmiotowa, chciałbym tylko zwrócić uwagę, że równie ważne jest pytanie o to, czy uczestnictwo w Halloween albo utożsamianie się z bohaterami opowieści o Harrym Potterze wnosi coś cennego do procesu wychowania dojrzałego chrześcijanina. Sądzę, że postawienie kwestii w ten sposób jest co najmniej równie ważne.
Gorącą dyskusję wywołały swego czasu uwagi Josepha Ratzingera na temat powieści o Harrym Potterze. Kardynał naraził się na wiele zjadliwych komentarzy, ale sposób, w jaki postawił problem, uważam za trafny. Napisał: „Jest to subtelne uwiedzenie, które oddziałuje niepostrzeżenie, a przez to głęboko, i rozkłada chrześcijaństwo w duszy człowieka, zanim mogło ono w ogóle wyrosnąć”.
Chodzi więc o wzrost dziecka w wierze i unikanie tego, co niezwykle pociągające, ale złudne, ponieważ gdzieś na głębokim poziomie wykrzywia obraz Boga i naturę świata nadprzyrodzonego. Nie są to sprawy mało ważne, ale o kluczowym znaczeniu dla życia człowieka. Na przykład, zaszczepienie w świadomości dziecka poczucia nierealności życia nadprzyrodzonego może pokutować przez wiele lat i ujawnić się bezradnością w trudnych chwilach. Wprowadzenie do duszy małego chrześcijanina wizji zła jako czegoś niepoważnego, albo przeciwnie – siły wszechmocnej może narazić go na niebezpieczeństwo bagatelizowania duchowych niebezpieczeństw bądź odwrotnie: przecenianie ich mocy i niedostrzeganie Bożej dobroci oraz miłosierdzia. Gdy w dziecku kształtuje się struktura i świat podstawowych pojęć religijnych, lepiej, by nie było bezrefleksyjnie wprowadzane przez rodziców we wszystko, co niosą ze sobą współczesna kultura i popkultura. Oczywiście, prędzej czy później dzieci się z tym zetkną, pytanie jednak, czy będą miały odpowiednią ilość przeciwciał i mechanizmów obronnych, by nie dać się sprowadzić z drogi wiary i nie pozwolić, by przejął nad nimi kontrolę świat wartości zupełnie obcych chrześcijaństwu. Powinniśmy uważać, by dzieci nie zostały, jak pisał Ratzinger, „subtelnie uwiedzione”.
Czujność
Może i przesadna jest strachliwość w pytaniu o szkodliwość jasełkowego diabła. Byłoby jednak czymś krótkowzrocznym, gdyby ten werdykt doprowadził nas do ogólniejszego wniosku, że nie jesteśmy zobowiązani do czujności wobec nowych zjawisk w kulturze. Zauważyłem, że niektórzy chrześcijanie odznaczają się zadziwiającą niefrasobliwością. Zachowują się tak, jakby za punkt honoru postawili sobie udowadnianie, że wszystko, co przynosi dzisiejszy świat, z definicji jest niegroźne duchowo i wzbogacające, a wszelkie protesty i objawy czujności należy złożyć na karb przesadnych lęków, fobii, neuroz czy niedojrzałej religijności. Nie wiem, czy kryje się za tym naturalna chęć dostosowania się do otoczenia, strach przed byciem uznanym za kogoś odrealnionego i nienowoczesnego, nieuświadomiona niewiara w realność zła czy też może nietrafna teologia Bożej opatrzności. Tak czy inaczej, Pismo Święte często wzywa nas do czujności, a wielość tych wezwań świadczy o tym, jak ogromną wagę pierwsi chrześcijanie przykładali do właściwego rozpoznania i oddzielenia tego, co duchowo szkodliwe, od tego, co dobre i wzmacniające:
Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie (Mt 10,16).
Wygląd nieba umiecie rozpoznawać, a znaków czasu nie potraficie? (Mt 16,3).
Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie. Unikajcie wszelkiego rodzaju zła (1 Tes 5,21–22).
Umiłowani, nie każdemu duchowi dowierzajcie, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie (1 J 4,1).
Oceń