Ona, Elle

Ona, Elle

Szanowny Lwie,

oto jak się sprawy mają. Kroiłem biały ser na późne śniadanie i z ustami pełnymi białych, dławiących mnie grudek myślałem o śmierci. Och, nie było w tych myślach nadmiaru powagi, którą te wszystkie przejęte sobą osły nazywają dostateczną powagą. Po zbyt sutym pierwszym śniadaniu, dyskretnie rozluźniając kamizelki, nieruchomieją jak jaszczurka na rozgrzanym głazie; niby to wpatrując się w odmęty swojej duszy i przysłuchując pulsowi ciała, stawiają fachowo diagnozę, która przed obiadem brzmi jak wyrok: „właśnie dzieje się ona”. Ta pretensjonalna formuła nieudolnie starająca się ukryć słowo „śmierć” zdaje mi się jednak lepsza ze względu na swoją oszczędność od popołudniowych dyskusji w trzcinowych fotelach wynoszonych każdorazowo przez starą kawiarkę Klarysę z werandy do ogrodu La Mossardiere. Ich zuchwałe pragnienia, by do końca zachować świadomość i być „świadomym świadkiem” przybycia śmierci, i wyłapać ten jeden jedyny moment, w którym myśl oddziela się od ciała niczym odrywany od bolesnej rany plaster…

Ciekawe – myślałem podczas podawania kawy, stojąc za fotelem pani Sageran – czy będą wtedy naprawdę tak wspaniałymi obserwatorami, czy nie zeżre ich strach wszędobylski, strach przed nowym, całkowicie nieznanym, strach przed diabłem, który cierpliwie będzie stał w nogach ich łóżka, obrabiając dla zabicia czasu swoje brudne paznokcie. Ilu z nich zmoczy się ostatni raz, na ilu wystąpi ostatni krwawy pot? No właśnie, ta obrzydliwa gładkość przejścia, którą sobie wymyślili, posługując się zapewne analogiami ze swojego gładkiego, sytego życia, dopominała się raczej litości niż oburzenia. Źle się wyraziłem, Szanowny Lwie, nie gładkość przejścia. My wszyscy wobec tego, co ma się z nami stać, potrzebujemy litości. Jak zapewne dostrzegłeś – tym zgrabnie miłosiernym zdaniem i przypochlebczą liczbą mnogą staram się zakryć moje ordynarne w gruncie rzeczy ataki i napady na niewinnych ludzi, którzy mnie goszczą, karmią i tolerują. Z niemałą dumą myślę o sobie, że wciąż jeszcze stać mnie na tego rodzaju wątłą dyscyplinę ducha. Ale powrócę do mojego spóźnionego śniadania.

Miłujące rozmyślanie

Nie, nie było w tych myślach nadmiaru powagi, raczej zdziwienie spotęgowane ilustrującą je czynnością – prostą, mechaniczną, dosadną: ciężki srebrny nóż wchodził w twaróg, jego szerokie, stworzone do tego specjalnie ostrze oddzielało z gomółki solidny kawałek; jak to – myślałem z niedowierzaniem – ja tu, a moje ciało tam? Poczucie niedowierzania, że ja, silny, pyszny w swoim byciu, żywocie, będę pozbawiony ciała. Nie, nie było to możliwe, nie było to zgodzone w moim umyśle, Szanowny Lwie.

A ona? Ona jeszcze wzmacniała to przekonanie o niemożliwym pożegnaniu się z ziemią, jej wschodami i całą pyszną goryczą umierającej i odradzającej się jednego dnia zieleni. Ona. Elle. Elle. Ona. Tak wolę. Tak wolę mówić o niej. Gdyż imię jej to o wiele za mało, by ją wypowiedzieć. I choć wcześnie odkryłem zmarszczki zbiegające się w kącikach jej jaskółczych oczu sprytnie zakryte pudrem, i choć przedwcześnie doceniłem rolę czarnej kredki dorysowującej tym oczom ostrość i coś, co dziś określiłbym jako bezczelność, choć byłem sprytnym obserwatorem i nieubłaganym odkrywcą rysującego się pod wciąż żałobną suknią gorsetu pozbawiającego ją brzucha i podnoszącego piersi – zdawało mi się, Szanowny Lwie, że Ona nie może spotkać śmierci, gdyż należy do gatunku, tak, owszem, skażonego, nadrabiającego miną i zbyt może owładniętego manią skrzętności, lecz przecież gatunku, który – jak sądzę – nie zaznaje nigdy najmniejszego rozdzielenia światów, wszystko w nim, Szanowny Lwie, nanizane jest na jedną czerwoną nić pulsującą życiem, i gdzież tam stawanie obok i obserwowanie siebie jak kogoś obcego, gdzież tam podział na świat wymyślony i rzeczywisty, kiedy zawsze jest ten rzeczywisty, nawet jeśli poprawiany i upiększany w lustrze przy każdej sposobności.

Myślisz, że przesadzam? I nawet wiesz dlaczego? Zgoda, lecz jeszcze tylko jeden, skromny całkiem przykład. Skoro tak nie jest, to dlaczego właśnie gdy dyskusja przy ogrodowym stoliku zdaje się sięgać szczytów, gdy umysły pana Cermet i pana Bazain osiągają stan wrzenia, gdy pan Cermet bliski jest już udowodnienia, że „podnieta nie wpływa i nie wypływa po prostu przez łuk refleksyjny, ale zmuszona jest do szukania okrężnej drogi” – Ona, Elle, krótkim, oszczędnym klaśnięciem w dłonie przywołuje Klarysę i każe jej kłaść do snu małą Sophie? I dlaczego wtedy to właśnie świat jakby otrząsał się z jakiegoś transu, wszyscy sięgają po filiżanki wystygłej kawy i spoglądają na swoje buty, a pan Cermet mówi nawet z wyrzutem niegodnym takiego szerokiego umysłu:

– Psia kostka, uczciwszy wasze uszy, dwa tygodnie temu dałem do podzelowania i proszę, kołki wychodzą z podeszwy jak psie zęby, psia kostka!

– To się dobrze składa nawet – odzywa się z zamierzoną niechlujnością pan Bazain, porzucając swój przylepiony do warg złośliwy uśmieszek – w góry jak znalazł, raków nie trzeba przypinać.

I mężczyźni zaczynają dokazywać jak mali chłopcy, a rozbawiona pani domu każe podać likier i dobre cygara. Jak widzisz, Szanowny Lwie, śmierć jest produktem wtórnym mych rozmyślań, boczną odnogą tej wielkiej masy wód, tej rzeki, która pewnego dnia objęła mnie całego i uniosła bez pytania o zgodę, o moje plany, moją przyszłość – jakkolwiek były to rzeczy niezmiennie skromne i niewarte wielkich zachodów i dyskusji. Początkowo uważałem to za uczucie całkowicie grzeszne, zwłaszcza że Ona była nie tylko kobietą prawie o dwadzieścia lat starszą ode mnie, ale nie tak dawno przecież jako moja matka chrzestna trzymała swoją dłoń w czarnej ażurowej rękawiczce na moim ramieniu, gdy wyrzekałem się diabła i wszystkich spraw jego oraz wyznawałem wiarę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół, oczekiwałem wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie. Miłość tę nagłą wolałem więc nazywać „stanem miłości” lub „ miłującym rozmyślaniem”, aby być wolny od wszelkich niskich podejrzeń i choćby cienia nieczystości.

Słowa wspomnień

Ona, podejrzewając co nieco, podsuwała mi w tym czasie przepięknie oprawione książki ze swojej biblioteki na pięterku, które w jej zamyśle nie miały niszczyć tego uczucia, lecz je uszlachetniać, przemieniając w bliżej nienazwane wzruszenie. Musiałem więc czytać Cnego Lancelota i skreślone przez Daudeta Listy z mojego młyna, w których wiekowa, kochająca się wciąż para wsłuchuje się w opis męczeństwa Ignacego z Antiochii, a dzielny sierżant Hornus spostrzegłszy sztandar Republiki w rękach Prusaków, ginie rażony apopleksją. Kochałem ją i ani w głowie mi było cokolwiek w tym zmieniać! Na co mi było czytać o miłości, skoro nosiłem ja w sobie, miałem ją na wyciągnięcie ręki – prawdziwą, soczystą, pobudzającą. W tym względzie mają rację ci, którzy w postaciach z książek widzą jedynie szeregi słów. I gdyby jeszcze te słowa, Szanowny Lwie, odnosiły się do rzeczywistości, ale nie – to są tylko wykwintne komentarze do rzeczy już napisanych.

Co innego jednak mnie udręczało – jakkolwiek chciałem zachować całkowitą wolność odczuwania i przeżywania, to jednak byłem kuszony próbą, choćby drobną i nic nieznaczącą, nazwania mojego stanu i wprowadzenia w moje przeżycia pewnej systematyzacji, którą ojciec Bernard – może zbyt naiwnie – uważał za najdoskonalszy klucz do poznania świata. I tu natrafiałem na mur nie do przebycia. Jedyność tej miłości wplątywałem w systemy już znane, w słowa zużyte, w wyświechtane frazy. Prowadząc bezwiednie wewnętrzną rozmowę z tymi książkowymi postaciami, czułem się już zaliczony do przypadków podobnych i zarazem podejrzany, że wszystko to sobie wmówiłem i kierowany chwilową namiętnością wydałem siebie na łup ośmieszającej wszystko przesady. Jednak opierałem się tym powoli wsączanym podejrzeniom z ogromną – jak dziś widzę – nonszalancją, powtarzając sobie, że moje uczucie do niej zapatrzone w szczęśliwą przyszłość jest jedyne, bo ja jestem jedyny, i tak mocne, że bez wielkiego wysiłku dokona skoku w nieśmiertelność, która z zasady należy się ludziom i uczuciom rzeczywiście wielkim. Odrzucałem więc słowa, którymi zwykło się tu mówić o miłości.

– Po co słowa?! – wołałem zuchwale – jeśli nie istnieje potrzeba utrwalania czegokolwiek, gdyż ona – miłość budzi się ze mną każdego poranka i jest, dzieje się, i kładzie się spać z potężną obietnicą. Zdawało mi się, że ktoś stał przy mnie wtedy i dyskretnym kiwaniem głowy potwierdzał te domorosłe odkrycia, i zdawał się mówić, naśladując mój głos: „Ależ tak, tak, Karomenya, to dopiero potem, potem, gdy wszystko się zawali, potrzebne są jakieś słowa, by jeszcze przez chwilę zaznać tego słodkiego bólu związanego z zakochaniem, by ubrać w nie argumenty zaświadczające o twojej niewinności i podłości drugiego. Ależ tak, tak, Karomenya, słów używają tylko ludzie żyjący wspomnieniami, ale nie radzę ci osiągać takiego stanu, gdyż za wspomnienia płaci się ogromną cenę – raz zaczęte albo spuszczone z łańcucha pożerają toczące się wokół życie, aż wreszcie rzucają się na człowieka. I co się dzieje z człowiekiem, Karomenya? Z człowiekiem nic się nie dzieje, bo umarł, gdy tylko zaczął wspominać!”.

Lecz jeśli już słowa, Szanowny Lwie, to jakie? Przecież nawet najpiękniejsze jej opisy są opisami właśnie, nie mówią o niej wprost, lecz rzucają na ścianę obraz: a to pochylenie głowy, a to wstrzemięźliwy a zachęcający uśmiech, wabienie to głosem, to gestem – takim oderwanym od całości wytresowanych ruchów, takim zaniedbanym, zostawionym, zapomnianym – jak te długie, bezbronne palce, zastygłe, jakby porzucone, pod abażurem lampy, gdy głos, szyja, usta dyskutują z mleczarką ceny mleka i masła, bo w La Mossardiere nie ma krów i wszystko trzeba kupować.

Lecz jeśli już słowa, Szanowny Lwie, to jakie? Słodycz? Z delikatną domieszką goryczy? Migdałowej goryczy. Ale dlaczego właśnie migdałowej, przecież to śmieszne. Melancholia, ale nie za dużo. I dlaczego, myśląc „melancholia”, czuję ten pomieszany zapach bufetu w stołowym – trochę suszonej herbaty z odrobiną suszonych grzybów i żywicznej sosny? Może niecierpliwość? Jakby czekanie na pociąg, w którym ma przyjechać Ona? Niecierpliwość, lecz przecież niechętna natychmiastowemu spełnieniu? Niechętna. Ale to wszystko banały, cała góra banałów niegodnych wypowiedzenia, zapisania, przekazania komukolwiek. Może od słów już lepsza jest muzyka – tak przynajmniej twierdziła Ona, siadając wieczorami do fortepianu. Grała zawsze to samo. To znaczy kawałki z Symfonii gmoll Mozarta. To znaczy menueta z tej symfonii. Moja uraźliwa natura wspomina te chwile jako upokorzenie, bo nigdy nie słyszałem podobnej muzyki, Szanowny Lwie, a „pana Mozarta” – jeśli tylko przyjmie zaproszenie na kolację – usłużnie ofiarowałem się zaprowadzić aż do głazów, które Ona nazywała „druidycznymi”. Wtedy to mocno już pijany pan Cermet ujął mnie pod ramię i zbliżając swoją zaczerwienioną twarz do mojej tak blisko, że czułem paskudny zapach przetrawionego alkoholu, powiedział skandując słowa: „Zapamiętaj pan, to Karto mania, pardon, Karomenya, my tu w Europie trupów na spacer nie prowadzamy”. „Łotr” – pomyślałem. Ona grała dalej. „Obleśny, pijany łotr. Dam mu w mordę!”.

– Lepiej się przejdź, proszę – powiedziała Ona. Wyszedłem do ogrodu. A tam róże na wysokich łodygach i ostatnie fiołki w mokrej wieczornej trawie.

Religia omylnego boga

Niezależnie od podobnych temu incydentów, Szanowny Lwie, całego nieobycia, które – muszę to przyznać – przebaczano mi szczerze i szybko, byłem dumny z siebie. Dumny, bo się nie przestraszyłem tej miłości. Innych – jak mi się zdawało – zżerał strach przed zbytnim zatraceniem. Nie, nie zdawało mi się – widziałem to: strach pożerał ich najlepsze siły, stawali się w końcu dyżurnymi amantami prawiącymi dwuznaczne komplementy, szarmancko całującymi podaną dłoń i przewracającymi oczami, co miało oznaczać, że właśnie w tej chwili dosięga ich demon szaleństwa. Tracili czas, kiedy ja, Szanowny Lwie, byłem nadzwyczaj konsekwentny.

Nigdy przedtem nie znałem kobiety. Nigdy przedtem, lecz teraz śmiało przyjąłem ją w siebie, całą jej jasną postać i zakazałem sobie najpierw wszelkich bezużytecznych dywagacji na temat mojego stanu, który aż do tej pory uważałem za jakieś przygotowawcze stadium; tak, mojego wysiłku, wszelkiego wysiłku nie uważałem za autentyczny, prawdziwy – stanowił on ledwie skromny etap do czegoś prawdziwie wielkiego i jaśniejącego prawdą. Jak fermentacja w winie tętniło we mnie obejmujące mnie ze wszystkich stron „teraz”. Ważne i jedyne „teraz”, które znosiło wszelkie złe czy dobre fantazje, nie miałem na nie chęci i czasu, miałem za to pewność, że przecież jutro dojrzałym rankiem zobaczę Ją. A skoro tak, to wszystko ma sens już dziś, już teraz. Jedyne, co wywoływało mój strach, było uczucie pogłębiającego się głodu – chciałem Ją mieć na zawsze, Szanowny Lwie, moje pragnienie stawało się z dnia na dzień tak wymagające i absolutne, że nie można było go zaspokoić, Jej obecność niewiele w tym pragnieniu zmieniała, przyłapywałem się na tym, że powoli zastępowałem Jej osobę kimś całkowicie nierealnym, kimś prawdziwie boskim w swoich możliwościach. Strach ten jednak spychałem w najciemniejsze zakamarki mojej duszy i pokrzepiałem się niezbitym faktem, że przecież miłość ta, przychodząc do mnie tak nagle i niespodziewanie, uczyniła mnie prawdziwie bezbronnym. Któż zdolny jest do tak ostatecznego rozbrojenia – powtarzałem sobie z prawdziwie ciepłą wdzięcznością wycelowaną w niebo w niby to modlitwie do Boga, gdyż to właśnie Jego uważałem za sprawcę tego całego zamieszania.

Podejmując Jego wolę, liczyłem na spokój umysłu i duszy. Być może nie zawojuję świata, ale przejdę przez życie skromnie, z pulsującym we mnie sensem, że mam wypełnić tylko to, co zlecone przez Niego, a wszystko inne z pogodą mogę zostawić. Nie posiądę władzy? Nic nie szkodzi, władzę sprawują zazwyczaj ludzie niezbyt głębocy i patologicznie bezkrytyczni wobec siebie. Nie będę uczestnikiem literackich turniejów? Mój Boże, przecież z politowaniem słuchałem tokowania pana Bazain, jak się okazało miejscowego poety, który wyczytane gdzieś zdanie w stylu: „Zakochać się to stworzyć religię, której bóg jest omylny” uzupełniał w godzinach popołudniowych podobnie sztuczną frazą, której sens był mniej więcej taki, że to, czego dokonujemy niechcący, trwa i kamienieje, a wszystko inne – wypracowane i zamierzone – rozpada się w drobny mak lub leży odłogiem. Przy tym nazywał panią Sageran „dobrodziejką” i popisywał się przed nami swoją łaciną.

– Tak, oczywiście, przyznam, jestem zakochany. I skąd to, czy przypadkiem nie spałem pod drzewem upas? Artiaris toxicaris, dobrodziejko!

– Kretyn – stwierdzał sucho i wcale głośno pan Cermet, sądząc zapewne, że w czasie tokowania panu Bazain zamykają się nie tylko uszy, ale i odrzwia – skromnej według pana Cermet – świadomości. Mając przed sobą takich konkurentów, nie traciłem nadziei i chciałem się podobać. Cóż, koszule, pulowery i lekkie letnie marynarki donaszałem po zmarłym mężu pani Sageran, co miało ten plus, że wyglądałem nienagannie, gdyż zmarły oznaczał się wyjątkowym smakiem i wyczuciem kolorów. Gorzej było z moimi wciąż zbyt kanciastymi gestami, ale po zastanowieniu przyszło mi do głowy, że obraz mój w jej oczach muszę budować na ostrym kontraście, a wtedy wszystko, co niedopracowane w moim zachowaniu, będzie pracować na moją korzyść – tak więc moja czarna twarz, ręce i biała marynarka, nienaganny krój i złamanie tej zbyt wykwintnej i mogącej się przez to znudzić estetyki topornością zachowania. O, tak, Szanowny Lwie, byłem bardzo przejęty sobą i przestałem wstydzić się lustra. Jednak myśli przy goleniu bardzo szybko szybowały w jej stronę i zastanawiałem się, może zbyt nachalnie, nad jej cielesnością – co na przykład dzieje się z tym kęsem sera podniesionym przez nią do ust, wypitym kieliszkiem wina, talerzem zupy, czy wstydzi się swojego miesięcznego upływu i zapachu potu, który zawsze był dla mnie pomieszany ze zbyt mocną perfumą. Rzeczywiście, pragnąłem dostać się do jej wnętrza i wszystko przeżywać razem z nią, tak, chciałem nie tylko wiedzieć, co dzieje się w niej, ale doświadczać tego samego.

– O, szanowny panie – powiedział później w swoim paryskim gabinecie doktor Hagauer, to nic zdrożnego, nic nadzwyczajnego. Nic. Po prostu pragnął pan w ten sposób uczestniczyć we władzy, której pan nie posiada i którą szanowny pan uważa za o tyle wyższą, o ile nie przynależy ona panu przez prawo natury. Jednak to samo prawo mówi nam, że pragniemy mocno tylko tych rzeczy, których nie posiadamy. I na koniec – proszę sobie wystawić – każda płeć pragnie potencjału drugiej. Pragnie być i jednym, i drugim. Takie jest moje zdanie i ja je podzielam – jak mawiał nieśmiertelny pan Jourdain.

Tu doktor Hagauer uśmiechnął się szeroko i szybko wypisał receptę. Zalecał rosół, befsztyk, mleko. Wręczając mi ją, nie omieszkał pognębić swoich przeciwników: – I proszę sobie nie zawracać głowy tymi podniecającymi teoriami o zazdrosnym ojcu lub zbyt posesywnej matce. Oto żałosne skutki wiedeńskiego nieumiarkowania w spożywaniu bitej śmietany i malinowego soku. Czy ten Żyd mógł wymyślić coś innego nad pucharkiem lodów?! Jako żywo – bita śmietana skojarzyła mu się z ojcowskim kremem do golenia, no a maliny z matczyną krwią, ha ha! Resztę znamy! Żegnam i nie zapraszam, jest pan zdrowy panie… Karomenya!

* * *

Byłem zdrowy. Doktor Hagauer wymazał nawet mój piekący wstyd z powodu zazdrości, jaką odczuwałem na widok innych mężczyzn wchodzących w orbitę pani Sageran. Choć szczerze powiedziawszy – sporo w tym gabinecie nakłamałem. Wstydu nie powodowała zazdrość, nie, ta była mocną przyprawą tej miłości, czymś tak nieodłącznym i pożądanym, że gdy chwilowo zabrakło gestów, słów, czy znaczącego milczenia, które mogłaby poddać skrupulatnej analizie – rzucała się z całą swoją nieustępliwością w przyszłość, przewidując lub najprościej wymyślając najróżniejsze zagrożenia i tak zwane niezbite dowody na dojrzewającą obojętność pani Sageran. Co innego wzbudzało mój wstyd – było to domyślanie się całej reszty jej pozornie świętego i skromnego życia. Mówią, że domyślanie się jest zawsze okrutniejsze. Nie chciałem pozbawiać siebie tej cząstki okrucieństwa. Być może już wtedy przewidywałem ciąg dalszy całej tej historii? Ciąg dalszy, czy raczej koniec? Bez wielkich grzeczności i ceregieli spakowano bowiem moje rzeczy i odstawiono mnie na dworzec w Pornic. Niewiele z tego ostatniego czasu pamiętam – ot, że konie szły płochliwie topolową aleją i minęliśmy parę wołów prowadzonych przez krępego wieśniaka w sabotach. Pamiętam jednak moje zdziwienie, że tak szybko i tak zręcznie puszczono wszystko w niepamięć, starto tablicę, zgaszono lampę. Jechaliśmy przez zgaszone krajobrazy.

Twój Karomenya

Ona, Elle
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...