Pueblo na końcu świata

Pueblo na końcu świata

Włoska organizacja Operazione Mato Grosso (OMG) ma na celu pomoc najuboższym w Brazylii, Peru, Boliwii i Ekwadorze. Została założona 30 lat temu przez salezjanina ojca Ugo de Censi. Zrzesza osoby świeckie, często całe rodziny, które niekiedy decydują się na wyjazd do Ameryki Południowej. Prowadzą tam placówki misyjne, na których utrzymanie pracują we Włoszech grupy wolontariuszy. W zależności od potrzeb miejscowej ludności misjonarze katechizują, kształcą katechetów, budują domy dla najuboższych, prowadzą sierocińce, przedszkola dla dzieci ze slumsów, uczą młodzież zawodu, dają miejscowym zatrudnienie. Dzięki darczyńcom z Włoch OMG zbudowała i prowadzi szpitale, szkoły, seminaria duchowne. W Ekwadorze misje znajdują się w Andach, w dżungli i na wybrzeżu Pacyfiku. Karol Meissner, 23–letni student architektury z Gdańska, wyjechał do Ekwadoru na osiem miesięcy, by włączyć się w pracę misji OMG w San Mateo nad Pacyfikiem.

31 grudnia 2006 roku

Jestem tu trochę odcięty od świata. Na jakiś czas to dobrze. W drodze jest papierowy list, który wysłałem do domu; nie wiem, jak długo będzie szedł. Cały jestem i zdrowy. Pracuję dzielnie i wytrwale i prowadzę tu proste życie. Bardzo mi to służy. Mieszkam u Muni i Maura. Oni prowadzą tutejszą misję, która mieści się w domu parafialnym.

Tu jest już po Świętach. Miejscowi nieszczególnie obchodzą Boże Narodzenie, owszem, są fiesty, ale nie związane z celebrowaniem Bożego Narodzenia, które nie za bardzo interesuje tu ludzi. Fiesty są z byle okazji, byle dużo, często i głośno. Muszę się przyznać, że bardzo się cieszę, kiedy nie ma tu wieczorem prądu, bo wtedy jest przyjemna cisza – tutaj rzadkość, bo bardzo głośny to lud, ci mieszkańcy wybrzeża. Jednak przyzwyczaiłem się już do ciągłego hałasu. I bardzo polubiłem San Mateo, Pueblo na końcu świata, z wszystkimi biedami, które wydaje się, że skumulowały się tu, żeby gdzie indziej na świecie ludziom żyło się lepiej, żeby nie mieli tylu trosk, bo one są tu… Lubię patrzeć na biedne domki. I lubię tu pracować. Dobry to czas, bo z tej perspektywy widzi się rzeczy, których normalnie się nie zauważa, i można przemyśleć te, które zazwyczaj gdzieś w życiu umykają.

Wybrzeże wokół San Mateo to szara i zakurzona pustynia. Niesamowicie szary bezkres plątaniny suchych krzaków i karłowatych drzew. Aż po horyzont. Co jakiś czas wyrasta z tej plątaniny równie suchy baobab. I chociaż trudno w to uwierzyć, to wystarczy odrobina deszczu, który pada tu raz do roku, i cała ta pustynia, chociaż na krótko, dopóki słońce nie wysuszy wszystkiego na wiór, wybucha zielenią. Żeby dodać smaku temu pustynnemu widokowi, czasem na jakimś suchym drzewie usiądzie sęp. Często okupują kościelny krzyż. Są też fregaty, duże, czarne, szybują nad oceanem. W krzakach chowają się chmary małych zielonych papużek. Przy brzegu brodzą białe czaple. A dziś złapałem w kapelusz kolibra. Biedak wpadł do budowanego przez nas tzw. oratorium i nie potrafił wylecieć. Tłukł się o dach, dopóki nie złapałem go i nie wypuściłem za okno. Śliczny, taki mały jak mój niecały kciuk… Za to najbardziej chyba lubię pelikany. Tak, pelikany; lubię patrzeć na nie, kiedy spacerują wzdłuż brzegu, lecą pełne majestatu, olbrzymie i dostojne; w szyku, jeden za drugim wykonują nad wodą swoje akrobacje.

W czasie odpływu po fantastycznie wyżłobionym dnie oceanu uciekają spod nóg kraby, najładniejsze są jaskrawopomarańczowe. Wczoraj udało mi się jednego złapać w mój kapelusz (bardzo jest przydatny), uszczypnął mnie w palec przez materiał. Taki bohater. A kapelusz rzeczywiście przydaje się bardzo. Raz, kiedy przypadkowo zasnąłem bez niego na głowie w czasie wycieczki łódką, tak spaliłem się na twarzy, że przez kilka dni nie byłem w stanie pić rano ciepłej kawy, bo miałem poparzone usta. W dodatku nie mogłem się golić, więc mam brodę, śmiesznie teraz wyglądam. A co do krabów, to są tu też kraby pustelniki, które mieszkają w muszlach po ślimakach i chodzą z nimi na plecach, zabawne i bardzo strachliwe, więc trzeba mieć wiele cierpliwości, żeby zobaczyć, jak wychylają się ze swoich muszli. Czasem można zobaczyć duże morskie żółwie. Tak tu, w paru słowach, wygląda otoczenie. A samo San Mateo?

Dlaczego ludzie się tu osiedlają, trudno powiedzieć. Nie ma tu wody, wokół pustynia. Nie da się hodować żadnych roślin. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Jest przeraźliwa bieda. Trudno też oszacować, ilu mieszkańców ma San Mateo, bo w malutkich biedadomkach mieszka często po kilka rodzin, wielu ludzi żyje na ulicy, głównie dzieci. Mauro mówi, że mieszka tu 2,5 do 3 tysięcy ludzi, licząc wszystkie przyległe „dzielnice”. Czym się zajmują? Są rybakami, chociaż, chodząc po San Mateo, ma się wrażenie, że nie zajmują się niczym. Ludzie nie mają ziemi, żeby wyhodować sobie chociaż parę ziemniaków lub bananów. Zresztą bez wody i tak się nie da. Nie potrzebują butów, nie potrzebują ciepłych ubrań, niewiele potrzebują. I chyba nie byłoby aż tak źle, bo sama bieda nie jest najgorsza, gorsza jest inna nędza. Tu właściwie nie ma normalnych, pełnych rodzin, mężczyźni mają po kilka rodzin i kobiety mają po kilku mężczyzn, dzieci często nie znają swoich ojców lub matek. Wystarczy posmarować się odpowiednimi ziołami i wszystko jest w porządku, zapomina się o poprzednim mężu, poprzedniej żonie, poprzednim ojcu lub matce… W to ludzie wierzą. To jest splot problemów i sytuacji trudnych, nie do ogarnięcia. Mimo to ludzie tu są radośni i spokojni. Kiedy się to wszystko widzi, nie można być biernym, nic nie robić, budzi się człowiek i chce ze swoim życiem zrobić coś więcej, żyć jakoś pełniej. Nie żyć tak, jak większość ludzi w bogatym zachodnim świecie.

Czym się zajmuję? Właściwie to wachlarz rzeczy, od murarza, cieśli, spawacza, malarza pokojowego, ślusarza, po kowala i betoniarkę (to też się zdarza, kiedy trzeba przez dwa dni łopatą robić zaprawę na wylewkę). Kiedy odwiedzamy chorych, Munia mówi, że jestem doktorem z Polski. Na szczęście, na razie, jestem tylko tak przedstawiany…

Dziś przyjechali murarze z Zumbahua, bo tutejsi nie dość, że pracują wolno, to jeszcze niezbyt porządnie. Trzeba pracy u podstaw, żeby nauczyć miejscowych organizacji. W dodatku są to tereny autentycznie misyjne, wymagające katechezy od początku. Nie ma tu łatwego życia ksiądz – padre Francesco.

Polska z perspektywy San Mateo wydaje się rajem na ziemi, a większość problemów, jakimi żyje bogaty świat, okazuje się zupełnie nieistotna… Ale dobrze mi tu. Cieszę się tym prostym życiem i pracą z tymi ludźmi.

No nic, kończę już, bo jedziemy dalej. Może teraz odrobinę częściej będzie mi się udawało pisać emaile.

Karol, tu Carlos

12 stycznia 2007 roku

Hej,

dziękuję bardzo za emaila. Tak, mam tu dobry czas. Dużo myślę o życiu, o rzeczywistości Europy, o tym, co chciałbym w przyszłości zrobić, jak żyć. Bardzo mi pomaga książka brata Morisa, którą mam ze sobą. Bardzo Ci ją polecam – Żyć kontemplacją w sercu świata. Dobra jest tu perspektywa do przemyśleń, w oddaleniu od tego wszystkiego, czym się normalnie zajmuję, od normalnych obowiązków i od bieganiny bogatego europejskiego świata. Rzeczywiście jest to czas specjalnych rekolekcji. Bardzo się nim cieszę, bo tego też tu szukałem. Piszę do Was papierowy list, w nim spokojniej mogę wszystko wyrazić, bo tu mało czasu. Zaraz wracam do San Mateo. Jutro jedziemy z Maurem do Zumbahua.

Carlos

22 stycznia 2007 roku

Hop, hop,

cieszę się, że list już doszedł. U mnie, jak zazwyczaj, wszystko dobrze, tak jak ostatnio pisałem, przebyłem w górach, w Zumbahua. Bardzo mi się tam podobało. Rano byłem na mszy św. odprawianej w języku kichwa, podczas której dwanaścioro dzieci zostało chrzczonych i pięć par wzięło ślub, a kościół początkowo prawie pusty zapełnił się zupełnie w jakieś trzydzieści minut po rozpoczęciu mszy, to tu normalne. Dzieci zajadały słodycze, jakaś pani popijała skrywane pod chustą piwo, ale przynajmniej psów nie było w kościele, co z kolei nie zdarza się w San Mateo, gdzie podczas mszy łażą one po kościele lub śpią pod ławkami… Jeśli chodzi o zewnętrzne świętowanie i tradycje religijne, do których jestem przyzwyczajony i przywiązany, to skazanuje mnie tutejsza rzeczywistość na dużą ascezę. To właściwie dobrze.

Później była jeszcze jedna msza, związana z uroczystościami prezydenckimi – krótka, niecałe pół godziny, bo na dłuższą nie zgodzili się organizatorzy. Na trybunie, twarzą do zgromadzonych ludzi siedziało trzech prezydentów: Rafael Correa (prezydent elekt Ekwadoru), Hugo Chavez (Wenezuela) i Evo Morales (Bolivia) – presidentes hermanos lub presidentes amigos ? jak się tu mówi). Za nimi delegaci, deputowani, a z boku maleńki ołtarz. Po mszy przemówienia. Wszystkie płomienne, o świetle rewolucji, które świeci dla całego świata jak latarnia, o walce z imperializmem, pozdrowienia dla dwuosobowej delegacji z Kuby, jedynego światła w otaczającej ją ciemności i burzy, pozdrowienia dla nuestro hermano Fidel. Lud to Bóg, kiedy lud śpiewa, śpiewa Bóg, kiedy lud tańczy, tańczy Bóg… Lud to ja… (Hugo Chavez). Potrzeba nam rewolucji i potrzeba ikony – viva Che Guevarra! Właściwie trudno się dziwić, że cała biedna Ameryka Łacińska tak wierzy w socjalizm, że ci wszyscy biedacy chcą nowej, lepszej przyszłości, a ich wodzowie mówią, że przyszłość to socjalizm. Jest to jedyna droga, innej nie ma, inna to zło i ciemność. Trochę dziwi, że wszyscy pracujący tu Włosi zgadzają się z tym. Mauro, Munia też wierzą w socjalizm, mówią, że to tutaj zupełnie nowe zjawisko. Dotychczas był jedynie ucisk. Trudno wytłumaczyć, że na świecie socjalizm nie jest niczym nowym i że jeszcze nigdzie się nie udał, nie przyniósł niczego dobrego…

Tak czy inaczej zrobiłem cztery rolki slajdów, zobaczyłem Andy. Wracając, leżałem na odkrytej pace samochodu padre Francesco i nie mogłem się nadziwić widokom: od gór, ponad 4 tys. m n.p.m, przez tropikalne lasy, plantacje trzciny cukrowej, bananów i kakao, błotniste doliny, opuszczoną kopalnię złota, po pustynie i ocean. Wieczorem przy drodze zaczęły świecić robaczki świętojańskie, mrugając swoimi małymi światełkami i jeszcze przed snem niezliczonymi głosami odezwał się niesamowicie pachnący tropikalny las. Szkoda, że taka krótka była to wyprawa (tylko dwa dni), ale jeszcze wybiorę się do Zumbahua. Na razie w przyszłym tygodniu zaczynam robić uachimanilla, czyli drewniany domek do przechowywania materiałów i narzędzi budowlanych na terenie, gdzie Mauro będzie budował nowe domy. Kończę z Luciano drugi dom, na samym skraju klifu, z niesamowitym widokiem na ocean.

Kończę już, bo zaraz odjeżdżają ostatnie camionetas do San Mateo (furgonetki, które wożą ludzi na pace i które, aż trudno uwierzyć, jeszcze mogą jeździć).

Karol

27 stycznia 2007 roku

Hop, hop,

u mnie nic nadzwyczajnego, ot, proza prostego i twardego życia, które tu prowadzę. Kończymy z Luciano drugi dom. Przedwczoraj, przekładając cegły, znalazłem pod jedną zgniecionego skorpiona. Trzeba uważać, bo lubią się schować w takich miejscach. Ale to są małe i nie bardzo niebezpieczne skorpiony. Od poniedziałku buduję uachimanilla. Straszne tu teraz upały, bo jest zima. Mówią, że ciężka, to znaczy potwornie upalna… 34 stopnie w cieniu. Dobrze, że od oceanu wieje wiatr, bo bez tego nie dałoby się tu w ogóle żyć. Pewnie teraz w Polsce trudno to sobie wyobrazić, bo słyszałem, że w końcu przyszła zima. Jestem w stanie wypić 7 litrów wody dziennie. I wcale nie wydaje się to dużo.

Wczoraj przygotowywaliśmy dla dzieci z katechezy 500 paczek z przyborami szkolnymi (na przyszły rok szkolny, bo tu niedługo zaczynają się wakacje dla dzieci), w każdej 8 różnych zeszytów, duży spinacz, gumka do mazania, dwa ołówki, kredki, ostrzałka, 6 długopisów (3 różne kolory), skoroszyt, 50 białych kartek odliczonych (!) z ryzy (× 500), ekierki, linijka i kątomierz, cyrkiel, klej (wyciekający), papier kolorowy… Razem 28 różnych rzeczy, które trzeba włożyć do 500 paczek w straszliwym upale i rojach much… Przybory te są potrzebne, bo rodzice nie mają pieniędzy, żeby je kupić swoim dzieciom idącym do szkoły. Od 7.30 do 12.30 udało nam się z tym wszystkim uporać.

Tutaj warto się w dzień porządnie zmęczyć, żeby móc dobrze spać na wypadek, gdyby w nocy (tak jak dziś) miała się odbywać jakaś fiesta. Czasami doskwiera mi tutaj brak ciszy, mimo że już się przyzwyczaiłem, że ciągle słyszy się tu (do czasu) wesołą muzykę poplatynoamerykańską. Z tej perspektywy Polska wydaje mi się cudownie cicha i spokojna.

Wczoraj przyjechał do San Mateo cyrk, mały, mimo nazwy Gran Colombia. Wszystko porządne: jest namiot w białoczarne pasy, są sznury świateł, jest wśród szumów z zepsutego głośnika najprawdopodobniej muzyka, są nawet dwie kozy przywiązane do palika przy wejściu, zupełnie zdystansowane do otaczającej je rzeczywistości, jak to kozy – stoicy. Wybraliśmy się więc wieczorem po kolacji z Cayo, Luisem i Alberto (to murarze z Zumbahua) na przedstawienie, które jednak się nie odbyło, bo do cyrku przyszła tylko grupka małych umorusanych dzieci i my. A to dlatego, że wszyscy udali się na fiestę. Dziś już powinno się odbyć. Pójdziemy, zobaczymy.

Idę kupić sobie jakieś ciasteczko – to takie moje małe przyjemności (żeby można było mówić, że ja też tu mam swoje przyjemności w razie czego)

Wasz Carlos

10 lutego 2007 roku

Hop, hop,

w tym tygodniu pojechałem z padre Francesco do Chinalo. Bardzo ucieszył mnie ten wyjazd, bo zawsze jest to świetna okazja do zobaczenia kawałka Ekwadoru, a ponieważ Chinalo leży w górach można odetchnąć od potwornych upałów i zaznać chwili ciszy, której tu, na wybrzeżu, zawsze brakuje.

W Chinalo odbywało się coroczne spotkanie katechetów z oratorios. Każdego roku podczas tych spotkań poruszany jest jakiś aspekt życia św. Jana Bosco, tym razem „Don Bosco con los pobres” (Don Bosco z biednymi). Jakże dziwnie mówi się o chęci bogacenia się do ludzi, którzy żyją w biedzie, a czasami nawet w nędzy, których marzeniem jest właśnie wyrwać się z takiego bytu. Jak wytłumaczyć im, że ich życie ma w sobie olbrzymią wartość? Zupełnie czym innym jest mówienie o takich rzeczach w Europie, w coraz bogatszej Polsce, gdzie ludziom tak naprawdę niewiele brakuje, a nawet zazwyczaj mają za dużo, chociaż nie zdają sobie z tego zupełnie sprawy i gubią się w chęci posiadania, która niszczy ich życie. I dla mnie, chociaż patrzę na to wszystko z trochę innej perspektywy, to dobry temat, który daje dużo do myślenia. Bardzo mnie on zajmuje i nie daje mi w jakiś sposób spokoju.

W Chinalo pogadanki padre Battista odbywały się w pomieszczeniu, w którym niegdyś rozgrywały się corridy, za czasów, kiedy była tam hacjenda, zanim powstała w Chinalo placówka Matto Grosso. W miejscu tym wieczorem każdego dnia odbywało się przedstawienie – z dużym rozmachem, co najmniej barokowym – galopujący na koniach słudzy bogacza, który wykupuje ziemie od biednych, żeby zbudować wielkie centrum handlowe, mieszkańcy biednej wioski i strzelająca do nich z przejeżdżającego od strony widowni samochodu ochrona bogacza, rozterki bogatego chłopaka, który decyduje się żyć z biednymi, w tle płonący duży krzyż, muzyka i slajdy – wojny i nieszczęścia świata, którego podstawą są pieniądze. Wszystko to, chociaż czasami mogło się wydawać trochę naiwne, jest przedstawiane przez młodzież szczerze i z dużą wrażliwością, a oglądający są poruszeni… To oni mają zmieniać swoje życie i pokazywać je swoim podopiecznym na katechezie. Może niewiele z tych przemyśleń pozostanie, może nie uda się dużo zmienić, ale może chociaż trochę…, bo życie tu jest trudne.

Przyjechało na to spotkanie prawie 400 dziewcząt z całego Ekwadoru. Chłopcy (ok. 200) oddzielnie, dzień po wyjeździe katechetek. Padre Francesco przybył na spowiedź grupy żeńskiej. Spowiedź trwa od samego rana. Grzechy zapisuje się na kartce, którą daje się do przeczytania księdzu. Potem idzie się na kolanach do krzyża, pod którym pali się te kartki i odmawia pokutę. Przy każdej modlitwie znak krzyża jak musztra, 1, 2, 3…, ale trzeba też wiedzieć, czym jest tu katecheza, której potrzeba od samych podstaw, od znaku krzyża. Katecheci poznają przynajmniej jakieś minimum, które będą w stanie przekazać swoim młodszym podopiecznym. Tak, czasami można się zastanawiać, będąc na mszy w kościele, w co wierzą mieszkający tu ludzie, czy to jest ten sam Bóg? Bardzo potrzeba katechezy, to są tereny misyjne, misja od samych podstaw.

Do Chinalo pojechaliśmy toyotą landcruiserem, porządnie nas wytrzęsła przez osiem godzin, chociaż to wcale nie jest daleko, ale drogi są tu straszne. Jazda tutaj to zazwyczaj brawurowy slalom, podczas którego trzeba wybierać mniejsze dziury, żeby nie urwać koła. Niczym nienormalnym nie są tu np. zostawione otwarte studzienki kanalizacyjne na ulicach miasta, więc trzeba mieć refleks. Szczęście, że padre to dobry kierowca.

W Zumbahua dwa razy (raz w jedną stronę i raz w powrotnej drodze) trafiliśmy na roboty drogowe – wielka koparka wykopała rów przez środek drogi, tak, że nie da się przejechać ani w jedną, ani w drugą stronę, bo droga jest nad przepaścią, więc czekamy, ot to przecież normalne, godzinę (to mało), ludzie wysiadają ze stojących w kolejce samochodów, oglądają wykop, rozmawiają, przecież nie ma czym się denerwować, po co się denerwować, nie da się przejechać i już.

Obiad w powrotnej drodze zjedliśmy w Quevedo, w spalinach ciężarówki, której kierowca zaparkował z włączonym silnikiem obok nieszczególnie schludnego, baru. Po drodze, tak jak wcześniej, ocean, pustynia, plantacje kakao, bananów, suszące się przy drodze ziarna kakao, plantacje trzciny cukrowej, las, najpierw umiarkowany, później coraz bardziej dziki tropik, pampa, góry… I z powrotem z szalonej zieloności wilgotnego o tej porze roku (bo to zima) tropiku wracamy na naszą pustynię, szarą, spieczoną i piekielnie gorącą… Choć dziś w nocy znowu padało – pół godziny mżawki, po której rano już nie ma śladu. Jak z takiej odrobiny wilgoci rośliny są w stanie żyć? Widocznie są, bo rosnące co jakiś czas na otaczającej nas pustyni szarych wysuszonych krzaków baobaby wypuściły małe zielone listki.

Nie pamiętam, czy już pisałem o tym, czy tylko opowiadałem. Tak czy inaczej od zeszłego tygodnia pracuję w Jome przy budowie drewnianego domku. Do zrobienia zostały tylko ściana w środku, dwie pary drzwi i okno. To zupełna pustynia, potworny pył po kostki i lejący się żar z nieba, przed którym jeszcze do niedawna, zanim położyliśmy dach, nie dało się nawet schować. Ciężko pracuje się w takich warunkach i mocno daje mi to w kość, czuję tu wyraźnie, że jestem człowiekiem północy, słabym hiperborejem. Czasami po całym dniu nie mam już siły na nic, tylko padam jak zimowa mucha i zasypiam, często chwilę po dwudziestej. W pracy pot zalewa oczy i o niczym innym się nie myśli, tylko o odrobinie cienia, który daje odrobinę chłodu, o chłodnej wodzie… Całe szczęście, teraz pracujemy wewnątrz naszego domku, przynajmniej do środy, później znowu na zewnątrz, ale będzie już można się schować w przerwie w odrobinę cienia. Na dziś wystarczy, na klawiaturze pisze mi się ciężko, bo wczoraj stłukłem sobie trzy palce i teraz bolą.

Pa, serdeczności,

Carlos

24 lutego 2007 roku

Hop, hop,

tu ja, jak zwykle z Manta.

Wczoraj wróciłem z Munia z wyprawy w góry. Pojechaliśmy tam, ponieważ Munia prowadziła kursy języka indiańskiego kichwa. Przez Guayaquil, Machala i Pasaje najpierw do Guanazan a później do Celen, w obydwu tych miejscowościach są domy Mato Grosso. W każdą stronę ok. 12 godzin autobusem. To są przeciętne odległości. Mówi się tu np., że blisko, bo tylko cztery godziny samochodem… jaka to różnica nawet w stosunku do Polski, nie mówiąc już o reszcie Europy wyposażonej w autostrady.

Autobusów jest bardzo dużo, ponieważ to jedyny środek transportu publicznego. Mimo że Ekwador wcale nie jest wielki, to jeździ się tu wolno z powodu strasznego stanu dróg, no i wysokości, którą czasami trzeba pokonywać, podróżując przez góry, które przecież zajmują większość terytorium. Tak więc np. w ciągu niecałej godziny wspina się serpentynami jakieś ponad 2 tysiące metrów, nie wspominając już o tym, że tutejsze autobusy nie są w stanie jeździć zbyt szybko.

Tak czy inaczej był to bardzo udany wyjazd. Odpocząłem, zobaczyłem nowy kawałek prześlicznego Ekwadoru i poznałem nowe domy Mato Grosso. W Guanazan, bardzo ładnej i spokojnej wiosce, znajduje się śliczny dom i cooperativa prowadzona przez Ekwadorczyka Fernando i jego żonę Marinę (Włoszkę). Fernando przyjechał po nas do Machala. Po drodze złapał gumę, więc zanim wyjechaliśmy z Machala, trzeba było zmienić koło i pojechać załatać drugie, bo podróżowanie bez koła zapasowego jest tu niewskazane.

W Machala zjedliśmy też obiad, jeszcze w życiu nie spożyłem naraz tylu różnych morskich stworów. Macek, odnóży, kalmarów, małż, krabów, langust, krewetek i lepiej nie wiedzieć, czego jeszcze. Wszystko było – o dziwo – bardzo smaczne. Tak się tu je, na wybrzeżu. A kraby kupuje się żywe, więc na ulicach wszędzie chodzą sprzedawcy z wielkimi pękami powiązanych sznurkiem żywych krabów, na ziemi natomiast wysypane są stosy małż. No i bananowy port, bo w prowincji, której stolicą jest Machala, rośnie mnóstwo bananowców, owoce głównie się eksportuje.

Ponieważ jest karnawał, wszyscy się bawią, polewając nawzajem wodą (podobnie jak u nas w lany poniedziałek, tylko tu nie przez jeden dzień, ale przez cały karnawał); dobrze, jeśli jest to czysta woda, bo zdarza się, że dla lepszej zabawy wykorzystuje się pozostałości po płukaniu ryb… Tylko raz dostałem balonem z wodą, Fernando i dwóch chłopaków z cooperativa zostali zlani od stóp do głów. Była to czysta woda, wszyscy byli więc zadowoleni, bo to nawet przyjemne w taki potworny upał. Po drodze w góry Fernando wjechał w autobus, który zatrzymał się na środku drogi. Całe szczęście, nie było to niebezpieczne, ale wystarczyło, żeby wieczorem mieć zajęcie przy prostowaniu zderzaka i maski.

Następnego dnia, kiedy Munia miała kurs kichwa dla chłopaków ze szkoły w Guanazan (prawdziwy maraton, bo 10 godzin jednego dnia), poszedłem kopać ziemniaki z Fernando i miejscowymi. Na poletku tak pochyłym, że trzeba było uważać, żeby nie stoczyć się na dół parędziesiąt metrów, wykopaliśmy te małe, czerwone bulwy patykami i motykami – na każdy krzaczek przypadały dwa, trzy… Mimo to uzbieraliśmy 10 kwintali, czyli worków po ok. 50 kilo. Później znosiliśmy je na dół, gdzie troczyliśmy je do osła i dwóch koni, które niosły ten towar aż do drogi, żeby można było przewieźć go dalej samochodem. Gdy kopaliśmy, kobiety z wioski przygotowywały obiad – ziemniaki, trochę sera i zupa. Porządnie spracowani zjedliśmy ten posiłek jak wygłodniałe wilki. Później jeszcze chwilę poleżeliśmy sobie, na trawie, i wróciliśmy do domu. Był to bardzo udany dzień.

Następnego dnia kazano mi zaprojektować ławki do kościoła, które chłopcy, uczący się stolarstwa, mają zrobić w cooperativa. Nie lubię takich zadań, bo miały to być, oczywiście, zgodnie z miejscowym zwyczajem, ławki „barokowe”, według wzoru z jakiegoś zdjęcia, co zupełnie nie pasowało do tego ładnego i prostego kościoła.

Po południu pojechaliśmy do Celen, gdzie z kolei następnego dnia pracowałem przy produkcji dachówek, które robi się tu ręcznie. Najpierw koń, chodząc w kółko w basenie, miesza kopytami glinę z wodą, aż zrobi się z tego masa. Potem ręcznie formuje się dachówki, które suszy się później i wypala. Takie nowe umiejętności tu zdobywam.

Kończę już, bo zagapiłem się i zaraz muszę wracać, pa,

Karol

Pueblo na końcu świata
Karol Meissner OSB

(ur. 17 maja 1927 r. w Poznaniu – zm. 20 czerwca 2017 r. w Lubiniu) – właśc. Wojciech Meissner, polski duchowny rzymskokatolicki, benedyktyn, lekarz, absolwent studiów medycznych, przeor klasztoru benedyktynów w Lubiniu (1980-1983), rekolekcjonista, autor licznych publikacji...