Gniazda

Boga najłatwiej znajdziesz nie pisząc o Bogu…

ks. Jan Twardowski, Nie tylko o czaplach

W tym roku róże oszalały – nie pamiętam takiej obfitości. Kwitną na wyścigi; wielkie, pachnące, doskonale ukształtowane kwiaty pojawiają się jeden przy drugim, tworzą grupy, kaskad y, poduchy, obłoki. O zmierzchu wydaje się, że miliony jasnych gwiazd obsiadły ogród – świecą żółto, biało i różowo, układają się w konstelacje i tunele. Piwonie. Ostróżki. Maciejka. Malwy. Wszystko rośnie, pachnie, wabi kolorami. Licznie stawiły się motyle i pszczoły, nic więc dziwnego, że pełno tu i ptaków. Przylatują dzięcioły duże i małe, szpaki, kosy i sikorki. Widziano też parę wilg, uwijającą się przy ogromnej lipie. Ktoś wykuł dziobkiem niedużą, idealnie okrągłą dziuplę w uschłej gałęzi czereśni. Myśleliśmy, że ot – wykuł, beztroskie ptaszę, i poleciał sobie dalej. Ale kiedy wczesną wiosną chcieliśmy odpiłować ten suchy konar, wypadła z niego z okrzykiem trwogi sikoramodraszka. Zajrzeliśmy do dziupli: jajeczka! Zgroza. Póki biedna sikorka w panice trzepotała wokół, syn nawiercił podcięty konar i przymocował go na powrót do pnia, za pomocą ordynarnych śrubek i podkładek. Przez cały maj i pół czerwca mieliśmy mnóstwo uciechy, podsłuchując życie, kipiące w ocalonej dziupli: piszczało, świegotało i wrzeszczało wniebogłosy, domagając się jedzenia. Para rodziców dawała z siebie wszystko, dostarczając prowiant w tempie tak zawrotnym, że trudno było nie myśleć o chorobie wieńcowej lub wręcz zawale serca. Odczuwaliśmy pełną z nimi solidarność.

Nienasycone dzieci opierzyły się wreszcie i któregoś dnia niepostrzeżenie opuściły gniazda, dziuple i budki lęgowe. W jednej z nich (budki trzeba oczyścić przed następnym lęgiem) znaleźliśmy gniazdko, misternie uwite z rudych kłaków sierści wielkiego psa, mieszkającego w sąsiedztwie. Inne zrobiono z długich, cienkich źdźbeł turzycy, zachowując szlachetną jedność tworzywa i formy: idealny kształt, zaokrąglający się w wygodną miseczkę. Ścianki były tak sprężyste i mocne, że przy przenoszeniu gniazdka nie wypadło ani ździebełko, wnętrze gniazdka – czyściutkie, wysprzątane i schludne.

 Gniazdo wilg jest za wysoko, by je oglądać, zresztą – młode opuszczają je znacznie później, w połowie lata. Musi nam wystarczyć opis, pióra Teodora Goździkiewicza zamieszczony w ślicznej książce Głosy przyrody (Nasza Księgarnia, Warszawa 1981): „Zdjąłem je ostrożnie, przyginając i ucinając scyzorykiem gałąź. Przedziwna była jego budowa. Gniazdo miało kształt półkuli i składało się z niesłychanie różnorodnych materiałów. Było tu włosie z krowich i końskich ogonów, listki i źdźbła traw, mech, porosty, płatki brzozowej kory, sznurki, pierze, papierki, drobne szmatki. Wszystko to przemyślnie posplatane niby wici w koszyku. (…) Największe moje zdumienie wywołało jednak to, że gniazdo swoimi brzegami górnymi przyszyte było do widełek gałązki. Najformalniej w świecie przyszyte! Lnianymi grubymi nićmi. Nić była przewleczona raz przez gniazdo, a raz założona na gałązkę. Równomierne odstępy ściegu na korze gałązki zadziwiały!

Nie psując gniazdka, wziąłem się następnie do oglądania papierków. Były to strzępki z kart dziecinnego zeszytu, jakiś strzępek z paczki do papierosów i jeden większy, częściowo wpleciony w gniazdo, a częściowo luźno zwisający.

Odchylam ową część zwisającą, prostuję i widzę jakiś tekst pisany i drukowany. Okazało się, że była to część porwanego kwitu kontraktacyjnego na jedną sztukę świni wagi stu pięćdziesięciu kilogramów, kwitu wystawionego na nazwisko Władysława Zamory ze wsi Stefanów Ruszkowski”.  Słowik rdzawy, ten natchniony artysta, jest skromny – tak właśnie jak na wielkiego artystę przystało. Swoje głębokie, niewidoczne gniazdo ściele nisko, tuż przy ziemi, rzadko powyżej jednego metra. Jan Sokołowski w fundamentalnym dziele Ptaki ziem polskich określa dokładnie, w jakich krzewach słowiki lubią mieszkać najbardziej: są to porzeczki i czarny bez – „tam, gdzie pędy wychodzące z ziemi rozgałęziają się na wszystkie strony; czasami również w bluszczu, porastającym mur lub nagrobek. Najpierw zbierają stos suchych liści i dopiero pośrodku wzniesienia wyciskają zagłębienie, w którym wiją właściwe gniazdo. Jest ono ułożone z suchych źdźbeł trawy i wewnątrz ładnie wysłane włosiem końskim lub sierścią różnych zwierząt; piór nie używają nigdy”.   Ciekawe, dlaczego!

Jeśli chodzi o raniuszka, drobnego, puszystego ptaszka o bardzo długim ogonie i okrągłych, wypukłych oczach, buduje gniazda bardzo ładne i misterne, mające kształt pionowo postawionego jaja, z niewielkim otworem znajdującym się skośnie z boku. „Ściany gniazda są miękkie jak wojłok, utkane z mchu, delikatnych włókienek i wysłane grubą warstwą puchu i piórek. Na wierzchu poprzyklejane są porosty i płatki kory brzozowej, dzięki czemu gniazdo ma wygląd bardzo jasny, czasami biały. Wszystko pospajane jest pajęczyną, nadającą ścianom miękkość, a ponadto siłę i elastyczność” (Sokołowski).

A my się zastanawiamy, po co są na świecie pająki!

Najmniejszy spośród wszystkich naszych ptaków, mysikrólik (5 gramów żywej wagi!), typowy mieszkaniec lasu iglastego („Delikatny szept »si cisi si« zdradza nam jego obecność” – Sokołowski), tworzy gniazdko, będące w swoim rodzaju prawdziwym arcydziełem. Wisi ono w powietrzu, na końcu wysokiej gałęzi. „Z dołu nie jest niczym podparte i tylko boczne ścianki wplecione są w gąszcz zwisających gałązek świerka. Ma ono kształt kuli ściętej z górnej strony i jest miękko splecione z mchów i porostów”. Wyściełające je drobne piórka tworzą u jego brzegów pionowo sterczący puszek, który zacieśnia wlot. Gdy mysikrólik siedzi na jajach, ciałem swym korkuje otwór, a owe piórka zachodzą mu na boki. Materiał spojony jest oprzędami gąsienic, co sprawia, że ścianki gniazdka, grube, lecz miękkie, rozciągają się łatwo, wytrzymując napór licznych piskląt. Te, „kręcąc się bezustannie, stopniowo rozpychają i powiększają całą kolebkę”.

A znów kowalik ściele gniazdo w dziupli po dzięciole! Zbyt duży otwór wylotowy zalepia gliną, którą przynosi w dziobie, ubija i wygładza, tak że po paru tygodniach staje się twarda jak cegła, „palcami nie można jej zetrzeć, jedynie młotkiem daje się odkuć” (Sokołowski).

Drozd śpiewak wylepia wnętrze swojego gniazda, uwitego z suchych traw, próchnem drzewnym, zmieszanym ze śliną. Po wyschnięciu masa ta tworzy gładką, szczelną i twardą ścianę koloru gliny.

Tyle pomysłów inżynierskich, co gatunków!

A gatunków – bez liku.

Tyle kolorów i form, tyle precyzji i dbałości o szczegóły, tyle przemyślności i inteligencji, funkcjonalności i wynalazczości! Tyle piękna, stworzonego tak szczodrze i bezinteresownie, z takim opiekuńczym zamysłem, z taką dobrą intencją!

I czego my się ciągle tak boimy?!

Gniazda
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....