Bakcyl innego życia

Bakcyl innego życia

Nowa emigracja ma twarz typowego jej przedstawiciela – liczy sobie niewiele lat, stawia pierwsze kroki na ścieżce kariery, próbuje oswoić irlandzką rzeczywistość za pomocą mieszaniny polskich zachowań i pełnej entuzjazmu ciekawości.

Próba zbadania zjawiska nowej emigracji przypomina trochę badania nad naturą cząstek elementarnych – w myśl zasady nieoznaczoności Heisenberga nie można z dowolną dokładnością wyznaczyć jednocześnie położenia i pędu cząsteczki. Emigrant to taki typ socjologiczny, który pojawił się w pewnej przestrzeni, istnieje w niej, lecz na pytanie, dokąd zmierza i jak długo ma zamiar w niej zabawić, zwykle bezradnie rozkłada ręce. Ani liczba Polaków mieszkających w Irlandii nie jest możliwa do określenia, ani kierujące decyzją o wyjeździe pobudki, ani tym bardziej modele egzystencji, które obieramy, stawiając kolejne kroki na Zielonej Wyspie.

W świecie kwantowym niemożliwe jest dokonanie dokładnych pomiarów ze względu na samą naturę badanego obiektu, dlatego też stosuje się wielkości średnie. Statystyka jest tą gałęzią nauki, która pozwala dokonać wiwisekcji na żywej tkance emigracyjnej społeczności i – o ile kalejdoskop losów Polaków mieszkających w Irlandii rozszczepia ów obraz na tyle barw, ilu nas samych mieszka na Zielonej Wyspie – jest jedynym narzędziem, dzięki któremu cokolwiek możemy powiedzieć. Opublikowany właśnie raport Centrum Badań nad Nacjonalizmem, Etnicznością i Wielokulturowością przy brytyjskim uniwersytecie w Surrey dzieli polskich emigrantów na cztery grupy: bociany, chomiki, łososie i buszujący. Z kolei opracowanie irlandzkiego uniwersytetu w Maynooth każe nam szukać dla siebie szufladki pomiędzy „targeciarzem” a „globalnym kosmopolitą”. Tymczasem bohater najnowszej sztuki Paula Meade, granej na deskach dublińskiego teatru w międzynarodowej, polsko-rumuńskiej obsadzie, na pytanie o powody swojego przyjazdu do Irlandii odpowiada bez cienia wahania: „Jestem tutaj z powodu Newgrange!”. Można zatem być emigracyjnym zwierzakiem, można być współczesnym obieżyświatem, można wyjechać, marząc o odwiedzeniu starożytnego grobowca, starszego nawet niźli Stonehenge i egipskie piramidy razem wzięte.

Ucieczka „do”

Od momentu wstąpienia do Unii Europejskiej w maju 2004 roku ponad milion dorosłych Polaków, głównie młodych, wyjechało z Polski do Europy Zachodniej. Szacuje się, że otwarcie rynków pracy Wielkiej Brytanii i Irlandii sprawiło, iż legalne zatrudnienie i możliwość pełnoprawnego osiedlenia się przyciągnęły tutaj niemal 75% polskich emigrantów.

Nowa emigracja stanowi zjawisko samo w sobie nieuchwytne jak cząstka Heisenberga – po raz pierwszy chyba w historii Polski setki tysięcy ludzi zdecydowało się zapakować skromny dobytek w podróżne torby i wyjechać poza granice kraju, nie tyle uciekając „od”, ile wybierając „do”. Nie musieliśmy uciekać od politycznych prześladowań, nie wygoniły nas niesprawiedliwie wiatry dziejów, nie odjeżdżaliśmy wypędzeni z rodzinnych stron bez szans powrotu, nie uciekaliśmy od Wielkiego Głodu, który w XIX wieku uczynił z Irlandczyków najbardziej mobilny naród Europy. Nie są to tym samym decyzje nieodwracalne, definitywne i mające w sobie coś z gestu odcinania od korzeni. Wszak w dobie kurczącej się globalnej wioski podróż z zagranicy do rodzinnego miasta samolotem trwa krócej niż przejazd pociągiem z Krakowa do Gdańska. Dostęp do Internetu pozwala z kolei przy porannej kawie w Dublinie – podobnie jak mieszkańcy Poznania, Warszawy czy Bydgoszczy – wkurzać się na kolejne wymysły polskich polityków. Internetowe komunikatory i tanie połączenia telefoniczne pozwalają zaś prowadzić długie dysputy na temat wczorajszej pogody z rodzicami w kraju bez narażania się na bankructwo. Wszystko to sprawia, że nowa emigracja z tradycyjnym pojęciem przenosin za granicę niewiele ma chyba wspólnego. Wyjeżdżamy do nowych możliwości, które daje wspólny unijny rynek pracy; emigrujemy do godnej płacy za pracę i wykształcenie. Przyjeżdżamy i trafiamy do środowiska odmiennego kulturowo, w którym doświadczenie nowego języka jest równie ważne, jak możliwość skonfrontowania naszych odwiecznych kompleksów wobec Zachodu. I zwykle wyjścia z tej konfrontacji na tarczy.

Nowa emigracja ma twarz typowego jej przedstawiciela – liczy sobie niewiele lat, stawia pierwsze kroki na ścieżce kariery, próbuje oswoić irlandzką rzeczywistość za pomocą mieszaniny polskich zachowań i pełnej entuzjazmu ciekawości. Z czasem nabiera pewności siebie, rośnie w liczbę, lecz wciąż nie daje się zamknąć w starych kategoriach socjologii, niczym kameleon zmieniając skórę pod wpływem czy to stagnacji na rynku nieruchomości, czy zmian irlandzkiej pogody.

Mister Kowalsky i statystyki

Irlandia jest specyficznym przykładem fenomenu nowej emigracji: w ciągu 3–4 lat Polacy stali się tu najliczniejszą mniejszością narodową. Szacunki liczby polskich emigrantów prowadzone są jedynie na podstawie liczby numerów ubezpieczenia społecznego PPS (Personal Public Service Number), pozwalających na podjęcie legalnej pracy. W okresie od maja 2004 do grudnia 2005 roku przyznano ich polskim obywatelom przebywającym w Irlandii 90 tys. Z każdym jednak miesiącem obserwowano tendencję wzrostową. Ostatnie dane mówią o kolejnych 90 tys. numerów PPS, wydanych od stycznia do listopada 2006 roku, co przekłada się na średnio 8 tys. nowych numerów miesięcznie. Na podstawie tych danych oraz szacunków urzędów statystycznych przyjmuje się, że obecnie w Irlandii przebywa od 180 do 250 tysięcy Polaków.

Opublikowane w marcu zeszłego roku przez irlandzki CSO (Central Statistics Office – Główny Urząd Statystyczny) wyniki wskazują, że obywatele nowych krajów członkowskich UE stanowią 40% pracujących w Irlandii emigrantów. Spośród nich aż 47,4% to Polacy, co sprawia, iż stanowimy już około 8% wszystkich pracujących na Zielonej Wyspie.

Emigracja łańcuchowa

O atrakcyjności Irlandii jako miejsca osiedlenia dla Polaków decydują m.in.: dobra lub bardzo dobra znajomość języka angielskiego, łatwość podróżowania (rozwój tanich linii lotniczych), stałe zapotrzebowanie na pracowników, powodowane niskim bezrobociem (Irlandia – 4,3%, Polska – 14,8%) oraz duża przejrzystość prawa pracy. Nie bez znaczenia jest również fakt, że Polacy chętnie pomagają rodzinie i przyjaciołom w rozpoczynaniu nowego życia w Irlandii – socjologowie z Uniwersytetu w Maynooth nazwali ten fenomen „emigracją łańcuchową” (chain migration).

Przeprowadzone przez Kinoulty Research badania ujawniły, że przybywający do Irlandii Polacy legitymują się zwykle wykształceniem średnim lub wyższym: 28% ma wykształcenie średnie ogólne, 13% – średnie techniczne, a aż 34% – wykształcenie wyższe.

Wykształcenie i znajomość języka angielskiego bezpośrednio przekładają się na strukturę zatrudnienia: pracownicy fizyczni stanowią 53% Polaków pracujących w Irlandii, lecz równocześnie 33% pracuje w sektorze „białych kołnierzyków” (20% – pracownicy biurowi, 13% – specjaliści, np. informatycy, lekarze, pielęgniarki).

– Irlandzki rynek pracy jest rynkiem bardzo konkurencyjnym – ocenia Dominika Piotrowicz z agencji rekrutacyjnej TechSkills. – Moje doświadczenie dotyczy głównie branży budowlanej i inżynieryjnej, lecz zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników obserwuje się we wszystkich sektorach.

Polacy przez ostatnie trzy lata, od kiedy emigracja zarobkowa do Irlandii znacznie przybrała na sile, dali się poznać nie tylko jako dobrzy i solidni pracownicy, lecz również jako wysoko wykwalifikowani specjaliści. Często jednak – przekwalifikowani. Niestety, głównie z uwagi na barierę językową wiele osób podejmuje się pracy poniżej własnych ambicji, choć wraz z poprawą znajmości języka oraz nabieraniem pewności siebie Polacy starają się o bardziej wymagające czy ciekawsze posady. Jednym decyzja o awansie na szczeblach zawodowej kariery zabiera kilka tygodni, inni dojrzewają do niej miesiącami. Lecz mit „Polaka na zmywaku” szybko przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością – wysokie koszty życia oraz możliwość zaspokojenia rosnących potrzeb równie skutecznie motywują do poszukiwania lepszej pracy, jak oddalający się w czasie moment powrotu do kraju. Emigrant żyje bowiem na pograniczu dwu światów, stąd jego plany rozpięte są między dwoma punktami: „Polska” i „zagranica”. Zarabia w euro, lecz zwykle inwestuje w kraju. Zdobywa irlandzkie doświadczenie, ale ocenia je również pod względem przydatności w polskim CV. Szlifuje język, by w Polsce praktyczną jego znajomością móc kiedyś zdyskwalifikować rywali w walce o dobre posady.

Polacy coraz więcej wiedzą o przysługujących im prawach pracowniczych, dodatkowych świadczeniach czy obowiązujących pracodawcę powinnościach. Jest to zasługa kampanii informacyjnych, prowadzonych przez niezależne związki zawodowe, organizacje działające na rzecz emigrantów czy polskie media. – Coraz częściej mam do czynienia z sytuacją, kiedy Polacy mają dość bycia traktowanymi jak pracownicy drugiej kategorii i dochodzą swoich praw lub zwyczajnie znajdują lepsze zajęcie – ocenia Błażej Nowak z Emigrant Advice, agencji mającej na celu pomoc nowym członkom irlandzkiego społeczeństwa.

Po etapie zachłyśnięcia się pierwszymi zarobionymi euro szybko okazuje się, że koszty życia i chęć podnoszenia jego standardu skutecznie motywują do walki o wyrównywanie płac do poziomu przysługującego irlandzkim kolegom. A pracodawcy gotowi są uczciwie wynagradzać takiego pracownika, o czym zgodnie zaświadczają przedstawiciele agencji rekrutacyjnych. – Mamy tu bardzo dobrą opinię – zapewnia Dominika Piotrowska. – Irlandczycy doceniają naszą wszechstronność, elastyczność i pracowitość. Nie sądzę, by rozszerzenie Unii Europejskiej o Rumunię i Bułgarię miało zagrozić naszej pozycji.

Mieszkający w Irlandii Polacy to w większości młodzi ludzie, stawiający pierwsze kroki na ścieżce swojej kariery, stąd irlandzkie firmy stanowią często jedno z pierwszych miejsc ich zatrudnienia. Według badań Kinoulty Research, aż 90% polskich imigrantów stanowią ludzie poniżej 35 roku życia (57% – poniżej 25 roku życia; 33% – 25–35 lat). Polacy zakładają w Irlandii rodziny, planują swój rozwój zawodowy oraz inwestują w przyszłe przedsięwzięcia.

Irlandzkie plany

Specyfika nowej emigracji bezpośrednio przekłada się na niemożność odpowiedzi na pytanie: „Co dalej?”. Zagraniczne wyjazdy młodych, w większości dobrze wykształconych czy wykwalifikowanych osób, nie mają już w sobie ciężaru definitywnych postanowień. Łatwość komunikacji, uproszczone procedury formalne związane z zameldowaniem się i podjęciem pracy za granicą, zmniejszające się odległości i swobodny przepływ pracowników i usług między krajami Unii Europejskiej sprawiają, iż decyzje o powrocie do kraju lub pozostaniu na emigracji dyktowane są często pobudkami emocjonalnymi. Jednym wyjazd za granicę dał możliwość rozpoczęcia w pełni samodzielnego życia, drudzy źle znoszą rozłąkę z rodziną i przyjaciółmi.

Zaledwie 1/3 mieszkających w Irlandii Polaków ma sprecyzowane plany co do długości swojego pobytu na wyspie – 33% w badaniach statystycznych deklaruje, że chciałoby mieszkać, pracować i uczyć się w Irlandii jakiś czas, lecz planuje powrót do Polski. Tymczasem większość (67%) z Zieloną Wyspą wiąże dalekosiężne plany: 46% ankietowanych deklaruje, że w Irlandii pozostanie tak długo, jak to możliwe, by dopiero w dalekiej przyszłości wrócić do Polski, zaś aż 18% oświadczyło, iż jeśli będzie to możliwe, w Irlandii pozostanie na stałe.

– Polacy chcą wracać do swoich korzeni, rodzin, przyjaciół, zmęczeni wędrówką i poszukiwaniem swojego miejsca w Irlandii – mówi Dominika Piotrowska. – Jednak jest duże grono osób, które kupiły tu domy, sprowadziły swoich bliskich i posłały dzieci do szkoły. Są to w większości małżeństwa i one to głównie planują pozostać na wyspie kilkanaście lat. Zanim dzieci nie skończą szkoły. A może na zawsze?

Chomiki, bociany, łososie i buszujący

Decyzję o powrocie do Polski determinuje cel, dla którego przyjechaliśmy do Irlandii. Czasem rozmywa się on w ciągu kilkunastu miesięcy wżywania się w irlandzką rzeczywistość, kiedy indziej – ulega przewartościowaniu, rzadziej – trwa niezmącony. Emigrant niczym Alicja w Krainie Czarów, popróbowawszy nowych smaków i możliwości, przechodzi przyspieszony kurs dojrzewania. Zmienia się obraz nas samych, zmieniają się nasze plany, zmieniają się ambicje.

Socjologia dostrzega w emigracyjnym życiu cztery etapy. Na początku swojego pobytu za granicą jesteśmy chomikami. Chcemy się dorobić i wracać. Nie liczy się dla nas rodzaj pracy, warunki mieszkaniowe, jakość kupowanego w supermarketach jedzenia. Nie wydajemy pieniędzy na zbytki, nie chadzamy do kina, nie szkolimy języka, nie zawiązujemy nowych przyjaźni. Po co, skoro niedługo wracamy. Niedługo niekiedy oznacza trzy miesiące studenckich wakacji, pół roku bezpłatnego urlopu od polskiego pracodawcy albo rok tuż po ślubie, kiedy wyjeżdża się razem, by zarobić na wspólne mieszkanie. O takich ludziach raport socjologów z Maynooth University mówi „target earners”. Celem jest zwykle zgromadzenie pewnego kapitału, ale bywa też nauczenie się języka angielskiego, zdobycie dobrego wpisu do CV, nauka zawodu. Kiedy cel zostanie osiągnięty, czas wracać.

Chomiki nader często stają się jednak bocianami – kursują między dwoma krajami, starając się podtrzymywać kontakty towarzyskie i swoją atrakcyjność na obu rynkach pracy. Dotyczy to zarówno członków rozdzielonych rodzin, studentów zaocznych czy młodych ludzi, silnie związanych ze swoją rodziną w Polsce. Z czasem jednak takie bycie pomiędzy staje się iluzoryczne. Wówczas najczęściej podejmowana jest decyzja – sprowadzam żonę z dziećmi lub wracam; zaczynam układać sobie życie tu albo tam.

Bociany z czasem więc wiją gniazda i stają się „buszującymi” lub łososiami. Gniazdo tych pierwszych podatne jest na zmiany nastroju, koniunktury na rynku pracy, pogody, konsumpcyjne kaprysy i osobiste przypadłości losu. Buszujący szukają, testują możliwości, nie boją się ryzyka, ale też nie biorą zbyt dużej odpowiedzialności, która mogłaby ich związać z jednym miejscem czy środowiskiem. „Global cosmopolitans” – nazywają ich naukowcy z Maynooth. Taki światowiec doskonale orientuje się w potrzebach rynku, świetnie potrafi się do niego dostosować, czerpie z wszelkich możliwych źródeł. Paradoksalnie, takie chaotyczne odnajdywanie się w rzeczywistości zwykle jest im na rękę – mają mnóstwo znajomych, zebrali wiele doświadczeń, próbowali sił w różnych dziedzinach. Przypłacają to jednak często brakiem trwałych fundamentów emigranckiego życia, osamotnieniem, utratą sensu życia. Szamocząc się pośród niekończących się możliwości, nie potrafią wyznaczyć sobie pryncypiów.

Kłopotów z tym ostatnim nie mają łososie. Nie planują powrotu do Polski, chyba że na emeryturę. Zwykle pracują w swoim zawodzie, świetnie asymilują się w irlandzkich warunkach, mają tutaj rodzinę lub tworzą związki z poznanymi w Irlandii partnerami. Często – Irlandczykami lub innymi imigrantami. Łososie wiedzą, czego chcą, i konsekwentnie zdążają w tym kierunku.

Quo vadis, nowa emigracjo?

Czy trendy emigracyjne wśród młodych, dobrze wykształconych osób będą wzrastać? Czy może fakt przyznania Polsce prawa organizacji Mistrzostw Europy Euro 2012, wraz z przewidywanym wzrostem gospodarczym, zwiększeniem nakładów na inwestycje i mnożącymi się miejscami pracy, skuszą nas do pozostania w kraju lub rychłego doń powrotu? Czy jednak zjawisko wolnego i swobodnego przepływu osób między różnymi – ale coraz bardziej bliskimi – krajami jest przyszłością, która czeka nie tylko Polaków? Irlandczycy doświadczyli fali emigracji, by po latach do ich ojczyzny ściągały tłumy potomków irlandzkich uciekinierów. Dziś Zielona Wyspa staje się domem dla ludzi wszystkich nacji, kusząc chłonnym rynkiem pracy i wysokimi zarobkami. A mimo to tysiące Irlandczyków nadal emigrują – do Australii, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii. Czy Polacy również zostali właśnie wpleceni w ten łańcuch wędrówek bez końca? Przekonamy się niebawem – pierwszym sprawdzianem będzie mecz inauguracyjny Euro 2012. Wówczas to okaże się, czy dla wielu z nas przygoda z Irlandią była tylko chwilowym kaprysem, czy też bakcyl innego życia zostaje już w emigrancie na zawsze.

Bakcyl innego życia
Anna Paś

redaktor naczelna wydawanego w Dublinie magazynu „Polski Express” oraz współwydawca tygodnika „Życie w Irlandii”. Autorka przewodnika Praca w Irlandii....